draft sydney0

Australijski podryw

Najsłynniejszy gmach w Sydney i w ogóle w całej Australii. Niektórzy twierdzą, że architekt wzorował się na żaglach, inni że na pomarańczy. Jednak kiedy przyjrzeć się bliżej, trudno nie odnieść wrażenia, że inspiracją było zupełnie coś innego.
A może …za dużo JoeMonstera :)

A jak było naprawdę? Może najpierw krótkie wprowadzenie.

Niby nią nie jest, ale jak kogoś zapytać o stolicę Australii, 9 na 10 osób wskaże Sydney (ta jedna powie, że Melbourne, co zresztą też nie jest prawdą). Miasto czy raczej aglomeracja, powszechnie jest kojarzona w zasadzie z czterema rzeczami: Operą, mostem Harbour, Sydney Tower i plażą Bondi. Na krótki pobyt wystarczy,

#1. Opera.

Każdy kto przyjeżdża do Sydney musi zobaczyć/dotknąć/odwiedzić (w zależności od zasobów czasowo-gotówkowych) gmach Opery. Takie są zasady. Ta najsłynniejsza budowla w Australii i jeden z najbardziej znanych gmachów na świecie, powstawała w niesamowitych bólach.

Na ogłoszony w 1954 roku konkurs – wpłynęły 233 projekty. Główną nagrodę (5000 GBP) wygrał rok później później duński architekt Jørn Utzon, mimo iż …projektu nie dostarczył, a jedynie wizualizację. Kamień węgielny wmurowano dopiero po czterech latach, w 1959r. Niestety i to okazało się zbyt szybko, bo wielu architektonicznych założeń nigdy wcześniej nie wdrażano w praktyce, co powodowało konflikty i przestoje na placu budowy, na którym, zdaniem wyspiarzy, panował kompletny bur… znaczy bałagan. Po kolejnych kilku latach, poziom irytacji sięgał zenitu, co skrzętnie wykorzystywali politycy: nie dość że Duńczyk, to jeszcze guzdrała. Co gorsza cholernie droga guzdrała.

W 1966r. Utzon obraził się na Australijczyków i opuścił w niesławie kontynent. Budowę ukończono po czternastu latach od jej rozpoczęcia. Finalnie szacowany koszt (102 mln UAD) stanowił równowartość dzisiejszych 860 mln UAD czyli 2,6 mld PLN. Jak za jedną, nawet tak niepowtarzalną konstrukcję, to sami przyznacie – trochę dużo. Z otwarciem gmachu czekano do moich narodzin czyli do 1973r. Było bardzo uroczyście, brytyjska królowa i w ogóle, i wszyscy nagle stwierdzili, że Opera jest po byku, tylko …Duńczyka nie zaproszono.

Utzon na rehabilitację musiał czekać bardzo długo. Opera w ciągu kilku lat stała się symbolem kraju i nie można było zamieść roli architekta pod dywan. W 1985r. nadano mu Order of Australia, a w 2003 otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu w Sydney. W tym samym roku wręczono mu też „architektonicznego Nobla” czyli Nagrodę Pritzkera (trzydzieści lat po otwarciu Opery).
Zdążyli, Jørn Utzon zmarł pięć lat później.

Wbrew krążącej powszechnie opowiastce o obieranych pomarańczach, jej kształt ma właśnie kojarzyć się z tym, z czym się kojarzy czyli z muszlą i żaglami, stanowić swoiste połączenie morza z lądem. Nieszczęsne „pomarańcze” pojawiły się znacznie później, w fazie projektowej, kiedy Utzon tłumaczył jak chciałby połączyć poszczególne elementy. Mając motyw (żagiel i muszlę), architekt szukał najlepszej jego zdaniem formy i padło na wycinki kuli

Budynek z oddali, od strony zachodniej wygląda przepięknie, a z mostu Harbour, szczególnie wieczorem, wręcz zjawiskowo.

Pech chciał, że akurat w czasie mojego pobytu przeprowadzano jego remont, więc im bliżej się podchodziło, tym bardziej malało wrażenie. Trudno wymagać aby w nowoczesnym gmachu jego wnętrze urządzono w stylu barokowym, jednak surowość sklepienia, zaskakiwała. Betonowe podciągi. Zwykłe schody. Jakoś tak dziwnie.

Na placu budowy wywieszone były przykazania dla ekip remontowych:

Mnie przekonywały :)

Płynąc Parramattą na wschód, w stronę ujścia można obejrzeć gmach w zasadzie z każdej strony. Jak widać od północy prezentuje się on mniej okazale.

Podobnie jak od strony południowej (widok z ogrodu botanicznego):

Niestety, nie miałem szczęścia. Dosłownie dwie osoby przede mną wykupiono ostatni bilet na West Side Story, a nie pomyślałem, aby wcześniej dokonać zakupu przez Internet. Pozostałe przedstawienia, na które były bilety (łącznie w gmachu znajduje się sześć sal koncertowych) zalatywały ckliwym sucharem. Co gorsza drogim, ckliwym sucharem.
Nic, może następnym razem.

#2. Most

Budowany od 1923 i oddany do użytku w 1932r. Harbour Bridge należy do najbardziej znanych mostów na świecie. Dzisiaj nie należy wprawdzie do najwyższych (134 m), czy najdłuższych (1149 m), ale z pewnością zapada w pamięć. Powszechnie kojarzony z najbardziej na świecie spektakularnym, noworocznym pokazem sztucznych ogni.

Harbour Bridge łączy centrum z Północnym Sydney. Chodnik dla pieszych biegnie po wschodniej stronie.

Jak każda tego typu konstrukcja, Harbour Bridge przyciąga jak magnes samobójców i żadnych adrenaliny traceurów różnorakiej maści. Aby umożliwić chętnym „zaliczenie” mostu, istnieje możliwość skorzystania z oficjalnych, bezpiecznych wycieczek po łukach, z pełną asekuracją oczywiście.
Oczywiście wszystko co „oficjalne” jest z definicji traktowane z pogardą przez freerunnerów, czy rodzimych i przyjezdnych, domorosłych kaskaderów. Dlatego też, przed „nieoficjalnymi” wycieczkami, a także przede wszystkim przed skokami desperatów w nurt Parramatty, most zabezpieczony jest w swoisty sposób.

Dotykałem – nie jest pod napięciem.
Trochę przygnębiające skojarzenia, ale Australijczykom to zdaje się nie przeszkadzać. Zasadniczo, wspinanie się na most jest generalnie surowo zabronione. Na południowej stronie wisi takie ostrzeżenie:

Na północnej z kolei, mają promocję:

A kogo można spotkać w okolicach mostu?


#3. Hektor i jego pan.

Centrum Sydney jest ładne, tak za dnia jak i wieczorem. Miałem ochotę zrobić kilka zdjęć o zmierzchu od północnej strony Harbour Bridge. Rozstawiłem statyw i czekam na zachód słońca.

Pierwszy pojawił się jakiś starszy gość. „Zdjęcia czy film, mejt?” „Zdjęcia” „Super widok, mejt. Skąd jesteś? Mogę ci w czymś pomóc?” Szok! Podziękowałem, pogadaliśmy. Bardzo miło.
Nie minęło pięć minut kiedy zatrzymał się jakiś jogger. „Fajny sprzęt, mejt. Skąd jesteś?” „Z Polski” „Wow, moi rodzice pochodzą z Litwy…” itd. znowu sympatyczna rozmowa.
Kolejne pięć minut i pojawił się ON. Razem z psem. Pieskiem raczej.
Stanął koło mnie i chwilę mi się przyglądał.
Coś zwróciło moją uwagę.
Jego ręka. Cholerna, lewa ręka…
Żaden mężczyzna orientacji większościowej, nie trzyma z boku ręki zgiętej w łokciu pod kątem prostym i luźno opuszczoną dłonią. ŻADEN! Wygląda to mnie więcej tak:

Łudzę się jeszcze, że gość może ma jakiś skurcz w łokciu.
– Heeektor! Heeeeektooor! Come here, sweetie, come my darling!”
Czyli to jednak nie skurcz.
Koleś bierze Hektora na ręce i podchodzi do mnie rozkołysanym krokiem.
– Ou, robisz zdjęcia?
Sherlock. Wystarczył mu widok aparatu, statywu i gościa naciskającego migawkę aby błyskawicznie połączyć fakty.
„Ano robię, MEJT” – mówię odsuwając się lekko.
„Ja też robię. Czasami. Ale nie umiem takich wiesz, nocnych, tak jak ty robisz.”
Milczę. Odczepżesz się. Koleś stawia Hektora na ziemię i podchodzi jeszcze bliżej.
„Ale śliczne smugi! To światła samochodów, nieprawdaż?”

Nie, UFO. Wszedłem na chwilę na żargon techniczny z nadzieją że się odczepi. Pokiwał głową bez zrozumienia i znowu zaczął gadkę falsetem.
„Hektor, chodź tu, darling! Ale czemu robisz zdjęcia w tamtą stronę?”
Zgłupiałem, przecież to oczywiste. „Bo tam jest opera i most” mówię wskazując je palcem.
ON dotknął osłony obiektywu. „Och no tak, ale północna strona też jest ładna…” po czym spojrzał mi w oczy i dodał powoli „…i ja tam mieszkam.”
Nie, ON nie wylądował na OIOM-ie. Hektor zresztą też nie.
Wystarczyło spojrzenie, wsparte warknięciem o treści: „get the fuck out!”.
Brrr….

**********************

W drugiej części (TUTAJ) możecie przeczytać o wyzwaniu rzuconym wymuskanym surferom na plaży Bondi, zobaczycie dziewczynę która mieści się w trochę większym pudełku po butach, będą także kanary w nietypowym środku miejskiej komunikacji oraz poznacie pewną matkę aspirującą do tytułu Kretyna Roku.

***********************

I zagadka.

Oto zdjęcie zrobione z nabrzeża Garden Island w Sydney właśnie, przez które …miałem nieprzyjemności (nadgorliwy strażnik trochę zbyt poważnie podchodził do swojej pracy). Pytanie brzmi jak brzmi nazwa powodu owych „nieprzyjemności”, mile widziany także typ i klasa :)

  • Hektor Kolektor hau hau

    Dzięki Nagato za umilanie niedzieli jak zawsze! Cheers Mate!

    • Nagato

      Cheers :)

  • Vesla

    Jak zawsze z ciekawością czytam to co napisałeś.

    W Sydney miałeś problem z HMAS „Melbourne” (FFG 05) fregata rakietowa typu Oliver Hazard Perry, amerykanie oznaczają ją jako klasa: Adelaide.
    My też mamy takie dwie: ORP „Gen. K. Pułaski”, ORP „Gen. T. Kościuszko”

    Dziwne, że za taka fotkę miałeś nieprzyjemności. Zapraszam do Portsmouth, zrobisz wycieczkę po porcie i bazie RN to fotek będziesz mógł zrobić ile zechcesz :-)

    • Nagato

      Oczywiście HMAS „Melbourne” :)
      A co do nieprzyjemności. Na Garden Island znajduje się muzeum (do którego płynąłem) i baza marynarki (o której nie miałem pojęcia). Faktycznie obowiązuje tam zakaz robienia zdjęć w stronę wojskową, o czym informują znaki i ów nieco nadgorliwy ale wbrew pierwszemu wrażeniu, bardzo sympatyczny strażnik. Kuriozum sytuacji polega na tym, że z przylądku Bennelong Point (czyli miejsca gdzie znajduje się Opera), ów okręt widać w całej okazałości :)