Am!

Z moich obserwacji wynika, że Japończycy jeść lubią i jedzą dużo, co …kompletnie nie przekłada się na ich sylwetki. Są szczupli, nawet bardzo. Rzecz jasna nie wszyscy. Dla przykładu, przy moich gabarytach, raczej w japońskiej odmianie zapasów nie miałbym szans…

…ale gwoli jasności, wielu takich osób na ulicach się nie spotka (zdjęcie zrobione w czasie przerwy turnieju sumo w Fukuoce). Średni BMI w Japonii wynosi 21,93 (dla porównania w podobnie zamożnych USA, wskaźnik ten wynosi 27,82, a w Polsce 23,21). Czyli jedzą, ale nie tyją (Japończycy rzecz jasna).

Zaopatrzyć się w żywność lub po prostu najeść się, w japońskich miastach można praktycznie na każdym kroku. W większości hosteli, goście otrzymują poglądową mapkę okolicy na której są zaznaczone różne ważne, ciekawe i użyteczne miejsca. Poniżej przykładowa mapka z Nagasaki. Mimo, iż hostel znajdował się ładny kawałek od centrum, ilość restauracji, pubów, kawiarni itd. była chyba niewiele mniejsza od liczby zamieszkujących dzielnicę mieszkańców.

Wybór duży, ale gdzie się w takim razie najlepiej stołować?
Przegląd subiektywny.

#1. Stragan/kiosk

Ciekawe, rzadko można spotkać Japończyków jedzących na ulicy – takie zachowanie uchodzi tu za niezbyt grzeczne. Wyjątkiem są festyny, festiwale i inne okazje, których w tym kraju nie brakuje. Tutaj Yui próbuje mnie przekonać do czegoś co wyglądało znajomo, nazywało się …a jakoś tam, a smakowało jak mix pieczarkowego knedla z pączkiem.

Problem w tym, że oprócz „knedli”, wśród „ulicznych” przysmaków często można napotkać takie perełki:

lub jeśli kto lubi – na przykład takie:

Nie wiem jak Wy, ale ja wolę jak moje jedzenie w trakcie konsumpcji nie rusza się, nie pływa i nie zamierza przyssać mi się do przełyku. Cenowo – od umiarkowanie do umiarkowanie drogo.

#2. Supermarkety, sklepy typu convenience (7 eleven, Family Mart, Lawson etc.), a w nich dania gotowe

Była to zdecydowanie najczęściej wybierana przeze mnie opcja. Powody były zasadniczo trzy. Po pierwsze, w większych miastach Japończycy bardzo przestrzegają chyba jakiejś niepisanej zasady, aby z jednego sklepu było widać kolejny a najlepiej dwa.

Drugi powód to naprawdę szeroka „oferta gastronomiczna” jeśli tak można to ująć . W każdym takim sklepie znajduje się lada albo i kilka ze świeżymi oraz gotowymi daniami. Znaleźć tu można zarówno sushi w różnych typach i wielkościach, ryżowe pierogi, ryżowe kule, ale na półkach zazwyczaj dominują gotowe obiady. W skład takiego dania wchodzi zazwyczaj ryż lub makaron, mięsny, rybny lub (rzadziej) wegetariański wkład, warzywno-owocowe dodatki i jakieś ichnie przyprawy i wynalazki. Wszystko na miejscu jest podgrzewane i wszystko absolutnie zjadliwe.

Trzeci powód jest bardzo prozaiczny – stołowanie się w japońskich sklepach typu convenience jest jedną z najkorzystniejszych ekonomicznie opcji. Średnia cena posiłku i to takiego, którym naprawdę można się najeść oscylowała między 300 a 500 yenów (w zależności od gramatury i rzecz jasna składu). Średnio razem z napojem, za taki „obiad” rzadko kiedy płaciłem więcej niż równowartość 15-16 zł.

Dla porównania tabela z fast-foodów. Odwiedziłem te przybytki kilka razy w celu uzupełnienia paszy treściwej paszą objętościową i brakujących pierwiastków z tabeli Mendelejewa, zwyczajowo nie występujących w tzw. zdrowej żywności.

Zakup gotowych posiłków w „convenience storach” był także najlepszą opcją w przypadku noclegu pod namiotem. Brak konieczności własnoręcznego przygotowywania śniadań czy kolacji zaoszczędzał sporo czasu, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że namiot zazwyczaj rozbijałem nielegalnie i jego szybkie, poranne zwinięcie zazwyczaj pozwalało mi uniknąć kłopotów (o tym kiedy indziej).

Btw, chciałem zamieścić inną fotkę – umorusany błotem i krwią wcinam na pół surową, tylną, lewą łapę jaguara. Ale cóż… Rzeczywistość była nieco mniej romantyczna – ubrany w polar chroniący przed moskitami, wcinam sushi, kupione dzień wcześniej w Seven Eleven.

#3. Supermarkety, sklepy typu convenience i w nich zakupy typu „zrób to sam”.

Przyznaję, że trudno mi się w tym temacie wypowiadać. Generalnie takie zakupy wychodzą taniej niż zakup dań gotowych, ale po pierwsze niekoniecznie tych produktów, które chcielibyście kupić, a po drugie przy codziennej zmianie miejsca pobytu, pojawia się mały problem natury logistycznej związany z przygotowywaniem posiłków i przechowywaniem oraz transportem poszczególnych składników. Spotykałem wiele osób które żywiły się wyłącznie w ten sposób, ale przyznaję, że słabo mi się to kalkulowało. Tak np. wygląda półka z serami. Dla porównania, wybrałem „modele” spotykane w naszych sklepach:

#4. Automaty (vending)

To chyba jeden z najbardziej rozpoznawalnych (obok pałacu cesarskiego, góry Fuji i Tokyo Tower) elementów krajobrazu Japonii. Stoją dosłownie na każdym kroku a o oferowanym w nich asortymencie krążą wręcz legendy. Miłośników nadmiernej sensacji nieco rozczaruję – prawda jest dość prozaiczna, zdecydowaną większość stanowią automaty z napojami, w dalszej kolejności można natknąć się na przekąski, inne artykuły żywnościowe czy papierosy. Oto krótki, „survivalowy” przewodnik nakręcony na promie:

Oczywiście legendarne vendingi, sprzedające takie „artefakty” jak używaną bieliznę, także istnieją, ale osobiście ich nie widziałem, a poszukiwanie takich przybytków pozostawiam amatorom dziwnych wrażeń, czy dziennikarzom pokroju Alex Sim-Wise.

#5. Bary, puby, knajpy, restauracje

Ilość punktów gastronomicznych w Japonii jest przytłaczająca. Według stanu na luty 2010, było ich tam ponad 474 tys. czyli jeden przypadał na ok. 270 osób.

To największe zagęszczenie na świecie, z miażdżącą przewagą nad znajdującymi się na drugim miejscu Stanami Zjednoczonymi (jeden punkt na 550 osób).

Wbrew powszechnej opinii „sushiarnie”, jakkolwiek popularne, nie są dominującym elementem kulinarnego krajobrazu.

Zresztą o sushi napisano już chyba wszystko, a w Polsce staje się powoli popularniejsze od schabowego. Ale co, oprócz sushi, można w Japonii zamawiać? Ryż w każdej formie (poza sypkim – nigdzie nie widziałem), dwie odmiany makaronu i… cała resztę.

Opcje korzystania z restauracji/knajp są dwie.

Pierwsza – płacisz sam. Cecha opcji – analizujesz co i w jakiej ilości będziesz spożywał i czy wydatek będzie ekonomicznie uzasadniony. Rozpiętość cenowa? Kosmiczna. Powód? Lokalizacja, standard lokalu i widzimisię restauratora. Kilka przykładów (tak, tak, zupę je się pałeczkami):

Wybór dań jest stosunkowo prosty – przed wejściem do niemal każdej restauracji/knajpy itd. znajdują się wystawione plastikowe wersje tego co za chwilę możesz mieć podane. Skala 1:1, podobieństwo 100%. Wystarczy wskazać palcem.

To jak sobie radzić? Ot choćby tak:

Opcja druga – jesteś gościem. Cecha opcji – delektujesz się różnymi smakami, ale nie sięgasz na „górną półkę” (chyba, że gospodarz nalega) i nie obżerasz się (NAWET jeśli gospodarz nalega).

Dzięki mojemu uczestnictwu w programie w TV TOKYO, miałem okazję spróbować wielu specjałów lokalnych kuchni, typowych dla danych prefektur. Tu, wraz ze śledzącą mnie ekipą, w jakiejś małej knajpce w Nagano.

Warto pamiętać, że w Japonii obowiązują nieco insze standardy kultury. Nawet jeśli się do nich nie stosujesz, to trzeba je tolerować (choć język świerzbi, aby coś powiedzieć).

Jeszcze a’propos kultury (z przymrużeniem oka). Kiedyś w koreańskiej restaruacji w Tokio zaserwowano mi apetycznie wyglądającą i pachnącą zupę:

Smakowała tak długo, póki nie usłyszałem i nie zwizualizowałem sobie jej nazwy. A moi rozbawieni gospodarze powtarzali ją do imentu, żebym przez przypadek jej nie zapomniał:

Na zakończenie mała historyjka. Mam raczej dość „samotniczy” charakter, a stałe noszenie okularów przeciwsłonecznych, zazwyczaj dość skutecznie zniechęca innych do nawiązywania kontaktów. Jeśli ktoś się jednak przez taką „barierę” przebije znaczy, że warto poświęcić takiej osobie trochę czasu, ot choćby na sympatyczną, zazwyczaj, rozmowę.

Jednego dnia przejeżdżałem lokalnym pociągiem przez okalające aglomerację tokijską góry, w których od czasu ich uformowania chyba nigdy nie widziano obcokrajowca. Naprzeciwko mnie siedział jakiś dziwak w kapeluszu i przyglądał… zresztą jakie „przyglądał” – po prostu bez cienia skrępowania, pół godziny się na mnie gapił. Okulary miałem założone, przybrałem najbardziej nieprzyjemny wyrazy twarzy na jaki było mnie stać, ale dziwak nie ustawał. Wyraźnie bawiła go moja irytacja.

„Masls…”.
Podniosłem wzrok – what? Dziwak wstał ze swojej ławki i przesiadł się na moją. Wskazał na stojący koło mnie krowiasty plecak, a następnie wepchnął mi kciuk w ramię aż zabolało. „Masls mast have. Strong ju ar?”. Ciary normalnie przeszły, Miś Yoda powrócił z niebytu…

Yoda zignorował moje pytanie („o co ci chodzi?”), przemaglował mnie z tzw. katechizmu gaijina (skąd jestem, czym się zajmuję, po co przyjechałem itd.), a następnie przedstawił się (Sabu desu) i wyraził kategoryczne życzenie, abym zjadł obiad z nim i jego, nie mniej pewnie dziwnymi, kumplami. Irytacja zmieniła się w zaintrygowanie, a że nigdzie się nie spieszyłem, powiedziałem „dajdziobu” (czyli takie ichnie „w porządku”). Wysiedliśmy na malutkiej stacji na jakimś koszmarnym wygnajewie, a Sabu-san zaprowadził mnie krętymi uliczkami do lokalnej knajpy, prowadzonej przez jego znajomego. Gwar wewnątrz ucichł momentalnie. Nastąpiła prezentacja zdobyczy. Spójrzcie – mówi Sabu-san do zebranych – oto yeti! Teraz się obróć, dobrze i w drugą stronę, no, pokaż zęby – widzicie, szczątkowe kły, a jakby zdjął buty to byście racice zobaczyli. A, jeszcze fajnie, bo po naszemu trochę mówi. No, powiedz coś… Widzicie, mówi! Ma ktoś piłkę? Może utrzyma na nosie?
Usiedliśmy. Przy naszym stoliku momentalnie zrobił się tumult. Każdy chciał się przysiąść, zamienić co najmniej dwa słowa, strzelić obowiązkową selfie. Yoda był wniebowzięty – jego prywatne zwierzątko robiło furorę.

Oczywiście zwierzątko trzeba było nakarmić i napoić. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, moi gospodarze wychodzili z założenia, że nie jadłem nic, co najmniej od momentu przylotu i postanowili, że muszę spróbować chyba wszystkiego co mają w menu. Na stole lądowały zatem coraz to nowe i bardziej udziwnione od poprzednich, potrawy. W smaku od „specyficznych” po „bardzo dobre”. Po godzinie jednak, już nawet oczy nie chciały, ale nie wypadało odmówić. Zjadłem więc i za Tuska, i za Jarka, i samolocik, i „no przecież to tylko mały kąsek” i myślałem, że naprawdę pęknę.

Z czasem przy rozmowie, okazało się, że Sabu-san i jego grono znajomych z pierwszego kręgu to niesamowicie fajni i zarazem ciekawi ludzie. Yoda był wykładowcą na uczelni, skromny Maru-san okazał się właścicielem jednego z bardziej znanych tokijskich japońskich muzeów kimon…


…a inny współtowarzysz (zdjęcia nie mam niestety), był mistrzem kendo prowincji Gunma czy Saitama.

Pod wieczór, kiedy wraz z wysychającymi butelkami sake i kuflami piwa, zaczynało się robić bardzo „japońsko”, rozmowy zaczęły schodzić na tematy „o życiu”, a w repertuarze pojawiły się lokalne odmiany: „Hej sokoły!” i „Szła dzieweczka”, uznałem że czas na ewakuację. Po kwadransie przekonywania, ekipa się w końcu poddała, wpychając mi na drogę zawiniątko wielkości futbolówki o podejrzanym zapachu. Po dojściu na stację zacząłem je ostrożnie rozwijać, lecz kiedy ze środka wypadła grilowana macka z przyssawkami, zawinąłem ją z powrotem, a paczkę zostawiłem przy jakimś bezdomnym. Dla niego to pewnie rarytas, ja nie będąc przymuszony do zjedzenia, prawdopodobnie bym to wyrzucił.

  • gacek

    Czytam Twoje wpisy po raz trzeci w sumie, od deski do deski. Wpierw czytałem, gdy ukazywały się na JM. A następnie już dwa razy odkąd ruszyłeś z tą stroną… I nie pozostaje mi nic innego, niż podziękować, bo utwierdzasz mnie w przekonaniu, że wyjazd do Japonii, który jest moim marzeniem od wielu lat można w sumie dość łatwo urzeczywistnić. Zbieram kasę! 😀 (choć szczerze nie wiem czy nie rzucam się na zbyt wiele bez znajomości języka 😛 )

    • Nagato

      Wszystko zależy w jakim „formacie” będziesz chciał podróżować. Jeśli bardziej cywilizowanym, znajomość języka (poza angielskim, ale zakładam że nim władasz) nie jest aż tak bardzo potrzebna. Gdybyś jednak przymierzał się do takiego półdzikiego wariantu, warto opanować podstawową komunikację.
      A nawiązując do Twojego wstępu, takie komentarze dają kopa. Czytam i wiem, że nawet gdybyś był jedynym odwiedzającym tą stronę, wiedziałbym, że jej tworzenie ma sens.

      • gacek

        Z komunikacją po angielsku nie ma problemów, jakieś podstawowe zwroty w japońskim też opanowane, ale z pewnością nie jest to poziom komunikacyjny 😛 Czas poszukać jakichś kursów internetowych 😀
        A to pisanie ma sens, i za to arigato gozaimasu! ^_^

  • MG

    Twoje opowiesci towearzysza mi od jakiegos czasu w czasie moich przerw w pracy. Bardzo inspirujace…