Serdecznie zapraszam do Krakowa 27-29 maja na czternastą już edycję MAGNIFICONu.
Podobnie jak ostatnio, konwent będzie organizowany na terenie Centrum Targowo-Kongresowego EXPO, przy ul. Galicyjskiej 9.

W sobotę, 28 maja, będę miał przyjemność poprowadzić tam dwie prelekcje poświęcone historii Japonii:

  • O godz. 14.00 – „Upadek klanów ninja”
    Prawdziwa historia niezwykle wpływowych i najbardziej chyba tajemniczych organizacji w historii, których los został przypieczętowany w czasie inwazji znanej jako Tensho Iga No Ran. Razem z ekipą TV Tokyo odwiedziliśmy m.in. wioskę Togakure, dawne, legendarne prowincje Koga i Iga oraz cmentarze, na których pochowano znaczących przywódców. Rozmawialiśmy z naukowcami i pasjonatami, którzy od lat próbują zgłębiać klanowe historię. Próbują, bo jeśli chodzi o ninja …to niczego nie można być pewnym. Prezentacja w ramach cyklu „Droga do Sekigahary” – przeniesiona z ubiegłorocznego MAGNIFICONu
  • O godz. 15.00 – „Gambit Shingena Takedy” 
    Historia mniej znanej, ale przełomowej, z punktu widzenia strategii prowadzenia bitew, kampanii okresu Sengoku. W horyzoncie dekady, na równinie Kawanakajima, doszło do pięciu starć, tych samych armii, dowodzonych przez tych samych wodzów. Z dzisiejszej perspektywy, manewry Takedy i Uesugi bardziej przypominają szachowe rozgrywki arcymistrzów i daleko im do zwyczajowej, w owym okresie, rzezi. Tylko czy szachy mogą być bardziej fascynujące od oldskulowej masakry? Otóż mogą.
    Zapraszam na nietypową opowieść o męstwie, sprycie, honorze i …brutalności, widzianych przez pryzmat chyba najbardziej spektakularnego szachowego pojedynku, znanego jako „nieśmiertelna partia”.
    Prezentacja w ramach cyklu „Droga do Sekigahary”.

Po spotkaniu, gdyby ktoś chciał porozmawiać, będę do dyspozycji.

Fanpage imprezy: MAGNIFICON 2016

13268604_10156910608895517_8821467366449126330_o

 

 

***HIT na JOEMONSTER.ORG***     

W pewnym wieku niektóre rzeczy już się po prostu nie przytrafiają. Kiedy przeminą lata świetności (o ile takowe w ogóle były), człowiek patrzy na wiele zjawisk ze sporą dozą nieufności i najzwyczajniej w świecie nie wierzy, że, dla przykładu, seksowna dwudziestolatka może próbować go bezinteresownie uwieść. A jednak. W San Francisco, pewna urokliwa Portugalka przypuściła na mnie hormonalny szturm. Z uwagi na to, iż zdjęć owej dziewczyny (w zasadzie) nie posiadam, o pomoc w rekonstrukcji zdarzeń, poprosiłem jedną z najatrakcyjniejszych Bojowniczek z portalu Joe Monster, Monikę, znaną tam jako Czarka_Pieczarka.

Na potrzeby sesji, za sanfranciszkańskie krajobrazy posłużyły nam Łazienki Królewskie.
Gotowi? Usiądźcie wygodnie, przygotujcie dobrą kawę, zaczynamy.
Jest listopadowe przedpołudnie, kamienica w centrum San Francisco.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze…

 

#1. Hostel Orange Village, 20 listopada, g. 10.29.

Otwarłem drzwi do pokoju – w świetle okna zobaczyłem niezwykle zmysłową sylwetkę.

czar_sylwetka2

– Cześć! – wyciągnąłem rękę – Szymon, Polska.
– Luisa, Portugalia – dziewczyna przytrzymała moją dłoń dłużej niż wypadało i uważnie mi się przyglądała – Na długo przyjechałeś?
– Trzy dni. Może cztery.
– Mhm… – widać, że coś kalkulowała w głowie – to łóżko jest wolne, te dwa zajmują jacyś Francuzi.

Zrzuciłem plecak i rozejrzałem się po pokoju.
– O, mamy łazienkę? Jest i własny prysznic! – szok, bywalcy hosteli wiedzą, że raczej nie jest to standardem.

– Taaak, ale na korytarzu jest lepszy – Luisa oparła się o poręcz krzesła, eksponując… no, wiadomo co.

– Lepszy?
– Większy znaczy. Tutaj …mieści się tylko jedna osoba.
WTF? Chyba się przesłyszałem.

Uwinąłem się w pięć minut. Nie bardzo wiedziałem co myśleć o współlokatorce, więc na wszelki wypadek ubrałem się jeszcze w kabinie. Wyszedłem, rozwiesiłem linkę między łóżkami i powiesiłem ręcznik do wyschnięcia. Sięgnąłem po buty.

– Wybierasz się gdzieś? – Portugalka wyglądała na rozczarowaną.
– The Haight, Przystań, park, most, Alcatraz… – zacząłem wyliczankę.
– Eee, so commercial. Może lepiej Castro?
„Cokolwiek to jest” pomyślałem.
– Sorry, ale mam raptem kilka dni i napięty plan.
– To zacznij od parku. Zresztą wiesz co, daj mi chwilę, pójdę z tobą.

#2. Golden Gate Park, 20 listopada, g.11.30.

czar_tree

Zbudowany w latach ‘70 XIX wieku park Golden Gate (GGP), odwiedza rocznie ok. 13 mln osób, co stawia go na piątym miejscu wśród najczęściej odwiedzanych parków w USA. Ma kształt wydłużonego prostokąta o powierzchni 4,2 km2 (to mniej więcej tyle, ile zajęłyby dwa Księstwa Monako). Do głównych atrakcji GGP zalicza się m.in. muzeum de Younga, największe na świecie muzeum historii naturalnej, jeden z największych zimowych ogrodów (Conservatory of Flowers), a także ogród japoński.

Zwiedzanie zaczęliśmy od tego ostatniego.

Luisie bardzo się podobało, mi, jak wynika z opisu powyżej, nieco mniej.

Aby ocenić specyfikę i docenić urok parku (nie tylko GGP, ale jakiegokolwiek) potrzebna jest chociaż chwila na kontemplację. Chyba w każdym można znaleźć coś ciekawego, nietypowego…

lub podziwiać lokalnych oryginałów.

Trudno jednak ogarnąć wszystko, jeśli niemal cały czas się biegnie.
A’propos biegania.

Mijały godziny i obecność trajkoczącej non-stop Luisy zaczynała być lekko irytująca. Miałem ochotę po prostu pobyć sam.
– Nie obraź się, ale muszę iść do biblioteki i zejdzie mi tam z kilka godzin.
– Ale mieliśmy pokarmić wiewiórki i kaczki…
– Innym razem. Zresztą tu nie wolno karmić wiewiórek. Na razie.
– …ale wiewiórki…

Było to mało grzeczne, a już z pewnością koło dżentelmeńskiego zachowania nawet nie stało, ale zostawiłem Portugalkę samą z jej przysmakami dla stworów. Z drugiej strony, jakby nie patrzeć, z zaplanowanych atrakcji udało mi się przez całe popołudnie z trudem zrealizować jedną.
Nie żebym szukał winnej.
Kiedy odchodziłem, widziałem, że obrażona Luisa kieruje się w stronę jednego z parkowych stawów.
Ruch w sitowiu świadczył, że kaczki „poczuły krew” 🙂

czar_kaczki2

#3. Hostel Orange Village, 20 listopada, g. 19.40.

Wieczorem zjawiłem się w pokoju. Francuzów jeszcze nie było, ale Luisa zdążyła wrócić. Siedziała na swoim łóżku i bawiła się smartfonem. Kiedy chciałem odwiesić rzeczy zgłupiałem. Obok moich koszul i kurtki, na wieszakach wisiała …portugalska bielizna.

– Sorry, ale to szafa na odzież wierzchnią, a nie salon Calzedonii.
– Linka między łóżkami się zerwała. Nie miałam gdzie tego powiesić.
– Ach, linka się zerwała? Alpinistyczny repsznur, wytrzymujący pół tony obciążenia, no pacz pani jaki pech…
– Zerwała się…
Nie chciało mi się tego komentować.

Luisa zmieniła temat.
– Widziałam, że masz nietypowy pokrowiec przy plecaku. To miecz?
– Treningowy.
– Mogę?
– Wolałbym nie…
Miecz jest stępiony (inaczej nie mógłbym go wozić po świecie), ale wciąż można zrobić nim krzywdę. Luisa obnażyła ostrze i z uwagą je oglądała.

 

– Wydawało mi się, czy mnie dzisiaj unikałeś?
– Możesz to schować?
– W parku. Sama zostałam.
– Możesz to schować i odłożyć, proszę…
Zzziiuuuu… ostrze zawirowało w portugalskich rękach. Dosłownie zawirowało, bo cholerny miecz się dziewczynie wysmyknął.
– Ups…
– Srups! Zaraz mnie coś trafi! Odłóż to proszę zanim komuś coś się stanie! – schowałem broń do szafy i poszedłem na miasto coś zjeść.

#4. Powell Street – Alcatraz – Fisherman’s Wharf – United Nations Plaza, 21 listopada, 10.00.

Nazajutrz postanowiłem wybrać się do Rybackiej Przystani. Samemu. Najszybciej można było tam dotrzeć albo tramwajem liniowym, albo …linowym. Cóż, być w San Francisco i nie przejechać się historycznym wagonikiem?

Kiedy dotarłem na pirs 33 z którego odpływają promy do Alcatraz, błogosławiłem Jeroma którego poznałem na Hawajach, a który polecił mi abym bezwzględnie zrobił zawczasu rezerwację w Internecie. Biletów w kasach nie było na kilka dni naprzód. Zresztą o Alcatraz będzie kiedy indziej, to temat na dłuższy, osobny wpis.

Wracając z rejsu, przeszedłem się po słynnym sanfranciszkańskim nabrzeżu, Fisherman’s Wharf. Mogłem się z Luisą nie zgadzać w wielu kwestiach, ale w jednym miała rację – dawno nie widziałem tak skomercjalizowanego i w sumie dość kiczowatego miejsca.

Chociaż widoki, jak zresztą niemal w całym północnym San Francisco, urzekały.

Jako że był piątek, postanowiłem drogę powrotną znacząco wydłużyć i zahaczyć o Plac Narodów Zjednoczonych przed miejskim ratuszem. Dlaczego?

czar_plaza

A tak wyglądał Plac koło godz. 16-17, czyli wbrew pozorom ZANIM się wszystko zaczęło (przy okazji na filmiku będziecie mogli zobaczyć „błąd w matriksie”):

#5. Hostel Orange Village, 21 listopada, g. 18.00.

Kiedy wróciłem do hostelu było już ciemno. Po otwarciu drzwi zauważyłem, że łóżka nr 1 i 4 są puste, Luisa zaś leżała na swoim, ubrana w… no powiedzmy, że w ogóle w coś. Plecak, który trzymałem w ręku, upadł na podłogę. Razem ze szczęką.

– Co to ma znaczyć?
– Daniel i Philippe wyjechali – Portugalka się przeciągnęła. – Chyba zostaliśmy sami.
– Taa, widzę.
– …
– …

I zapadła taka niezręczna cisza…
Jakby tu zacząć?
– Kim z recepcji mówiła, że za chwilę na dole będzie darmowa pizza.
– Że co?? Teraz chcesz iść??
– Słuchaj, pochodzę z Poznania, a to taka Szkocja tylko trzy razy bardziej. Jak słyszę „darmowa pizza” to wychodzi ze mnie Janusz.
– Jaki Janusz?? Teraz? Heloł! Oni wyjechali! A ja…

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Luisa dała nura pod pościel, a w progu stanął osobliwy duet.
– Woong, Korea.
– Yossi, Izrael.
– Jezu… – mruknąłem.
– To od nas – Yossi się uśmiechnął, Luisa wyjrzała spod kołdry.

Przedstawiliśmy się. Zaburczało mi w brzuchu.
– Na dole czeka darmowa pizza.
Dwa razy nie trzeba było powtarzać, chłopacy od razu byli gotowi do wyjścia.
– Idziesz z nami? – Koreańczyk zerknął pożądliwie na Luisę, która wyraźnie straciła humor.
– Nie jestem specjalnie głodna, ale smacznego.

#6. Hostel Orange Village, 21 listopada, g. 22.00.

Po imprezie w saloniku zostało raptem kilka osób. Totalne multi-kulti, brakowało tylko pingwina, a wszystkie kontynenty miałyby swoją reprezentację. Jako, że był z nami Yossi, a wśród gości znajdował się Naseer (lub Nasim) z Egiptu, draka wisiała w powietrzu. Nic bardziej mylnego – czekała nas serdeczna rozmowa i ciekawa dyskusja, zakończona wspólnym oglądaniem Fluffiego. Tak, odcinka o wizycie komika w Arabii Saudyjskiej.

Yossi, Woong i ja wróciliśmy do pokoju koło północy. Kiedy z lękiem otwierałem drzwi, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to uprzątnięte rzeczy Portugalki. Jezu, wyjechała! Nareszcie!

Zaraz, zaraz… Nie tak szybko. Kiedy podszedłem do swojego łóżka zobaczyłem napisaną przez Luisę niewielką kartkę.
Podchody się skończyły.
Propozycja była napisana wprost, bez owijania w bawełnę.
Desperacja – level master.

Już miałem ów świstek wyrzucić, kiedy wpadłem na pomysł, żeby całą historię opisać. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem Luisie żadnych zdjęć, a taka opowieść będzie wymagała odpowiedniej oprawy wizualnej. Pomyślałem, że albo odezwę się na adres z karteczki, albo znajdę w Polsce godną dublerkę. Jak się pewnie domyślacie, zwyciężyła opcja numer dwa.

#7. Epilog.

Zasadniczo cała historia wydarzyła się naprawdę. Zgadza się i San Francisco, i hostel, i historyjki. Ba, nawet Portugalka jest prawdziwa, a jej imię poddałem jedynie lekkiej modyfikacji.
Jednak jak napisałem na wstępie, w pewnym wieku takie historie się nie przytrafiają, więc faktycznie jeden detal zmieniłem.
Otóż Luisa nie była ani tak śliczna jak Monika, ani zgrabna, ani, szczerze mówiąc, w ogóle jej nie przypominała. Cóż, tu rzeczywiście trochę poniosła mnie wyobraźnia…

 

To jak wyglądała? Oto krótki filmik, który nakręciłem mimochodem zaraz po przyjeździe (już wtedy coś mi zgrzytało).
Poznajcie prawdziwą Luisę:

Tak, niestety. Luisa miała naprawdę na imię …Luis i była, czy raczej był, „tęczowym” Portugalczykiem, który z jakichś niezrozumiałych powodów upatrzył mnie sobie na ofiarę.

Cholera, naprawdę jestem tolerancyjny, ale jak byście zareagowali na przykład, na wspomnianą w #3 wystawę, która naprawdę wyglądała tak (o karteczce nie wspominając):

czar_szafa

Mała refleksja. Mimo iż orientację mam większościową (tak większościową, że bardziej nie można – nawet serek jem heterogenizowany), w czasie całego wyjazdu, różne „tęczowe misie” próbowały mnie zaczepiać w sześciu krajach na trzech, pierdzielonych, kontynentach, a odpowiedniki Moniki jakoś, cholera, ani razu.

Co robię nie tak?

KONIEC
*****************************

czar_stand3

Chciałem bardzo serdecznie podziękować Monice za pomoc w realizacji tego pokręconego planu.
Świetna z Ciebie dziewczyna 🙂

 

#Post scriptum. Dwa słowa o sesji zdjęciowej.

Na serię zdjęć umówiliśmy się z Moniką w Warszawie. Miało nam to zająć jedno, grudniowe przedpołudnie, okazało się, że zajęło dwa pełne dni – niedzielę i poniedziałek. Nie, absolutnie nie było tak jak myślicie, zbereźnicy, ową niedzielę i poniedziałek dzieliły …dwa tygodnie 🙂 

czar_floor2

Dlaczego aż tyle? Powód prozaiczny – szlag trafił pogodę. I w jeden i drugi dzień praktycznie cały czas padało, a kiedy nie padało to nawet w południe było nie tyle pochmurno, co ciemno po prostu. Słońce przemykało niemalże okazjonalnie, wszystkiego było go może ze 20 minut.

czar_jezioro

Monika jest bardzo wdzięczną i fotogeniczną modelką, ale przy wszystkich zaletach ma jedną, powiedzmy, wadę.
W zasadzie to żadna wada. Raczej cecha.
Chyba każdy z nas zna kogoś, kogo wszystko bawi? No to Monika jest właśnie taką śmieszką, tylko „trzy razy bardziej”. Co gorsza jej nastrój się udzielał i myślę, że gdyby można było odzyskać czas, który straciliśmy na różnorakie, nieplanowane śmichy-chichy, zyskalibyśmy pewnie dobrych kilka godzin.

czar_smile2

 

A zresztą, dobrze, że go straciliśmy.
:))

 

 

 

Serdecznie zapraszam do Warszawy 28-29 listopada, na szóstą już edycję MOKONu.
Konwent będzie organizowany na terenie Liceum Ogólnokształcącego nr 28, przy ul. Anieli Krzywoń 3.

W sobotę, 28 listopada, będę miał przyjemność poprowadzić tam trzy prelekcje. Jedną na temat japońskiego reality show w którym brałem udział i dwie poświęcone historii Japonii:

  • O godz. 14.00 – „Why did you come to Japan? oczami uczestnika”
    YOU は何しに日本へ?(„Why Did You Come To Japan?”) to jeden z najpopularniejszych ogólnojapońskich reality show typu close-contact reporting, realizowany przez TV Tokyo. Jako (chyba) jedyny Polak miałem przyjemność uczestniczyć w jego wariancie rozszerzonym, czyli mając przypisaną na tydzień własną ekipę. Jeśli chcielibyście się dowiedzieć, jak wyglądało życie pod ciągłym okiem kamer, zajrzeć za kulisy realizacji programu czy odwiedzić kilka niezwykłych miejsc – serdecznie zapraszam. Prezentacja w ramach cyklu „Inna Japonia”.
  • O godz. 17.00 – „Upadek klanów ninja”
    Prawdziwa historia niezwykle wpływowych i najbardziej chyba tajemniczych organizacji w historii, których los został przypieczętowany w czasie inwazji znanej jako Tensho Iga No Ran. Razem z ekipą TV Tokyo odwiedziliśmy m.in. wioskę Togakure, dawne, legendarne prowincje Koga i Iga oraz cmentarze, na których pochowano znaczących przywódców. Rozmawialiśmy z naukowcami i pasjonatami, którzy od lat próbują zgłębiać klanowe historię. Próbują, bo jeśli chodzi o ninja …to niczego nie można być pewnym. Prezentacja w ramach cyklu „Droga do Sekigahary”.
  • O godz. 18.00 – „Droga do Sekigahary” 
    Fascynujący finał, prawdziwej „japońskiej” Gry o Tron. Żelaznym punktem każdej mojej wizyty w Japonii był nocleg w namiocie w górskich lasach okalających tytułową Sekigaharę. Tu właśnie rozegrała się najważniejsza bitwa okresu Sengoku. Jeśli na poprzednim Magnificonie lub innych konwentach widziałeś „Świt nad Nagashino”, lub „Gambit Shingena Takedy” to wiesz czego się można spodziewać. Będzie krew, zdrada, porwania, emocje, niewyjaśnione do dzisiaj zagadki, skrytobójstwa, a nade wszystko intrygi, intrygi i jeszcze więcej intryg. Prezentacja w ramach cyklu „Droga do Sekigahary”.

Po spotkaniu, gdyby ktoś chciał porozmawiać, będę do dyspozycji.

Informacje organizacyjne, listę atrakcji i program, znajdziecie na stronie MOKONu oraz na fanpage, na które serdecznie zapraszam.

mokon program

 

To już moje ostatnie spotkanie konwentowe w tym roku. Mam nadzieję, że w kolejnym, uda mi się przygotować i poprowadzić dla Was nowe atrakcje. Niniejszym chciałbym bardzo, bardzo serdecznie podziękować za Waszą obecność, wysoką frekwencję (co cieszy tym bardziej, że, pomijając reality show, tematyka paneli historycznych nie jest specjalnie lekka) i aktywny udział.

 

Cała przyjemność po mojej stronie 🙂 

PS. Ostatnio zamiast wpisów na stronie, pojawiają się zaproszenia i ogłoszenia (a i te sporadycznie). Obiecuję, że na dniach sytuacja ulegnie zmianie. Bez szumnych zapowiedzi powiem jedynie, że będzie… no kurczę, fajnie będzie po prostu 🙂

Serdecznie zapraszam do Poznania 10-11 października, na szóstą już edycję JAPANICONu
Podobnie jak poprzednim razem, konwent będzie organizowany na terenie Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 4, na os. Czecha 59.

W sobotę, 10 października, będę miał przyjemność poprowadzić tam dwie prelekcje poświęcone historii Japonii:

  • O godz. 15.00 – „Upadek klanów ninja”
    Prawdziwa historia niezwykle wpływowych i najbardziej chyba tajemniczych organizacji w historii, których los został przypieczętowany w czasie inwazji znanej jako Tensho Iga No Ran. Razem z ekipą TV Tokyo odwiedziliśmy m.in. wioskę Togakure, dawne, legendarne prowincje Koga i Iga oraz cmentarze, na których pochowano znaczących przywódców. Rozmawialiśmy z naukowcami i pasjonatami, którzy od lat próbują zgłębiać klanowe historię. Próbują, bo jeśli chodzi o ninja …to niczego nie można być pewnym. Prezentacja w ramach cyklu „Droga do Sekigahary”.
  • O godz. 16.00 – „Droga do Sekigahary” 
    Fascynujący finał, prawdziwej „japońskiej” Gry o Tron. Żelaznym punktem każdej mojej wizyty w Japonii był nocleg w namiocie w górskich lasach okalających tytułową Sekigaharę. Tu właśnie rozegrała się najważniejsza bitwa okresu Sengoku. Jeśli na poprzednim Magnificonie lub innych konwentach widziałeś „Świt nad Nagashino”, lub „Gambit Shingena Takedy” to wiesz czego się można spodziewać. Będzie krew, zdrada, porwania, emocje, niewyjaśnione do dzisiaj zagadki, skrytobójstwa, a nade wszystko intrygi, intrygi i jeszcze więcej intryg. Prezentacja w ramach cyklu „Droga do Sekigahary”.

Po spotkaniu, gdyby ktoś chciał porozmawiać, będę do dyspozycji.

Krótkie info ze strony organizatorów znajdziecie tutaj: https://www.facebook.com/events/407307729454647/

 

 

 

 

 

 

20 lipca upłynęła czterdziesta szósta rocznica zakończenia najbardziej emocjonującego i zarazem najbardziej kosztochłonnego napinania bicków w historii – wyścigu na Księżyc. Kto był pierwszy? Cóż odpowiedź wcale nie jest taka oczywista, jak się wydaje.

Cała poniższa historia została bardzo ciekawie i, na tyle na ile to możliwe, obiektywnie przedstawiona w amerykańskich muzeach, które miałem przyjemność odwiedzić: Space Center Houston* w Teksasie oraz Smithsonian National Air and Space Museum w Waszyngotnie D.C. i Wirginii.

#1. „Красная луна”

Zaczęło się 28 września 1957r, kiedy to prof. K. Stanjukowicz i dr K. Klebczewicz z Akademi Nauk ZSRR wypowiedzieli w będącym propagandową tubą Kremla Radiu Moskwa, że w latach 1962 – 67 Związek Radziecki planuje wysłać bezzałogowe statki na Marsa i Wenus, a w ciągu kolejnych kilku lat „radziecki” człowiek postawi stopę na Księżycu.
Słowa te przeszły początkowo bez echa i zostałyby odebrane jako kolejna komusza napinka, gdyby nie fakt, który miał miejsce sześć dni później.
Czwartego października na okołoziemskiej orbicie pojawił się Sputnik.

Amerykanie dostali potężnej czkawki, bo dotarło do nich, że Rosjanie w tym radiu to chyba jednak na poważnie.

#2. Od R-1 (V-2) do R-7.

Wbrew pozorom, nie tyle Sputnik był zmartwieniem, ile to co go w kosmos wyniosło. Okazało się, że amerykańskie prognozy dotyczące rozwoju radzieckiego programu rakietowego, mocno rozjechały się z rzeczywistością. Od rakiety R-1 będącej w zasadzie kopią niemieckiej V-2, do misji Sputnika miało upłynąć kilkanaście lat, a minęło raptem dziewięć. Co gorsza, dokonany przeskok miał charakter przełomowy. W dobie zimnowojennych napięć, łatwo można było przewidzieć w którą stronę „kosmiczne” plany ZSRR będą podążały.

Satelitę wyniosła lekko zmodyfikowana rakieta R-7, która w wersji bazowej miała służyć do przenoszenia głowic nuklearnych.

Wyniesienie Sputnika było sygnałem, że rosyjskie zabawki nie tylko działają, ale w każdej chwili mogą dotrzeć w dowolne miejsce na Ziemi, bez ryzyka ich wykrycia, nie mówiąc o ewentualnej neutralizacji. Zdominowanie przestrzeni kosmicznej przez Rosjan było dla Amerykanów absolutnie nie do zaakceptowania. Kosmiczny wyścig o którym nieśmiało mówiono od dwóch lat, właśnie rozpoczął się na poważnie. Meta majaczyła mgliście na horyzoncie, ale obie strony wiedziały, że jest nią Księżyc.

#3. Projekty E-4 i A119.


Zanim jednak wysłano tam człowieka, czy zanim w ogóle człowiek wyleciał po raz pierwszy w kosmos, oba kraje chciały za wszelką cenę osiągnąć powierzchnię srebrnego globu w możliwie spektakularny sposób, pokazując światu swoją technologiczną przewagę. W jaki sposób? W obu supermocarstwach nie zastanawiano się specjalnie długo. W 1958r. zarówno rosyjscy jak i amerykańscy Janusze politycznego marketingu wpadli, niezależnie od siebie, na równie genialny co kretyński pomysł: trzeba pieprznąć w Księżyc atomówką! I to taką, żeby jej wybuch był widoczny z Ziemi gołym okiem. Cóż, z całą pewnością ludzkość od zarania dziejów marzyła aby Bogu ducha winnemu satelicie zafundować nowy krater, a najlepiej dwa.

Na szczęście oba projekty: A119 (USA) jak i E-4 (ZSRR) pozostały jedynie w sferze planów.
Pierwszym obiektem stworzonym przez człowieka, który dotarł do Księżyca była rosyjska sonda. 13 września 1959r, Łuna 2 roztrzaskała się planowo o jego powierzchnię. Eksplozji na szczęście zaniechano.

#4. Kosmiczne sukcesy Chruszczowa.

Pewnie można lepiej dobrać słowa, ale mówiąc bez ogródek, do połowy lat ’60 Amerykanie regularnie dostawali po ryju. Za co by się nie wzięli, ‘Ruscy’ byli o krok przed nimi. Dosłownie krok, gdyż w większości przypadków, amerykański odpowiednik danego zdarzenia miał miejsce nie później niż kilka tygodni, a czasami dosłownie dni, po Rosjanach.

Łajka, Biełka, Striełka, wspomniane misje Łuna i wreszcie 12 kwietnia 1961 roku, 27-letni porucznik WWS, Jurij Gagarin zostaje pierwszym człowiekiem, który poleciał w kosmos, odbywając od razu lot orbitalny. Świat (oczywiście nie cały) zareagował z entuzjazmem.

Startujący niecały miesiąc po nim (05.05.1961) Alan Shepard, dociera na wysokość suborbitalną – parametry jego rakiety nośnej (Redstone) nie pozwalają na osiągnięcie pierwszej prędkości kosmicznej. Oficjalnie uznaje się jednak, że Shepard był drugim człowiekiem (i pierwszym Amerykaninem) w kosmosie, chociaż na tle blisko dwugodzinnej misji Wostoka, jego piętnastominutowy lot, wyglądał raczej na akt desperacji. Kennedy oficjalnie astronaucie gratuluje, ale ma pełną świadomość, że w wymiarze propagandowym USA poniosły klęskę.

#5. Kennedy rzuca (lub podejmuje) wyzwanie.

Zarówno Chruszczow (a po nim Breżniew) jak i Kennedy (a po jego śmierci Johnson i Nixon) wiedzieli, że w tym wyścigu nie ma srebrnych medali. Kto dzisiaj kojarzy szympansa Enosa? Kto wie kim była Sally Ride? Zresztą nawet Sheparda pamięta się głównie dlatego, że dziesięć lat po swoim pionierskim locie, zagrał na Księżycu w golfa. Za to tą panią świat kojarzy i dziś:

Cofnijmy się jednak do maja 1961. Po sukcesie misji Gagarina, Kennedy wiedział, że takie wydarzenie może przebić tylko jedno. Lądowanie i udany powrót ze srebrnego globu. Wiedział także, że Rosjanie marzą o tym by „srebrny” zamienić na „czerwony”, z czym się od 1957r. nie kryli. Po konsultacji z administratorem NASA Jamesem Webbem, 25 maja 1961 młody prezydent złożył przed Kongresem i narodem deklarację, iż przed końcem dekady Amerykanie staną na Księżycu.

#6. „Czerwona” koszulka lidera.

Wyścig nabierał tempa. Co ciekawe, oba mocarstwa zastosowały praktyki skrajnie odmienne od ich państwowej ideologii. USA wyeliminowały wewnętrzną konkurencję, powołując w ramach NASA jedno Centrum Lotów Kosmicznych (MSFC) na czele którego postawiono rakietowego geniusza o brunatnej przeszłości, SS Sturmbannführera, Wernhera von Brauna. Natomiast program kosmiczny ZSRR był swoistym konkursem różnych biur projektowych, w którym prym wiódł równie genialny co egocentryczny Sergiej Korolow, notorycznie podgryzany przez drugiego genialnego egocentryka, Władimira Czełomieja.

USA-ńska machina rozpędzała się powoli. Jednak Amerykanie byli przekonani, że podobnie jak w przypadku wojny z Japonią, w odpowiednio długim horyzoncie czasowym, ich niemal nieograniczony potencjał gospodarczy, pozwoli dogonić i przegonić każde państwo, właściwie w każdej dziedzinie, nie wyłączając podboju kosmosu.

20 lutego 1962r. John Glenn powtarza wyczyn Gagarina i trzykrotnie orbituje wokół Ziemi, a Amerykanie rozpoczynają przymiarki do programu Gemini, jednak wówczas mało kogo to obeszło, bo rozpędzeni Rosjanie z obsesją na punkcie „pierwszości”, punktowali konkurentów w każdej kategorii:

#7. Saturn 5 vs. N1.

Mimo iż, jak widać, udało im się dotrzeć i „miękko” wylądować na Księżycu, do mety było jeszcze bardzo daleko. W tle wyścigu, oba kraje gorączkowo przygotowywały się do Najważniejszej Próby. Największym wyzwaniem było zbudowanie rakiety nośnej, która mogła zabrać załogę i lądownik. W 1963 roku Amerykanie rozpoczęli budowę, a w 1967 wysłali na pierwszą (bezzałogową) misję, arcydzieło ludzkiego geniuszu – Saturn 5. Do dzisiaj zachowano trzy egzemplarze wyeksponowane w Huntsville, na Florydzie i w Teksasie. Jeśli można powiedzieć, że jakiś eksponat robi kolosalne wrażenie, to takim jest właśnie Saturn 5.

Mniej więcej w tym samym czasie (1962) KC KPZR zatwierdził projekt i budowę przypominającej choinkę rakiety N1. Jednak ewidentnie chłopakom nie szło. Mimo iż, teoretycznie, sama koncepcja nie była głupia i w teorii dorównywała a nawet w niektórych aspektach przewyższała parametry Saturna…

…w wyniku permanentnego konfliktu między Korolowem a Czełomiejem, długo nie mogła zejść z desek kreślarskich.

Po sukcesie amerykańskiego programu Gemini w 1966, Rosjanie zaczęli tracić pozycję „kosmicznego” lidera. Prace nad N1 przyspieszono, co projektowi na dobre nie wyszło. Zabrakło czasu na przetestowanie kluczowych rozwiązań. Po udanym starcie Saturna 5 i załogowym locie wokół Księżyca w ramach misji Apollo 8 w grudniu 1968r, Rosjanie postawili w trybie natychmiastowym wdrożyć plan B, który chyba brzmiał: „nieważne czy działa, musimy k…a lecieć!”.

#8. „Misje” rakiet N1.

Na początku 1969r. pierwszy egzemplarz N1 był gotowy do bezzałogowego testu.

21 lutego 1969r. rakieta N1 numer 3L ruszyła na podbój kosmosu.
Znaczy za daleko to nie doleciała, bo po jakiejś minucie lotu i przeleceniu 12 km, po prostu eksplodowała.

Niedługo później, Amerykanie ogłosili, że 16 lipca tegoż roku wysyłają misję Apollo 11. Cel: człowiek na Księżycu. „Znaczy spoko”, pomyślano w KC, „mamy jeszcze cztery miesiące, wystarczy trochę przyspieszyć i jeszcze hamburgerów wyprzedzimy”.


3 lipca 1969r.
kolejna N1 numer 5L ruszyła szukać miejsca na przyjęcie lądownika na Księżycu.

Chociaż ruszyła to znów za dużo powiedziane. Podniosła się raptem na 150 metrów, po czym jak nie pierd…nie! Uuu, panie, jakby dwie takie naraz walnęły toby się Hiroszima zrobiła. Na pocieszenie można dodać, że rakieta w kosmos może i nie poleciała, ale siła jej wybuchu do dzisiaj otwiera zestawienie największych eksplozji nienuklearnych w dziejach (6,9 kT).

Mimo iż N1 zbudowano łącznie dziewięć egzemplarzy, nawet do tępawych politruków dotarło, że z rakietą jest coś nie teges i bez wnikliwych analiz, nie uda się ustalić przyczyn porażek i kontynuować programu. Mimo szeregu zwycięstw na poszczególnych etapach, największy wyścig w historii, ZSRR właśnie przegrywał. Całą nadzieję pokładano jeszcze w tym, że …Amerykanom podwinie się noga.

#9. Orzeł wylądował.

20 lipca 1969r. Neil Armstrong wygłosił pamiętne słowa: „Houston, tu Baza Tranquility, Orzeł wylądował”. Breżniew musiał uznać porażkę, chociaż z technicznego punktu widzenia, to Rosjanie byli pierwsi na Księżycu – tylko kto o tym dzisiaj pamięta?

Epilog.

W 2004r. George W. Bush ogłosił Program Constellation zakładający powrót USA na srebrny glob w 2020r. Program z powodów finansowych został odwołany przez administrację Obamy w 2011r. Później został w zmienionej formie przywrócony, ale chodzi mi o coś innego. W dobie wszechobecnego hi-tech, najpotężniejszy i najbogatszy kraj na świecie deklaruje, że potrzebuje 16 lat aby powtórzyć wyczyn entuzjastów sprzed sześciu dekad! Cóż… Tak oto wyglądał zapasowy komputer modułu dowodzenia w czasie misji Apollo:

Ciekawe, że czterdzieści pięć lat temu, urządzenie o mocy obliczeniowej kalkulatora z warzywniaka wystarczyło, aby posłać ludzi na Księżyc, a dzisiaj minimalne wymagania potrzebne do zainstalowania systemu na moim laptopie to: procesor 1Ghz, 1GB RAM-u i 16 GB miejsca na HDD. Samego, pierdzielonego, systemu. A, no tak, zapomniałem, że dzięki temu mogę godzinami oglądać filmiki o kotach.
Szach mat, Neilu Armstrongu.

***************************************

W części drugiej (TUTAJ): Jak wygląda centrum szkolenia astronautów w Houston, jak zmieniał się budżet NASA, jak wyglądają i jakie są w dotyku prawdziwe księżycowe kamienie i jaki zapach ma Księżyc. A jako bonus, dowiecie się jaką deklarację złożył pewien rosyjski generał, który nie mógł pogodzić się z myślą, że do zasilania silników rakiety R-1 potrzeba aż …czterech ton spirytusu.

 

I zagadka:

Co zwierzę z obrazka poniżej ma wspólnego z NASA (nie chodzi o żadne rebusowe skojarzenia)?

 

Na słowo NASA przychodzą do głowy dwie lokalizacje: Centrum Johnsona niedaleko Houston w Teksasie oraz Centrum Kennedy’ego na przylądku Canaveral na Florydzie i generalnie właśnie te dwa miejsca brałem pod uwagę planując obejrzenie prawdziwie „kosmicznej” ekspozycji.

 

#1. Space Center Houston.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę iż Agencja posiada aż 14 Visitor Centers (niestety brak polskiego odpowiednika), lub przynajmniej dużych ekspozycji rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych. Największe i najciekawsze z nich znajdują się na Florydzie, w Teksasie, w Alabamie i w Waszyngtonie/Wirginii.
Chyba każdy zna, a przynajmniej słyszał kiedyś frazy: „Houston, mamy problem” czy „Houston, tu Baza Tranquility, Orzeł wylądował”, dlatego też wybór dokonał się niejako sam. Nie bez znaczenia był też fakt, że pobyt w Teksasie mogłem połączyć z wizytą u Tscharnej o czym wspominałem w jednym z poprzednich wpisów.

houston

Dojazd do NASA z Houston nie jest specjalnie skomplikowany. Z centrum autostradą jedzie się jakieś 40 minut. Trudno nie trafić – po drodze mija się szereg drogowskazów, a z oddali odwiedzających wita potężna sylwetka Boeinga 737 747 z przyczepionym do jego kadłuba kosmicznym promem Independence.

nasa-65

Że co? Że takiego promu nie było? Cóż… rzeczywiście, eksponat znajdujący się w Johnson Space Center to …replika. Wierna, ale tylko replika. Przywieziona z Centrum Kennedy’ego na Florydzie, gdzie jej miejsce w muzeum zajął prawdziwy, wycofany ze służby prom Atlantis. Nie warto poruszać tego tematu w Houston, bo Teksańczycy dostają ciężkiej cholery. To stąd kontrolowano przebieg wszystkich misji załogowych, to tu szkolono wszystkich astronautów, więc nie mogą zrozumieć, jak to możliwe, że na trzy emerytowane promy (Atlantis, Discovery, Endeavour), żaden nie trafił do Centrum Johnsona. Faktycznie trudno znaleźć wytłumaczenie dla takiego stanu rzeczy.

 

#2. Ciekawostki z „tramwaju”.

nasa-60

Uprzedzono mnie, że warto przyjechać chwilę przed otwarciem i od razu ustawić się w kolejce na tzw. tram tour po ośrodku, bo po 10 zaczynają się tworzyć długie kolejki. Czy warto? Zdecydowanie. To właśnie w czasie owej wycieczki można obejrzeć najciekawsze atrakcje teksańskiego ośrodka.

Johnson Space Center to przede wszystkim centrum kontroli lotów i ośrodek szkoleniowy, dlatego też poruszanie się po okolicy jest ściśle monitorowane. Goście mogą podziwiać ośrodek jedynie z „tramwajowych” wagoników. Aby móc wejść na pokład, trzeba się poddać procedurze bezpieczeństwa (obowiązkowe zdjęcie, zdarza się, że także dodatkowe przeszukanie). Kiedy wyruszyliśmy, zacząłem się rozglądać próbując wypatrzyć chociaż jeden kompleks startowy, ale jak okiem sięgnąć nigdzie nie było nic takiego widać. Okazało się, że dość powszechne wyobrażenie Houston, znacznie odbiega od rzeczywistości. W czasie godzinnego przejazdu, z głośników podawane są ciekawostki na temat Agencji i historii podboju kosmosu z których dowiedziałem się między innymi, że:

  1. W Houston, czy w ogóle w Teksasie nie ma i nigdy nie było kosmodromu (czy z angielska spaceportu), ergo nigdy nie startowała stąd żadna rakieta czy prom kosmiczny. Wszystkie dotychczasowe amerykańskie załogowe i bezzałogowe starty, miały miejsce na Florydzie.
  2. NASA powstała stosunkowo niedawno, bo dopiero po wystrzeleniu sputnika przez Rosjan w 1957, a to oznacza, że wcześniej nie było w USA organizacji, która mogłaby się z Rosjanami ścigać.
  3. Po zakończeniu II wojny światowej, sami Rosjanie wbrew pozorom też mieli problem z przekonaniem rządzących i armijnych sztabowców, że rozwój programu rakietowego ma sens. Borys Czertok, jeden z ojców tego programu wspominał, że kiedy w 1947r. prezentowano plany rakiety R-1 w radzieckim Sztabie Generalnym i rozmowa zeszła na temat stosowanego paliwa, jeden z generałów nie wytrzymał i krzyknął: „Co wy robicie?? Chcecie wlać ponad cztery tony spirytusu do jednej rakiety? Dajcie ten alkohol mojej dywizji, a weźmiemy dowolne miasto z marszu, zanim wasza rakieta doleci do celu. Komu to potrzebne?
  4. NASA nie ma formalnych powiązań z żadną rządową agencją czy formacjami zbrojnymi (US Army, US Air Force). Agencja jest tworem niezależnym i podlega bezpośrednio prezydentowi USA.
  5. Budżet NASA nie jest już tak „kosmiczny” jak to drzewiej bywało, choć nadal imponuje (nominalną) wielkością. W 2015 wyniósł 18,0 mld USD (0,45% budżetu i 0,11% PKB USA), a dla porównania, w najbardziej kosztochłonnym roku (1966) kwota wydatków NASA przekroczyła 5,9 mld USD (0,83% budżetu i 0,14% PKB), stanowiących równowartość dzisiejszych 44,3 mld USD. Mimo tak znaczącej obniżki, budżet NASA i tak trzykrotnie przekracza budżet konkurencyjnego Roskosmosu (ok. 5 – 6 mld USD).
    Od siebie dodam, że gdyby Polska miała sfinansować dzisiejsze wydatki amerykańskiej agencji, musielibyśmy poświęcić na to 20% budżetu (89 mld USD) i ponad 3% naszego rocznego PKB.

 

#3. Centrum szkoleniowe.

Jedną z dwóch największych atrakcji ‚Johnsona’ jest centrum szkolenia astronautów, które odwiedzający mogą podziwiać niemal w całej okazałości. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to zwykły pic, jakieś makiety pod turystów, ale kiedy wprowadzono nas na do galerii na poddaszu hali treningowej, z której mogliśmy obserwować to co się dzieje pod nami, zrozumiałem, że wszystko tutaj jest prawdziwe.

Halę wypełniały wszystkie moduły Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) w skali 1:1. W każdym module znajdował się dubler kogoś z załogi orbitującej stacji.

nasa

W filmie Apollo 13, jest scena kiedy Thomas Mattingly (grany przez G. Sinise’a) aby pomóc astronautom musi wczuć się dokładnie w ich położenie i stara się odtworzyć możliwie wiernie sytuację w której się znaleźli. Temu samemu między innymi, służy naziemna kopia ISS. Każdy moduł jest oznaczony nazwą oraz flagą państwa (lub państw) w których powstał.

nasa-2

nasa-4

nasa-5

W dalszej części znajdują się między innymi trenażer symulujący stan nieważkości.

nasa-9

Nieco dalej sprzęt, którego przeznaczenie nadal stanowi dla mnie zagadkę.

nasa-64

nasa-61

Co ciekawe prawie nie było widać obsługi. Może przerwę mieli, może urlopy?

nasa-6

Gdzieniegdzie przewijały się panienki wyglądające bardziej na stażystki niż etatowe pracownice NASA, ale kto je tam naprawdę wie.

nasa-7

 

#4. Saturn V.

Niestety z różnych powodów nie mogliśmy zostać budynku treningowym dłużej. Ale nie ma tego złego. Wsiedliśmy do tramwaju i po jakichś dziesięciu minutach zatrzymaliśmy się przy pawilonie w którym wyeksponowany jest jeden z trzech egzemplarzy największej rakiety jaką kiedykolwiek zbudowano: Saturn V.

nasa-66

nasa-10

nasa-12

Krótki film z jej prezentacją znajdziecie w poprzednim wpisie.

#5. Kamienie nie z tego świata.

Po powrocie do budynku głównego, trafiłem do sali w której znajduje się największa na świecie ekspozycja kamieni księżycowych.  Wyglądają… cóż, jak kamienie po prostu. Nie mają srebrnego odcienia, nie migoczą i nie mienią się w świetle. Ot, kamloty po prostu, jakich wszędzie na Ziemi pełno.

nasa-25

nasa-24

Pośrodku hali znajduje się przedziwna konstrukcja w której umieszczono fragment księżycowego kamyczka, który każdy może, przepraszam za wyrażenie, pomacać palcem przez wąską szczelinę.

nasa-23

Jako, że każdy z tej okazji korzysta, powierzchnia kamyczka została wyślizgana do granic możliwości i dzisiaj jeśli chcielibyście odtworzyć w domu wrażenie którego doświadczają odwiedzający Centrum NASA, wystarczy przejechać palcem po ściennej płytce w łazience czy kuchni. Wrażenie będzie IDENTYCZNE (bez cienia sarkazmu).

Obok znajduje się ciekawa aparatura, na której napisano że po dotknięciu przycisku można poczuć zapach jaki panuje na Księżycu.

nasa-38

Czy raczej panowałby gdyż brak powietrza na srebrnym globie, uniemożliwia rozchodzenie się woni. Zapach jest odtworzony na podstawie wspomnień astronautów z misji Apollo, którzy po księżycowych spacerach wnieśli kawałki skał na pokład. Zgodnie twierdzili, że ich zapach przypominał wypalony proch strzelniczy i taka też woń wydobywa się z maszyny. Dziwne wrażenie – mistyczny „miesiąc”, natchnienie poetów, śmierdzące łuskami po nabojach.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

Dotarliśmy na miejsce. Trochę zdziwił mnie fakt, że aż do przystanku końcowego prowadziła asfaltowa droga, ale rozumiałem, że teraz zacznie się prawdziwa przygoda. Sprawdziłem troczki plecaka, zawiązałem mocniej buty i szykowałem się do długiej wędrówki nieznanymi szlakami. George wziął mikrofon.

Ciąg dalszy opowieści z Cairns.

#1. Spacer po dżungli I

rainforest-49

– Proszę wszystkich o uwagę. Za chwilę idziemy na spacer po dżungli („nareszcie!”). Torby i plecaki zostawcie w busiku („co??”), ewentualnie można wziąć butelkę wody („ewentualnie?”). Proszę, abyście się nie rozchodzili i trzymali swojej grupy („to ile tych grup tam będzie?”). Powinniśmy wróć z powrotem za jakieś pół godziny.

Chyba się, kuwa, przesłyszałem.

– Excuse me… What did you mean by saying “half an hour”?
– In Australia it means 30 minutes.
– Ale…
– Słyszałem twoją rozmowę z Wróżką i wiem co żeście ustalali. Wszystko w swoim czasie.

Z ciężkim żalem zostawiłem plecak i jako ostatni opuściłem pojazd. Znów spojrzałem na stopy moich towarzyszy – połowa wycieczki twardo maszerowała w klapkach. Jedyna myśl jaka mi przyszła do głowy: „Czemu George im nie powie, że to niebezpieczne, że w poszyciu będą się czaić pełzająco-kąsające agresywne szity?” Chwilę później zrozumiałem.

Doszliśmy do ścieżki i ręce mi opadły. Otóż, aby  amerykańskim (głównie) i japońskim turystom było łatwiej, bezpieczniej i możliwie przyjemnie, cały trakt przez cholerną dżunglę WYBRUKOWANO.

rainforest-76

Po bokach poręcze, co dwa kroki tabliczki, a na ścieżce dziesiątki ludzi.

rainforest-74

Więcej egzotyki zobaczycie w poznańskiej Palmiarni. Dlaczego tak to wyglądało? Wróćmy na chwilę do naszej znajomej.

#2. Wróżka.

Na czym zakończyliśmy wizytę? A…  już wiem!

Kobieta westchnęła i rzekła do mnie tymi słowy:
– Posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo uważnie. Obszar do którego zamierzasz się udać, to teren Parku Narodowego. Nie wiem jak w Europie, ale w Australii ochronę parków narodowych traktujemy bardzo poważnie. A to znaczy, że samowola jest tu BARDZO niemile widziana. Jeśli George będzie miał jutro jakieś wolne miejsce to się z nimi zabierzesz, ale samotne wędrówki nie wchodzą w grę. Spanie na dziko możesz sobie również od razu wybić z głowy. Byłoby to równie nieodpowiedzialne co zabronione. Opuszczę ci cenę – zapłacisz jedynie za nocleg i rejs po rzece. 

– Ale kiedy ja właśnie…

– Polubiłam cię, ale już się k…a zamknij. Nie ma innej możliwości! I tak zapłacisz połowę mniej niż inni, więc nie wybrzydzaj. A jak ci się spodoba, możesz próbować wdrażać swoje pomysły, ale nie tutaj tylko bardziej na północ, poza obszarem Parku. Ostrzegam jednak, że tam będzie jakieś dwa razy bardziej niebezpiecznie niż na Cape Tribulation.

#3. Spacer po dżungli II

George zapierdzielał jakby brał udział w wyścigu F1, a my, lawirując slalomem między tłumem spacerowiczów, za nim. Aborygen co jakiś czas się zatrzymywał pokazując na różne rośliny i tłumacząc, które z nich są jadalne, a które… też są jadalne, ale tylko raz. Mimo iż chciałem potraktować ten przykrótki spacer jak misję szkoleniową, zanim udało mi się włączyć kamerę i zarejestrować któreś z objaśnień, George gnał dalej. Stąd poniżej jedynie kilka zdjęć, bez opisów.

rainforest-11

rainforest-9

rainforest-8

rainforest-7

rainforest-6

rainforest-10

rainforest-13

Spacer, czy raczej jogging, zakończył się po dwudziestu minutach. Aborygen zapakował nas do busiku i jakiś kwadrans później, punktualnie o dwunastej, zatrzymał się pośrodku dżungli. Zabrzmi to dziwnie, ale dokładnie w tym miejscu znajdował się hostel. Precyzyjniej było ich tam kilka, ale ten był, przepraszam za wyrażenie, najbardziej zajebisty ze wszystkich. Wprawdzie wycieczka miała zgodnie z sugestią Wróżki wyglądać inaczej, ale nasz przewodnik, stwierdził, że jeśli wyjechaliśmy z Cairns o świcie, to w południe na pewno jesteśmy zmęczeni, i że hostel nam się spodoba, i że w ogóle mamy wypierdzielać z jego busiku, a on przyjedzie po nas następnego dnia. Też w południe. 

Nie byliśmy zmęczeni, bo po prawdzie nie było się czym zmęczyć, ale weź pogadaj z Georgem.
Wzięliśmy plecaki i razem z (nomen omen) Simonem z Francji i Angielką Viki poszliśmy do kompleksu o wdzięcznej nazwie The Beach House. Godzinę później wyruszyliśmy sami na eksplorację okolicy – ten wątek jednak tutaj pominę, gdyż to temat zasługujący na osobny wpis.

 

#4. Rzeka Daintree

Następnego dnia, koło południa, George podjechał pod bramę The Beach House i zabrał nas na nabrzeże rzeki Daintree. Tęczowy Obieżyświat pyta co w niej takiego magicznego.

– Daintree? O, panie, trudno znaleźć drugą taką na świecie, zanurz dłoń to ujebią przy ramieniu.

– Znaczy kto ujebie?

– Znaczy krokodyle. Wszędzie. Dziesiątki wygłodzonych bestii, jedna na drugiej. Maszyny do zabijania, szczytowe osiągnięcie ewolucji. Poruszają się równie zwinnie na wodzie jak i na lądzie, nie mają naturalnych wrogów, żyją i kilkadziesiąt lat, mają 80 zębów ostrych jak sztylety, a co jeszcze ciekawsze…

– …to zęby mogą im odrastać i pięćdziesiąt razy jeśli zajdzie taka konieczność – dokończyłem. – Brian Callison „Crocodile Trapp”.

trapp

Aborygen spiorunował mnie wzrokiem, ale faktem jest, że prawie całej jego intro pochodziło niemal słowo w słowo z jednej z moich ulubionych książek. Po krótkiej chwili odzyskał rezon i zaczął bardziej od siebie:

– W Australii występują dwa gatunki krokodyli: słodko- i słonowodne. O ile w rzekach z zasady występuje tylko ten pierwszy, endemiczny, gatunek, o tyle w delcie Daintree, a właśnie tam się za chwilę znajdziecie, można spotkać oba typy.
Dalsza część historii była naprawdę ciekawa. Z tego co zapamiętałem, australijski krokodyl słodkowodny podobno nie jest gatunkiem groźnym dla człowieka. Nie wiem tylko czy on o tym wie.

krokodyl mały

Rośnie do trzech metrów, może ważyć i 100 kg, ma ryj przypominający piłę tarczową i w ogóle jakoś tak nieprzyjemnie mu z oczu patrzy. No nie wygląda ładnie. Ba, nawet świeżo wyklute maluchy przypominają coś w rodzaju obcego z filmów Camerona.

Ale ten to pikuś. Uważać trzeba na jego słonowodnego kuzyna, krokodyla różańcowego.

krokodyl duży

Zresztą „słonowodny” to też pewne uproszczenie. Ten mezozoiczny relikt jest największym żyjącym na Ziemi gadem. Potrafi mierzyć ponad 6 metrów, ważyć blisko 1,4 tony, ma w pompie czy otaczająca go woda jest słodka czy słona, pływa dwa razy szybciej niż Phelps, z taką samą prędkością biega, i jeśli krokodyl australijski ma między szczękami piłę tarczową, to różańcowy ma tam cały tartak.

Zatrzymując się na chwilę przy krokodylach różańcowych. Czy wiecie, że cechuje je najsilniejszy ścisk szczęk ze wszystkich znanych żywych i wymarłych zwierząt na świecie. Szacuje się, że jedynie T-Rexy mogły osiągać lepsze wyniki. Jednostki w jakich mierzy się nacisk to funt na cal kwadratowy (psi). A jak to wygląda? Oto krótkie zestawienie:

  • Krokodyl różańcowy: 3700 psi
  • Hiena: 1000 psi
  • Żarłacz biały: 600 psi
  • Lew: 600 psi
  • Pitbull: 320 psi
  • Człowiek: 120 psi

Jak widać na tle konkurencji, prezentujemy się wyjątkowo blado.

I, tak jest, z nimi też się za chwilę spotkamy.
Postraszeni dotarliśmy do przystani, chociaż przystań to za dużo powiedziane. Przywitała nas taka tablica:

rainforest-4
Po jakimś kwadransie przypłynęła łódź. Pilotował ją przewodnik, przekonany, że jeśli nie będzie zachowywał się jak Mick Dundee, to żaden turysta nie będzie go traktował poważnie. Mimo, iż  nie nosił na głowie kapelusza z wianuszkiem zębów i krokodylowej kurtki, mieliśmy pokaz nonszalancji i traperskich popisów. Chociaż, muszę uczciwie przyznać – te drugie robiły wrażenie.
Wsiedliśmy do łodzi. George żegnał nas na brzegu znakiem krzyża (poważnie).

rainforest-40

 #5. Krokodyle.

Dundee przeczytał na głos ostrzeżenia, które wisiały przed każdym z nas. Zwrócił uwagę abyśmy w żadnym wypadku nie próbowali wystawiać rąk poza obrys łodzi.

rainforest-41

– Podpływającego pod wodą krokodyla nie widać. Jeśli zdecyduje się skoczyć, nie zdążycie cofnąć ręki i podróż może skończyć się źle albo bardzo źle.

rainforest-45

Płynęliśmy już z 10 minut. Cóż, nasze rozbudzone oczekiwania były takie, że będziemy lawirować między otwartymi pyskami, ocierając się o grzbiety i ogony bestii, a tu, ni widu ni słychu. Krajobrazowo było pięknie, wszyscy czekali jednak na krokodyle.

Nagle przewodnik zawołał.

– Spójrzcie w lewo.

Spojrzeliśmy w lewo. Nic. Dundee wyłączył silnik i przydryfował do brzegu. Wyraźnie miał ubaw obserwując jak kilkanaście osób wypatruje oczy, strojąc przy tym pełne niedowierzania miny. Wtedy zrozumiałem – facet nas wkręcał. Nic tam nie było.

rainforest-44

Już miałem się odezwać, kiedy Simon krzyknął.

– Widzę go!

– Well done – mruknął Dundee. – Tak właśnie wygląda krokodyl dla większości swoich ofiar. Nie widzą go póki nie zaatakuje.

rainforest-43

Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem krokodyla udało się zauważyć dopiero wtedy, kiedy przewodnik mówił nam gdzie mamy patrzeć i kiedy udało mu się przybliżyć się do gada niemal na wyciągnięcie ręki.

rainforest-42

Każdego napotkanego krokodyla Dundee od razu klasyfikował co do gatunku, podawał jego wiek, a w niektórych przypadkach nawet …imię. Znaczy bestie nie były aż tak anonimowe, jak się na pierwszy rzut oka zdawało. Najwięcej było młodzieży, tak do kilku lat może. Większość dorosłych osobników starała się nas unikać.

Po dopłynięciu do brzegu, czekała nas jeszcze mała niespodzianka. Otóż nieco powyżej przystani, znajdował się bar w którym mogliśmy kupić coś do picia. Jego właściciele byli zarazem pracownikami rezerwatu i mieli na stanie kilka żywych, niedużych miniaturek „dinozaurów”. Kobieta która nas obsługiwała, wyciągnęła jednego stwora z terrarium, zawinęła mu pysk taśmą klejącą i zapytała czy ktoś z nas chciałby go może potrzymać. Krokodylek przez cały ten czas nawet nie drgnął. Wyglądał jak zabawka.

rainforest-48
Wyciągnąłem ręce.  Gad jakby tylko na to czekał. Odwrócił łeb. W jego małych oczach, czaiła się czysta, niczym nie skrywana nienawiść. Nagle straciłem zaufanie do taśmy klejącej.

rainforest-46

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Australijczycy w zasadzie nie używają terminu dżungla, mimo iż owa dżungla porasta niemal całą północną część kontynentu. W oficjalnej i zwyczajowej terminologii to po prostu las deszczowy. Na szczęście w czasie mojej wizyty, niemal przez cały czas świeciło tam słońce.
Przepiękne, urzekające wręcz, miejsce. 

Zapraszam na ciąg dalszy opowieści z Cairns.

#1. Stereotypy


Dzięki pomocy Klnącej Wróżki (o tym w kolejnej części), udało mi się podczepić za symboliczną opłatę do jakieś wycieczki na Przylądek Kłopotów. Miałem swoją wizję tej eskapady i musiałem się do niej przygotować. Dotarłem do bramy hostelu i na chwilę zawiesiłem wzrok na ślicznej blondynce niosącej naczynia do kuchni.
Dziewczyna przykuwała uwagę swoją nietuzinkową urodą. Przypominała nieco „tą trzecią ze SketchSHE”. Taka Australijka taka. Może ciut za wysoka, ale niezwykle zgrabna. Cicho westchnąłem i skierowałem się do recepcji.
– A któż to wrócił? Udało ci się coś znaleźć, maaan? – zapytał Steve Wyluzowany Recepcjonista.
– Aha, z samego rana mam zbiórkę. Nie widziałeś gdzieś Joela?
– Rano wyjechał, maaan. Ale będziesz miał dwie nowe współlokatorki z Niemiec. Helgi.
Hehe. Czyli na mało urodziwe mieszkanki zza naszej zachodniej granicy, na antypodach mówi się tak samo jak u nas. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem pięść.
– Żółwiiik…
Australijczyk szeroko otworzył oczy. W tym momencie Trzecia ze SketchSHE weszła do recepcji, uśmiechnęła się z zakłopotaniem, zabrała plażowy ręcznik i wyszła. Na chwilę znieruchomieliśmy.
– O, to właśnie była Helga – ocknął się Steve.
– Ja p… – mruknąłem. Steve przybił żółwika, chociaż odniosłem wrażenie, że mylnie zinterpretował moje intencje.

Wieczorem wchodzę do pokoju. Na sąsiednim łóżku Piękna Helga czyta jakąś powieść. Po przeciwnej stronie jej imienniczka, znacznie bardziej stereotypowa Niemka, bawi się smartfonem.
– Hi girls! – rzucam wesoło, jednocześnie walcząc ze sobą, aby nie unieść wyprostowanej prawej ręki.
– Aha – mruknęła blondi, nie odrywając wzroku od kartek. Druga dziewczyna obdarzyła mnie czymś w rodzaju uśmiechu.
– Cześć. Jestem Helga, to też jest Helga. Przyleciałyśmy z Niemiec.
– O! – udaję zaskoczenie – to jesteśmy, jakby, sąsiadami. Szymon z Polski.
Piękność oderwała się od książki i spojrzała na mnie swymi błękitnymi oczami. Błyskawicznie wciągnąłem brzuch, napiąłem mięśnie, opuściłem jedną brew i lekko przymrużyłem oczy. „Aha, znaczy kręcą was słowiańskie klimaty?”.
Helgi zamieniły ze sobą dwa zdania. Słabo znam niemiecki, ale ten dialog zrozumiałem:
– To ja może pójdę po kod do sejfu.
– Dla mnie też weź.

#2. Droga do Cape Tribulation.

Busik podjechał wczesnym rankiem. Byłem świetnie przygotowany. Plecak, zapasowe ciuchy, pakiet repelentów, apteczka, bielizna i skarpetki tkane według kosmicznych receptur, hamak z tarpem, jakieś cztery litry wody, proteinowe batony, kompas, GPS z powerbankiem, trekkingowe buty, dwa ręczniki z mikrofibry i cholera wie co jeszcze. Nasz przewodnik i kierowca w jednym, aborygen George, popatrzył na mnie lekko zdziwionym wzrokiem, ale nic nie powiedział. Wsiadłem do busika. W środku jakieś kilkanaście osób, a wśród nich: Drętwy Gościu, Niunia z Psiapsiółką, Starszy Obieżyświat, Niunia Samotna, Pokłócona Para i Sympatyczny Luzak czyli klasyczny WZS (Wycieczkowy Zestaw Standardowy). Ruszyliśmy w ponad dwugodzinną podróż w stronę Przylądka Kłopotów (Cape Tribulation).

George zabawiał nas po drodze aborygeńskimi legendami. Coś jak bracia Grimm zmieszani z Parandowskim, ale na permanentnym haju. Schemat opowiastek był zazwyczaj taki: ona i on mają się ku sobie, ale ciągle coś im staje w poprzek. Najczęściej nie mogą być razem bo:
a) on się zmienił w jakieś drzewo (lub coś innego),
b) ona się zamieniła w jakąś skałę (lub coś innego),
c) czasem zmieniali się oboje, a czasem…
d) zmieniali się ci co ich wkurzali.
Zresztą nieważne.
Ważny był sam element przemiany, bo to, w co ktoś się zamienił, nasz busik akurat właśnie mijał. No pacz pan jaki zbieg okoliczności!

Po trzeciej legendzie zacząłem lekko ziewać. Siedzący po prawej Starszy Obieżyświat też się nudził. Pyta mnie skąd jestem i takie tam zwyczajowe pierdoły. W pewnym momencie rzuca:
– Tak sam podróżujesz?
Zawsze chciałem aby ktoś zadał mi to pytanie. W głowie miałem ułożoną odpowiedź w stylu Rambo:
„Nigdy nie podróżuję sam…” i w tym momencie planowałem wyciągnąć jakieś masakryczne dwudziestocalowe nożydło ze słowami: „…on zawsze mi towarzyszy”. Niestety rzecz w tym, że miałem przy sobie jedynie scyzoryk, więc odpowiedziałem w wersji skróconej.
– No tak jakby. Ale nie narzekam.
– Widzisz ja też podróżuję sam. Mój partner nie lubi takich wycieczek. Możemy podróżować razem.
– Yyy… partner? – chwilę się łudziłem, że nazwał tak swoją żonę czy dziewczynę.
– Aha. Został w domu. – słowo „he” zabrzmiało bardzo jednoznacznie – to jak?
On chyba na poważnie. Odsunąłem się, na ile było to możliwe.
– Nope.
Zatrzymaliśmy się na krótki postój. Po opuszczeniu busika zauważyłem coś dziwnego. Wybieraliśmy się do cholernej dżungli, a połowa towarzystwa, ma na nogach …klapki. „Przecież wy już k…a nie żyjecie. Jesteście bardziej martwi niż lokatorzy Powązek.”Wiem o tym, bo czytałem książkę od Klnącej Wróżki.


#3. Książka.


Książka zawierała wykaz zwierzątek które mogą cię w Australii zranić, zabić a nawet wpier…lić i, mimo iż lista była cholernie długa, ponoć była także bardzo niepełna. Od okładki po ostatnią stronę, każdy opisany tam stwór, stanowił śmiertelne zagrożenie. Każdy. Od cholernego krokodyla, poprzez rekiny, ośmiornice, meduzy, pająki, krocionogi, skorpiony, żółwie (żółwie?), węże, na kangurach, dziobakach, emu czy wombatach kończąc.

Czego się dowiedziałem?
a) że kangur może mierzyć nawet 2 metry, ważyć 80 kg i jak j*bnie to zabije,
b) że kazuar może mierzyć nawet 2 metry, ważyć 60 kg i jak dziobnie to zabije,
c) że dingo może mierzyć nawet 1,5 metra, ważyć 35 kg i jak chapnie to zabije,
d) że krokodyl może… och, zresztą, że wszystko może być większe niż się wydaje, ważyć na więcej niż wygląda i tylko czyha aby nas załatwić, najlepiej bez świadków na jakimś masakrycznym pustkowiu,
e) że małych stworów to już w ogóle nie wolno lekceważyć, bo te skurczybyki dopiero zostały fest przez naturę wyposażone: neurotoksyny, bungarotoksyny, hemotoskyny, cytotoksyny i inne sukinsyny, dzięki którym zabiją powoli lub szybko, ale za to na pewno.
Zasadniczo po lekturze odniosłem wrażenie, że Australijczycy żyją wyłącznie przez przypadek. Stanowią coś w rodzaju szwedzkiego stołu dla rdzennych mieszkańców tych ziem i okalających je mórz i oceanów.
Uzbrojony w taką wiedzę i zawartość mojego plecaka, mogłem ruszać na eksplorację lasów Przylądka Kłopotów.

#4. Sandra.

 

Postój się kończył. Aborygen wrócił do busika. Też powoli wstawaliśmy od stołu, gdy Psiapsiółka Niuni (na zdjęciu powyżej, szatynka, trzecia z lewej) krzyknęła i podskoczyła, chwytając się za łydkę.
– Co się stało? – zapytał Tęczowy Obieżyświat (na zdjęciu z kubkiem).
– Coś mnie ugryzło!
Zaczęło się. Tak jak przewidywałem.
– Widziałaś co to było?
– Nie. Owad jakiś, może pająk. Auu, ależ to boli!
Zrobiłem mądrą minę:
– Pewien nie jestem, ale sądząc z objawów to atrax robustus, albo latrodectus hasselti

Wszystkie głowy obróciły się w moją stronę. Tak wynikało z książki, a to oznaczało, że już po niej. Zrobił się szum.
– Jak ci na imię? – nachyliłem się do dziewczyny.
– Sandra.
– Posłuchaj Sandra. Musisz się uspokoić, wszystko będzie dobrze.
– Ale…
– Sandra, spójrz na mnie! Co mówimy bogowi śmierci?
– Yyy, ŻE CO???
– Nie dziś, Sandra. Nie dziś…
W tym momencie wrócił George.
– Co tu się dzieje?
– Dziewczynę coś ugryzło. Możliwe, że atrax albo…
– Atrax? Tutaj? Jak żyję nie słyszałem podobnego absurdu. Pokaż to ukąszenie.
Aborygen obejrzał (zgrabną) nogę Sandry, przewrócił oczami i kazał nam wsiadać do busika.
– Dobrze, żeście śmigłowca nie wezwali.
– George co to było?
– Mrówka. Zwykła, cholerna, zielona mrówka.

Dotarliśmy na miejsce. A cyrk dopiero się zaczynał.

*****************************

Na ciąg dalszy zapraszam TUTAJ. Zobaczycie jak wyglądał „cywilizowany” spacer po australijskiej dżungli oraz jak wygląda rejs po rzece krokodyli. Dowiecie się też kilku ciekawostek o tych przemiłych zwierzątkach (np. tego ile wynosi siła ścisku ich szczęk, w porównaniu do człowieka czy najgroźniejszych drapieżników).

******************************

I zagadka.


To zdjęcie zrobiłem podczas „cywilizowanego” spaceru po dżungli. Pytanie brzmi – co to (za przeproszeniem) jest? 🙂



Gdyby przypadkowego przechodnia zapytać o najbardziej niesamowite miejsce na świecie, każdy oczywiście wymieni Radomsko. Powszechnie wiadomo, że znajdują się tam tajne składy broni chemicznej, ale ich dokładną lokalizację zna jedynie pan Hędzimir, pan Zbyszek, tajemniczy kierowca Matiza oraz Beyonce.

Jeśli brzmi troszeczkę… eee, dziwnie to już wyjaśniam o co kaman.

NASA10
Pewnie trudno w to uwierzyć, ale razem z i10 i Marcinem Sawoniukiem (stąd: NASA10), wpadliśmy na pomysł, aby napisać wspólny tekst metodą: każdy akapit pisze inny autor. Miała w ten sposób powstać logiczna i spójna historia. I w zasadzie nam się udało. Znaczy z „historią”, bo z „logiczną” i „spójną” to już nie za bardzo.

Poniżej znajdziecie pierwszy rozdział opowieści pod tytułem: „Tytuł wymyśli się później”. To absolutna, literacka perełka. Odwieczne konflikty, moralne dylematy, emocjonalne zawirowania, a wszystko to wzbogacone o zachwycające opisy przyrody i malowane słowem, niezwykle plastyczne i wielowymiarowe portrety bohaterów – tego wszystkiego u nas nie znajdziesz. Ale będzie sporo dobrej zabawy, w duchu kompletnego absurdu, lub sąsiad.

Nasza wrodzona złośliwość nie pozwoliła na to by „następny w kolejce” miał łatwo. Możecie zgadywać który akapit w czyjej głowie powstał, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Wasze uwagi czy sugestie w komentarzach dotyczące czegokolwiek (np. formy, czy dalszego ciągu) są mile widziane. Miałbym też w związku z tym do Was prośbę. Niestety nie pamiętam jaką.

Gdybyście czuli niedosyt, to dokładnie ten sam tekst można jeszcze raz przeczytać na:

epizody   komary

Po tym przydługim wstępie, serdecznie zapraszam na spotkanie z… tego na razie nie udało nam się ustalić, ale usilnie nad tym pracujemy 🙂

„Tytuł wymyśli się później”

Rozdział 1.


Czasem zdarza mi się jeździć samochodem po Polsce.
Ot – trochę pojeżdżę, a trochę postoję w kłębach dymu spod maski, przy czym proporcje jazdy do postoju – mam wrażenie – ustalane są za pomocą zwykłej, dwudziestościennej kostki do gry w RPG-i przez jakiegoś szeregowego urzędasa w miejscu, gdzie generalnie zarządza się Ziemią. Niektórzy mówią, że to kwatera Boga w Niebie, a niektórzy, że Najdoskonalszy Durszlak Latającego Potwora Spaghetti. Grunt, że często wyrzucają niekorzystne dla mnie wyniki i stoję. Czasem jednak jadę. Czasem, kiedy już jadę, zdarza mi się zabierać po drodze autostopowiczów. Najczęściej młode kobiety z bladą twarzą, w nocy, spod cmentarza spowitego takim dymem – ni to mgła, ni to oddech zombie, którzy zawsze ukradkiem patrzą zza krzyża spode łba. No ok, różnych mi się zdarza zabierać nieszczęśliwców i tak naprawdę rzadko spod cmentarza, bo autostopowicze głupi nie są i umieją przekalkulować swoje szanse podwózki z sąsiedztwa nekropolii. W każdym razie bez względu na to kogo zabieram, zawsze mam wrażenie, że wydarzy się któraś z urban legends.

Ale się nie wydarza. Dłuższy czas nie mogłem dojść czemu. W końcu postanowiłem porozmawiać o tym ze znajomymi. Pięciu z nich stwierdziło, że cierpię na urojenia paranoidalne i powinienem zrobić badania u psychologa. Szósty zaś, Zbyszek, odstawił piwo, podrapał się po głowie i oznajmił:
– Urban legends nie przydarzają się kierowcom Matizów.
– A ta historia o wyciąganiu TIR-a z zaspy?
– A tak… rzeczywiście…
Po czym pochyliliśmy się nad głównym powodem naszego spotkania – planami magazynów broni chemicznej pod Radomskiem. Musicie bowiem wiedzieć o mnie jedno…

To było dokładnie cztery, a może szesnaście i pół roku temu, nie jestem pewien. Miałem wówczas ciekawą, choć słabo płatną pracę. Przykręcałem kapsle od frugo i projektowałem promy kosmiczne dla NASA, a w wolnych chwilach pisałem projekty ustaw.  Kiedy stworzona przeze mnie w weekend ordynacja podatkowa przeszła przez sejmowe głosowanie bez jednej poprawki, pan Hędzimir oznajmił, że moje szkolenie dobiegło końca.

– Twoje szkolenie dobiegło końca – oznajmił pan Hędzimir.
– Wiem – odparłem – narrator wspomniał o tym dwie linijki wyżej.
– To ty jesteś narratorem, ciołku! A teraz się skup! Powieżam ci misję, niebezpieczną misję…
– Czy „powieżam” nie powinno być przez „rz”?
– Nie przerywaj mi do cholery! Powierzam ci niebezpieczną misję, a zależeć będzie od niej los całego wszechświata. Tu masz instrukcje – pan Hędzimir wręczył mi segregator w różowe kucyki – zapoznaj się z nimi uważnie. Najpierw jednak wybierz sobie pojazd, który od tej pory stanie się twoim mobilnym domem.
Pan Hędzimir otworzył bramę hali garażowej. Minąłem dwa lamborghini, caracala, jumbo-jeta, atomowy okręt podwodny, chwilę zastanawiałem się nad wypasionym modelem campera z Beyonce w zwiewnym fartuszku w pakiecie, ale moją uwagę przykuła pozornie niepozorna maszyna stojąca na lewarku, tuż pod ścianą z napisem: „środki III klasy toksyczności”. Samochód zachęcająco kusił zielenią. Widząc, że tracę zainteresowanie camperem, Beyonce zrobiła zatroskaną minę i powolutku schyliła się, aby poprawić wiązanie koturna. Jeśli jej fartuszek miał coś zasłaniać, to ni cholery mu to nie wychodziło. Podszedłem bliżej, musiałem dotknąć tych bajecznych kształtów. Taaak, małe, zielone auto spełniało moje oczekiwania.
– Dobry wybór – pan Hędzimir chrząknął, a następnie dwie minuty próbował zatrzymać nagły atak kaszlu. Kiedy się uspokoił, wręczył mi mapę województwa łódzkiego.
– Praca nie jest może tak pasjonująca jak przykręcanie nakrętek, ale czasami będziesz mógł na trasie wyrywać fajne autostopowiczki. Na przykład spod cmentarzy.
Przytaknąłem bez przekonania i otworzyłem segregator. Pierwsze zadanie wyglądało na łatwe – Radomsko. Teraz musiałem tylko zwołać naszą drużynę czyli Siedmiu Wspaniałych. Fakt, iż pięciu z nich żyło jedynie w mojej wyobraźni, nie umniejszało jej teamworkowej siły. Chyba każdy już się domyśla kim jestem, więc nie ma sensu abym dalej ukrywał swoją tożsamość. Nazywam się…
Zresztą to nieistotne, bo w zasadzie co jedenaście godzin nazywam się inaczej. Specjalnie zintegrowane z Matizem Commodore 64 losuje za pomocą skomplikowanego algorytmu typu „ping pong” nowe nazwisko, a podłączona do niego drukarka igłowa drukuje nowe dokumenty. Przyznaję, że nie jest to idealny system, bo dane losują się bez polskich znaków, przez co potrafię się nazywać Bo?ydar Ma#lanka, a papiery z igłówki w niczym nie przypominają oryginalnych, ale na szczęście w Polsce taka ordynarna podróba przechodzi bez cienia podejrzenia, tylko niewinni muszą się tłumaczyć.

Zatem wziąłem plany magazynów broni chemicznej i bez zbędnej zwłoki (oraz bez zbędnych zwłok) ruszyłem w kierunku Radomska, gdzie punktualnie o 16:42 miałem wyrzucić plany do kosza przy przystanku Krasickiego/Poprzeczna. Był tylko jeden problem. Na 15:30 miałem umówioną wizytę u kardiologa (wolałem się zbadać, po tym jak pan Hędzimir krzyczał do mnie na szkoleniu „Nie masz serca!”) w Łodzi. Stanąłem wobec decyzji, czy czekać kolejne siedem miesięcy na miejsce w kolejce do specjalisty, czy też ryzykować losy świata, nie utylizując punktualnie planów…

Ale żeby dobrze zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazłem musimy cofnąć się nieco wcześniej:
„Był tylko jeden problem. Na 15:30 miałem umówioną wizytę u kardiologa…”
Nie, nie. Dużo wcześniej:
„W rozpaloną ognistą kulę płynnej skały uderza meteoryt wyrywając z niej miliony ton płonącej magmy. Ta wirując wpada  na orbitę…”
Nie aż tak wcześnie.
Musimy cofnąć się do dnia moich narodzin…

Ech, jak wtedy było zimno. Moja mama wraz z ojczymem, nie byli w stanie znaleźć żadnej miejscówki. Mimo zaawansowanej ciąży, nigdzie nie chcieli jej przyjąć. W rejonowym szpitalu ordynator rozłożył bezradnie ręce:

– Przepraszam, ale nie mamy miejsc. Limit z NFZ się wyczerpał i nie poradzę. Ale …prywatnie możemy porozmawiać.
Ojczym się wkurzył. Powiedział mamie, że zabierze ją do powiatowego. Po drodze zatrzymali się w jakimś obskurnym zajeździe. Pech chciał, że trafili na kompletny sajgon! W pobliskim gospodarstwie wybuchł pożar i rolnicy przyprowadzili część swojej trzody na podwórze, żeby się stwory nie rozbiegły po okolicy. I właśnie wtedy zaczęły się skurcze. Wkurzony ojczym dzwoni do mojego, wpływowego ponoć, taty, który poza tym, że uwiódł mamę, nigdy się w jej życiu nie pojawiał. Mówi mu jak się sprawy mają i żeby może ruszył tyłek i trochę pomógł, bo dziecko zrobić łatwo, ale z wzięciem odpowiedzialności jest jakby gorzej. Zagroził mu testami DNA i alimentami, no i tata zmiękł. Coś tam mruknął i powiedział, że spoko, że się nie przecież wypiera i że zaraz prześle im jakieś wsparcie.
Tym „wsparciem” okazała się cholerna kometa!
Łapiecie klimat? Dookoła masakryczny syf, mama krzyczy bo jej odeszły wody, przez podwórze przewalają się jakieś owce i inne krowy, ludzie biegają w panice nie wiedząc co robić, zimno w cholerę, a ten, kurdę, kometę przysyła. To że się urodziłem zakrawa niemal na cud. Ale spoko – 10 w skali Apgar. A to nie koniec. Ledwo mama ochłonęła, a tu jej się do pokoju pakuje trójka bliskowschodnich emigrantów z ofertą „ziakupu po okazijniej cienie” jakiegoś podejrzanego ziela, dragów i monet nieokreślonego pochodzenia. Ojczym wyrzucił ich na pysk, ale ogólny rejwach sprawił, że zacząłem płakać. Na to wpada jakiś strasznie zirytowany dresiarz z piętra i mówi, że albo zamkniemy wszyscy ryje, albo urządzi rzeź i nie będzie pytał kto winien, kto nie. Sami rozumiecie, że w takich warunkach…

…moja babcia – sprzątająca trzy razy w tygodniu biura KC w Łodzi, źle zrozumiała przez telefon pytanie od samego sekretarza, pragnącego się dowiedzieć, czy zna jakiś sposób żeby wywabić mające ze trzydzieści lat plamy na fotelach wymontowanych z promu kosmicznego w Omsku i przesłane do jego biura jako meble użytkowe. Babcia w tym hałasie usłyszała, że ma za trzydzieści lat dostarczyć plany magazynów broni chemicznej w Radomsku, więc odpowiedziała zdziwiona że tak, tak, załatwi to. Po piętnastu minutach zorientowała się, że mogła coś poplątać, więc zadzwoniła do KC, żeby wyjaśnić sprawę. W międzyczasie jednak zmienił się sekretarz, który nie chciał zaczynać swojej kariery od demaskowania jego niewiedzy, więc na pytanie babci, czy dobrze zrozumiała instrukcje, odpowiedział że to tajne, ale skoro taki dostała rozkaz, to oczywiście ma go wykonać. Dlatego trzydzieści lat później nachylałem się ze Zbyszkiem nad planami, które miały być wyrzucone do kosza już kilka lat temu, ale w ostatniej chwili odwołano rozkaz. Wizytę u kardiologa też.

c.d.n.

 

Czwarta część historii o japońskiej „cudownej” broni, której zadaniem było odwrócenie losów wojny. Dzisiaj kilka słów o tym jak młodzi oficerowie marynarki przekonywali sztab do wdrożenia programu kaiten oraz o rekrutacji do pierwszej tego typu jednostki.

#16. Prezentacja I (Tokio, 1943)

Kuroki i Nishina przybyli do siedziby Ministerstwa Marynarki 28 grudnia 1943r. Ich mocna w przekazie i nasycona silnymi emocjami prezentacja, robiła wrażenie. Młodzi oficerowie przedstawili pakiet gotowych rozwiązań, umożliwiających niemal natychmiastowe utworzenie oddziałów samobójczych, znanych później jako Jednostki Specjalnego Ataku (JSA) – Tokko-tai. Podstawową bronią oddziałów morskich JSA, miały być kaiteny, zmodyfikowane torpedy, które w przebudowanej wersji miały pomieścić w środku operatora. Patrząc na narysowany schemat, gołym okiem było widać, że w przeciwieństwie do swojego brytyjskiego odpowiednika, pilot nie będzie miał dużych szans, aby torpedę opuścić przed uderzeniem w cel.

kaiten 2

W sztabie zapadła cisza. Oczywiście idea ataków samobójczych była stara jak świat, a co najmniej jak Japonia, ale zawsze poświęcenie życia miało charakter wybitnie jednostkowy i było usprawiedliwione jakimś stanem wyższej konieczności. Nigdy też tego typu operacje nie były z taką precyzją i z takim wyprzedzeniem planowane. Dotąd, śmierć samobójcza na polu walki, jakkolwiek chwalebna, była po prostu aktem heroizmu i zarazem efektem zbiegu okoliczności. Nawet w najmroczniejszych czasach, kiedy życie nie miało nadrzędnej wartości, co najwyżej godzono się z jego utratą. Tymczasem młodzi, pełni entuzjazmu marynarze, chcieli je po prostu zamienić na bojowe aktywo, na moduł kierowania pociskiem.

 yamato-4

Shigetaro Shimada  zabrał głos. Jako admirał i minister marynarki skrytykował pomysł. Pomijając aspekt moralny, nie bardzo wierzył w ich skuteczność. Porównał kaiteny Kurokiego do broni znajdującej się od kilku lat na wyposażeniu marynarki, której efektywność była zaskakująco niska. Do okrętów klasy Cel A (kohyoteki).

#17. Kohyoteki I (Kure, 1940)

Przy największym okręcie podwodnym jaki pływał w czasie drugiej wojny światowej czyli należącym do japońskiej floty I-400 (długość 122 metry, załoga 144 osoby), miniaturowy okręt podwodny Cel A (długość 24 metry, załoga 2 osoby) wyglądał jak plastikowy model. Pierwsze kohyoteki przetestowano w połowie lat ’30, a oficjalnie wdrożono je do służby w 1940r. Ich zadanie polegało głównie na prowadzeniu rozpoznania i penetracji portów lub kotwicowisk przeciwnika.

midget4

Jednak jak na jednostki zwiadowcze, okręciki były dość specyficznie wyposażone – każdy Cel A, niezależnie od wariantu, był uzbrojony w dwie torpedy. Jak większość kompromisowych rozwiązań, tak i kohyoteki nie były wolne od wad. Szczerze mówiąc miały ich całkiem sporo. Na okręty zwiadowcze były za duże i zbyt łatwe do wykrycia, do samodzielnych zadań bojowych również nie bardzo się nadawały. Kohyoteki miały być z założenia możliwie jak najbardziej autonomiczne, ale w praktyce było to trudne do realizacji. Najczęściej w pobliże miejsca misji musiały być holowane przez okręt-matkę. Miały liche opancerzenie, cechowała je słaba zwrotność, wysoka awaryjność i zatrważająco niska efektywność. Mimo, iż zbudowano ich około 100 sztuk, przez całą wojnę, Cele A trafiły łącznie nie więcej niż 5 alianckich jednostek (oficjalnie, dane są sporne). W dodatku z różnych przyczyn, do 1944r. Cesarska Marynka straciła ponad połowę kohyoteki wdrożonych do służby.

Najbardziej znana operacja z udziałem Celów A, miała miejsce w Australii pod koniec maja 1941r, w czasie tzw. bitwy o Sydney:

Kuroki i Nishina wiedzieli, że admirał Shimada sięgnie po ów argument. Mieli jednak na ten temat swoją teorię. Wszystkiemu winien był brak ducha. Ich zdaniem tylko ochotnik, tylko zasiadający za sterami zdeterminowany idealista, nie „gotowy na śmierć”, ale „wyruszający” po nią, mający pełne przekonanie co do celu swojej misji i wiedzący dlaczego to robi, jest w stanie w pełni wykorzystać potencjał torped i skutecznie niszczyć nieprzyjacielskie jednostki .

#18. Prezentacja II (Tokio, 1943)

Opory natury etycznej zostały szybko rozwiane – przyćmiła je prosta matematyka. Kuroki i Nishina przedstawili zaskakująco wysoki, uśredniony „koszt ludzki” przypadający na jeden zatopiony nieprzyjacielski okręt, jaki wciągu trzech lat wojny poniosła Japonia w czasie starć z aliantami. Sposób myślenia młodych oficerów była prosty: śmierć marynarzy jest w czasie wojny nie do uniknięcia, jednak można radykalnie zmniejszyć ilość poległych, a straty ograniczyć do ochotników.

Pamiętacie kretyński wierszyk jaki Oberlejtnant von Nogay, za pośrednictwem Kani kazał powtarzać rekrutom w CK Dezerterach?

Wyliczanka  Kurokiego i Nishiny była znacznie krótsza: „jeden japoński marynarz, za jeden amerykański okręt”. Chłopaki naprawdę w to wierzyli i nawet sztabowcy musieli przyznać że „cena” była atrakcyjna. Wyrazili zgodę, ale postawili warunek, aby operator torpedy mógł z niej wysiąść przed detonacją ładunku. Obaj pomysłodawcy gorąco się temu sprzeciwili. W ich ocenie kluczem do sukcesu miał być właśnie samobójczy charakter misji. Jak wspomniałem w poprzedniej części, Kuroki zauważył, że włoscy operatorzy osiągali znacznie lepsze rezultaty w porównaniu do Brytyjczyków właśnie dlatego, że w przeciwieństwie do „herbaciarzy”, komandosi z Decima Flottiglia MAS byli fanatycznie oddani sprawie za którą walczyli.

Młodzi oficerowie zakończyli prezentację słowami:

„Jeśli niczego nie zrobimy, ten kraj z pewnością zginie. Wiem, że musicie panowie szybko podjąć bardzo trudną decyzję. Jednak jeśli jej nie podejmiecie, jedyne co nam pozostanie to wieczny żal. Mimo, iż jesteśmy zwykłymi kombatantami, w pełni oddaliśmy się naszej misji. Od dawna jesteśmy gotowi by poświęcić życie dla ojczyzny, ale chcemy je stracić w najbardziej produktywny sposób. Dzięki tej broni, będziemy mogli osiągnąć nasz cel.”

 

#19. Kaiten I (Otsushima, 1944)

Sto kilometrów na zachód od Kure znajduje się niewielka wysepka Otsu. Właśnie tam przygotowano poligon dla nowopowołanej supertajnej jednostki,  w której młodzi Japończycy mieli się szkolić się w obsłudze broni, mającej odmienić losy wojny. Ową bronią były zmodyfikowane, parogazowe torpedy model 93 oznaczone jako Kaiten Typ 1.

Kaiten_Type_1_Yushukan

W porównaniu do konstrukcji włoskich czy angielskich, Kaiten Typ 1 bił je na głowę w zasadzie w każdym aspekcie. Był sześciokrotnie szybszy, pływał niemal trzy razy głębiej, miał dwukrotnie większy zasięg i był uzbrojony w znacznie cięższy ładunek.

kaiteny vs rydwan i slc1

Jedyną „niedogodnością” był fakt, iż skuteczne wykorzystanie japońskiej torpedy, oznaczało natychmiastową śmierć operatora. Czy możliwe było znalezienie wystarczającej ilość ochotników gotowych poświęcić swoje życie dla ojczyzny?

#20. Rekrutacja (Tsuchiura, 1944)

Komandor Kenjiro Watanabe, dowódca lotniczej bazy morskiej w Tsuchiurze, stał na podwyższeniu w kompletnej ciszy, obserwowany przez dwa tysiące pilotów.

Tsuchiura - pomnik pamieci

Watanabe przemówił: „To co wam powiem, bardzo mnie zasmuca, ale wieści z frontu nie są dla nas pomyślne. Potencjał naszych wrogów jest nieporównywalnie większy i co gorsza z dnia na dzień, nasza sytuacja się pogarsza. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Japonia ponosi porażki. Zbyt wiele porażek. Nie stać nas na kolejne, nie możemy dalej przegrywać, nie możemy się cofać! Jeśli zawiedziemy kolejny raz, co czeka nasz kraj i waszych bliskich? Dlatego dzisiaj los Japonii leży w waszych rękach. Każdy mężczyzna, każda kobieta i każde dziecko patrzy w waszą stronę. ” Komandor na chwilę zamilkł i rozejrzał się po słuchaczach. Panowała kompletna cisza.  „W tej trudnej sytuacji, nasi naukowcy opracowali nową broń. Broń jakiej do tej pory nie widziano. Jeśli jej użyjemy, przechylimy szalę zwycięstwa na naszą stronę. Szukamy pilotów gotowych nią pokierować, chociaż nie jest to związane z lataniem. Wiem, że przeszliście ciężkie szkolenie, aby móc toczyć powietrzne pojedynki z naszymi wrogami. Tym ciężej przychodzi mi prosić, abyście dołączyli do nowego projektu. Jednak jeśli to uczynicie, odmienimy losy wojny.”

kuroki

„Co to za broń, panie komandorze?” – spytał jeden z pilotów.

„Nie mogę na razie powiedzieć. Jedyne co mogę ujawnić to to, że jest ona skuteczniejsza i potężniejsza niż jakikolwiek samolot, którym przyszło wam latać. Za chwilę dowódcy dywizjonów rozdadzą wam kartki. Ochotnicy niech napiszą na górze swoje imię i nazwisko oraz numer dywizjonu. Jeżeli jesteście przekonani aby dołączyć do programu i jesteście gotowi uczynić to od razu, narysujcie dwa kółka pod nazwiskiem. Jeżeli po prostu uważacie że tak trzeba, gdyż to wasz obowiązek, narysujcie jedno kółko. Pozostali mogą kartki wyrzucić.”
Po chwili milczenia, komandor Watanabe dodał:
„Zanim oddacie mi wasze deklaracje, muszę wam powiedzieć jeszcze jedno. Otóż ta nowa broń… Nie ma możliwości, abyście przeżyli atak z jej użyciem. Spowoduje potężne zniszczenia u nieprzyjaciela, ale odbierze też wasze życie. Dlatego przemyślcie dobrze waszą decyzję. Ochotnicy muszą  być absolutnie przekonani do tego, że chcą w tym projekcie uczestniczyć. Nie mogą myśleć o tym co zostawiają. Jedyne na czym będą musieli się skupić, to zadanie. Macie czas do jutra.”

Kiedy Watanabe wyszedł, na placu rozpętała się emocjonalna burza. Wielu pilotów podeszło entuzjastycznie do pomysłu:
„Czy natychmiast wyruszymy na front?”
„Co za wspaniała szansa na chwałę! Ależ moi rodzice i przyjaciele będą dumni!”
„Zaznaczyć jedno, czy dwa kółka? Nie chcę aby ktoś pomyślał, że nie mam duszy wojownika…”
„Co za przygoda! Moje imię na kartach podręczników, a może nawet cesarz wyśle podziękowania do moich rodziców.”

Pojawiło się jednak sporo głosów o zupełnie innej wymowie:
„Komandor musi być szalony, jeśli myśli że dołączę do projektu niczego o nim nie wiedząc poza tym, że na pewno zginę.”
„Wyrzucam papier. Mam narzeczoną, mamy się pobrać po wojnie.”

Dwa dni później ogłoszono listę pilotów przyjętych do programu. Szukano kandydatów między 17 a 28 rokiem życia, spełniających trzy kryteria:

1. Musieli mieć bardzo mocną psychikę i niezwykle silną wolę.
2. Musieli posiadać ducha walki (Yamato-damashii) i powinni wykazywać olbrzymie przywiązanie do ojczyzny.
3. Powinni mieć możliwie słabe relacje rodzinne, a najlepiej nie mieć ich wcale.

Wytypowano dokładnie 100 pilotów. Następnego dnia zostali przewiezieni na Otsushimę, gdzie po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć swoje …trumny.

c.d.n.

************************

Cytat zamieszczony w punkcie #18, pochodzi z książki „Kaiten – Japan’s Secret Manned Suicide Submarine” autorstwa Michaela Maira i Joya Wadrona (Berkley Caliber, 2014r.)

Przemowa kom. Watanabe i wszystkie cytaty zamieszczone w punkcie #20, pochodzą z książki „The Kaiten Weapon” autorstwa Yutaki Yokoty (Ballantine Books, 1962r.)

Jak wyglądała odprawa i rytuał przed samobójczą misją pilotów torped? Czy dewiza por. Kurokiego „jeden marynarz za jeden okręt” się sprawdziła? Kolejna część Japońskiej „Wunderwaffe” będzie poświęcona szkoleniom operatorów, a także skuteczności tego typu akcji.
Ale to dopiero za jakieś dwa tygodnie. W najbliższym czasie, pojawi się zapowiedziany wcześniej wpis „nietypowy” oraz kilka luźniejszych artykułów podróżniczych.