draft waikiki

50 buchów Pierre’a

Generalnie stronię od wszelakich używek. Bez specjalnego powodu. W zasadzie pijam tylko kawę, a i to niezbyt często. Dlatego zderzenia z moimi „negatywami” zwykle miewają ciekawy przebieg. Pierre zawstydziłby Boba Marleya, każdego wieczora rozmawiał z wielkanocnym zającem, za to rano nigdy się budził.
On zmartwychwstawał.

Najpierw tło dla właściwej historii.
Przed wizytą na hawajskiej Big Island spędziłem kilka dni na O’ahu. Nocowałem w dość przyjemnym hostelu w malowniczej dzielnicy Honolulu, Waikiki.

Pokoje na moim piętrze były wszędzie podobne, czteroosobowe, dwa piętrowe łóżka, kuchnia i łazienka. Z uwagi na łączoną rezerwację, jednego dnia nakazano mi się z rana przenieść z jednego pokoju do drugiego. Znaczy „z rana” hawajskiego – była 10. Otwieram drzwi, robię dwa kroki. Wszędzie straszny bałagan, porozrzucane ciuchy, buty jakieś, cała podłoga chrzęści, gdzie się nie ruszysz wszędzie piasek.

„Cholerni surferzy” myślę. Dziwne, łóżko ma wolny „dół”, co się w zasadzie nie zdarza. Nikt specjalnie nie lubi spać „na górze” (poza mną). Odkładam plecak, zamiatam piasek i kładę się na chwilę, bo wzięło mnie przeziębienie. Powoli odpływam, kiedy… tadam, drzwi otwierają się z hukiem i zjawia się ON. Wysoki jak tyczka i przeraźliwie chudy Francuz, nazwijmy go Pierre. W gębie, która żyletki nie widziała z rok, papieros (zgaszony, w hostelu obowiązuje kategoryczny zakaz palenia), oczy nieprzytomne, wygląda jakby był na permanentnym haju.
– Hej maaan, co na górze?
– Dzięki, jak się robisz?
– Dzięki.
(dosłowne tłumaczenia angielskich pozdrowień brzmią porąbanie, nie? :))
– Pierre, Francja. Surfujesz?
– Szymon, Polska, nigdy nie próbowałem.
Francuz się ożywia.
– To się zbieraj maaan, za 10 minut na dole!
– Yyy… a sprzęt? Zresztą nie potrafię, nigdy nie pływałem na czymś takim, no i chory jestem.
– 10 minut maaan! Na dole! Weź dychę na deskę.
Chory czy nie, poszedłem.

Do Waikiki Beach, czyli zgodnie z folderami: „najbardziej znanej i najpopularniejszej plaży na świecie”, z hostelu było jakieś 100 – 150 metrów.

Pierre był stuprocentowym maniakiem. Do dziesiątej przytomniał, do piętnastej surfował, a od piętnastej dawał w palnik, aż do urwania filmu. Nie chciałem wiedzieć czym.
Odmieniał go kompletnie surfing – od momentu wyjścia z hostelu w niczym nie przypominał zombie sprzed raptem kilku minut. Fale ujarzmiał na poziomie wyczynowym, a nauczycielem był świetnym – już w drugiej godzinie udało mi się zrobić pełny „slide”. Zabawa niesamowita, ale o tym kiedy indziej.

Koło 15 zdajemy sprzęt i chwilę rozmawiamy. Pytam go jak długo przebywa na Hawajach.
– Trzy miechy, maaan, wcześniej siedziałem w Kanadzie.
– Czym się zajmujesz?
– Czym popadnie. Jakiś lunch?
Ostrożnie mówię, że nie jestem głodny.
– Spoko luz, zdrowy posiłek. Dwa razy „krwawa Mary” i trochę dymu. Dasz radę!
– NAPRAWDĘ nie jestem głodny.
– Co jest, maaan? Nie lubisz pomidorów? Same witaminy!
Co za koleś! Wróciłem do pokoju. Tym razem ja naniosłem piasku. Pierre zniknął.
Nadszedł wieczór.

Wizyta na plaży pomogła o tyle, że przeszedł mi katar. Koło 23 kładę się spać. Koło pierwszej, powoli… otwierają… się… drzwi.

Wiecie jak to jest, jak ktoś na fazie próbuje zachowywać się cicho, ale ni cholery mu nie wychodzi? No to teraz było gorzej. Pierre księżycowym krokiem, hacząc o wszystko, o co się dało, dotarł do drabinki. Na łóżku miał nieziemski burdel. „Jeśli zacznie go po ciemku sprzątać”, pomyślałem, „pobudzi wszystkich w promieniu sześciu przecznic”. Wkuty wstałem, włączyłem latarkę i świecę na te jego klamoty. Pierre zastygł w bezruchu. Nagle słyszę nieprzytomne:
– Maaaan, światło… Światło się pojawiło…
– Nie „się pojawiło”, tylko włączyłem latarkę!
– Aha… – po czym ruchem zgarniającym zrzucił wszystko na podłogę, a następnie …kopnął to pod łóżko. Pod moje łóżko. Było mi wszystko jedno. Pierre wlazł jakoś na górę, a ja próbowałem zasnąć.

Nagle do mojego odetkanego nosa dotarł podejrzany zapach. Znowu włączam latarkę, zaglądam pod łóżko, a tam między rozsypanymi pieniędzmi, ręcznikami, zegarkiem i nieużywanymi od tygodni butami leży niewielka brązowa, foliowa torebka. Wstaję wkuty na maksa i szarpię Francuza za ramię.
– Wstawaj, k…a! Złaź na dół! Zabieraj ten staff stąd! To nie cholerny Amsterdam, nie mam ochoty na nalot DEA!
– What? What’s goin’ on? Jaki staff? O czym ty mówisz?
– A co to k***a jest? – pokazuję mu torebkę.
Pierre patrzy kilka sekund, próbując skojarzyć.
– Aaa.. to moje brudne skarpetki, maaan – otwiera paczuszkę, zgniły odór odrzuca mnie na drzwi łazienki.
– Zamknij ten szit!!! I schowaj to gdzieś, a najlepiej wyrzuć!
– No problem, maaan… – zawartość torebki wylądowała …pod jego poduszką.
Położyłem się, ale coś nie dawało mi spokoju. W Waikiki niemal nikt nie nosił skarpetek, wszyscy chodzili w sandałach albo klapkach. Z duszą na ramieniu pytam Pierre’a, jak długo to hoduje:
– Since Canada, maaan. No time for laundry…
Zasnął.
Ukryłem twarz w dłoniach.

*********************
Dwa dni później, koło czwartej nad ranem, musiałem opuścić hostel i jechać na lotnisko. Staram się możliwie cicho wyjść z pokoju. „Bon voyage”, słyszę. Pierre (z nieodłączną fajką) oparł się na łokciach i ułożył palce w shakę. „Nara, mordo!” – też zrobiłem shakę, w końcu chyba zasłużyłem na to prawo. Francuz opadł na poduszkę i odpłynął.

Na pełen respawn miał jeszcze sześć godzin.

„Pierre” ma oczywiście inaczej na imię, ale faktycznie jest Francuzem, a cała historia naprawdę miała miejsce. Niestety, nie wziąłem do niego namiarów, by zapytać o zgodę na publikację wizerunku, stąd bipy i „ganje” w filmach.

************************

Epilog.

Jak mogłem się tak pomylić? Cóż…
Kiedy następnego dnia umieściłem powyższą historyjkę na Facebooku, moi przyjaciele nie omieszkali tego skomentować, ale znaleźli też racjonalne wytłumaczenie:

Zapraszam na drugą część. Motyw przewodni: Hawaje nie muszą być drogie. Zobaczycie jak wyglądał mój hostel, poznacie muzułmanina, którego przywitałem porównaniem do Jezusa i zobaczycie (jak to skomentował @Atheist), „najważniejszą japońską tradycję”, czyli …bukkake :)

 

I czas na zagadkę :)

Jako że nadeszła Wielkanoc, będzie zagadka typu easter egg.
Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym miesiącu zmarł niestety genialny Terry Pratchett. Można pisać epitafia, można wspomnienia, można też złożyć mu hołd nieco inaczej.
Spróbujcie znaleźć go na jednym z powyższych zdjęć (krajobrazowych, dla ułatwienia).
60 sekund?

  • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

    nie wiesz co dobre.. jako zwolennik marleyowego zielnika tymbardziej żałuję że mnie tam nie było ..zapewniam cię że pozbyli byśmy się wszystkich dowodów tek jak to robi DEA – wszystko zostało by spalone 😉

    • http://bwotr.pl/ Bookworm

      Mam jakieś dziwne obawy, że przez to wychowanie na filmach amerykańskich to byś to wszystko spalił metodą „napalm mode on” 😉 a potem byś poserfował (w heteropłetwie) w porannych oparach napalmu 😉

      • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

        nie zwykłem w tak brutalny sposób traktować dobrego .. hmm.. nazwijmy to po Tolkienowsku „ziela fajkowego” :) ale serfował bym na oparach to pewne 😉