draft dżungla 2

Dwa dni na Przylądku Kłopotów

Dotarliśmy na miejsce. Trochę zdziwił mnie fakt, że aż do przystanku końcowego prowadziła asfaltowa droga, ale rozumiałem, że teraz zacznie się prawdziwa przygoda. Sprawdziłem troczki plecaka, zawiązałem mocniej buty i szykowałem się do długiej wędrówki nieznanymi szlakami. George wziął mikrofon.

Ciąg dalszy opowieści z Cairns.

#1. Spacer po dżungli I

rainforest-49

– Proszę wszystkich o uwagę. Za chwilę idziemy na spacer po dżungli („nareszcie!”). Torby i plecaki zostawcie w busiku („co??”), ewentualnie można wziąć butelkę wody („ewentualnie?”). Proszę, abyście się nie rozchodzili i trzymali swojej grupy („to ile tych grup tam będzie?”). Powinniśmy wróć z powrotem za jakieś pół godziny.

Chyba się, kuwa, przesłyszałem.

– Excuse me… What did you mean by saying “half an hour”?
– In Australia it means 30 minutes.
– Ale…
– Słyszałem twoją rozmowę z Wróżką i wiem co żeście ustalali. Wszystko w swoim czasie.

Z ciężkim żalem zostawiłem plecak i jako ostatni opuściłem pojazd. Znów spojrzałem na stopy moich towarzyszy – połowa wycieczki twardo maszerowała w klapkach. Jedyna myśl jaka mi przyszła do głowy: „Czemu George im nie powie, że to niebezpieczne, że w poszyciu będą się czaić pełzająco-kąsające agresywne szity?” Chwilę później zrozumiałem.

Doszliśmy do ścieżki i ręce mi opadły. Otóż, aby  amerykańskim (głównie) i japońskim turystom było łatwiej, bezpieczniej i możliwie przyjemnie, cały trakt przez cholerną dżunglę WYBRUKOWANO.

rainforest-76

Po bokach poręcze, co dwa kroki tabliczki, a na ścieżce dziesiątki ludzi.

rainforest-74

Więcej egzotyki zobaczycie w poznańskiej Palmiarni. Dlaczego tak to wyglądało? Wróćmy na chwilę do naszej znajomej.

#2. Wróżka.

Na czym zakończyliśmy wizytę? A…  już wiem!

Kobieta westchnęła i rzekła do mnie tymi słowy:
– Posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo uważnie. Obszar do którego zamierzasz się udać, to teren Parku Narodowego. Nie wiem jak w Europie, ale w Australii ochronę parków narodowych traktujemy bardzo poważnie. A to znaczy, że samowola jest tu BARDZO niemile widziana. Jeśli George będzie miał jutro jakieś wolne miejsce to się z nimi zabierzesz, ale samotne wędrówki nie wchodzą w grę. Spanie na dziko możesz sobie również od razu wybić z głowy. Byłoby to równie nieodpowiedzialne co zabronione. Opuszczę ci cenę – zapłacisz jedynie za nocleg i rejs po rzece. 

– Ale kiedy ja właśnie…

– Polubiłam cię, ale już się k…a zamknij. Nie ma innej możliwości! I tak zapłacisz połowę mniej niż inni, więc nie wybrzydzaj. A jak ci się spodoba, możesz próbować wdrażać swoje pomysły, ale nie tutaj tylko bardziej na północ, poza obszarem Parku. Ostrzegam jednak, że tam będzie jakieś dwa razy bardziej niebezpiecznie niż na Cape Tribulation.

#3. Spacer po dżungli II

George zapierdzielał jakby brał udział w wyścigu F1, a my, lawirując slalomem między tłumem spacerowiczów, za nim. Aborygen co jakiś czas się zatrzymywał pokazując na różne rośliny i tłumacząc, które z nich są jadalne, a które… też są jadalne, ale tylko raz. Mimo iż chciałem potraktować ten przykrótki spacer jak misję szkoleniową, zanim udało mi się włączyć kamerę i zarejestrować któreś z objaśnień, George gnał dalej. Stąd poniżej jedynie kilka zdjęć, bez opisów.

rainforest-11

rainforest-9

rainforest-8

rainforest-7

rainforest-6

rainforest-10

rainforest-13

Spacer, czy raczej jogging, zakończył się po dwudziestu minutach. Aborygen zapakował nas do busiku i jakiś kwadrans później, punktualnie o dwunastej, zatrzymał się pośrodku dżungli. Zabrzmi to dziwnie, ale dokładnie w tym miejscu znajdował się hostel. Precyzyjniej było ich tam kilka, ale ten był, przepraszam za wyrażenie, najbardziej zajebisty ze wszystkich. Wprawdzie wycieczka miała zgodnie z sugestią Wróżki wyglądać inaczej, ale nasz przewodnik, stwierdził, że jeśli wyjechaliśmy z Cairns o świcie, to w południe na pewno jesteśmy zmęczeni, i że hostel nam się spodoba, i że w ogóle mamy wypierdzielać z jego busiku, a on przyjedzie po nas następnego dnia. Też w południe. 

Nie byliśmy zmęczeni, bo po prawdzie nie było się czym zmęczyć, ale weź pogadaj z Georgem.
Wzięliśmy plecaki i razem z (nomen omen) Simonem z Francji i Angielką Viki poszliśmy do kompleksu o wdzięcznej nazwie The Beach House. Godzinę później wyruszyliśmy sami na eksplorację okolicy – ten wątek jednak tutaj pominę, gdyż to temat zasługujący na osobny wpis.

 

#4. Rzeka Daintree

Następnego dnia, koło południa, George podjechał pod bramę The Beach House i zabrał nas na nabrzeże rzeki Daintree. Tęczowy Obieżyświat pyta co w niej takiego magicznego.

– Daintree? O, panie, trudno znaleźć drugą taką na świecie, zanurz dłoń to ujebią przy ramieniu.

– Znaczy kto ujebie?

– Znaczy krokodyle. Wszędzie. Dziesiątki wygłodzonych bestii, jedna na drugiej. Maszyny do zabijania, szczytowe osiągnięcie ewolucji. Poruszają się równie zwinnie na wodzie jak i na lądzie, nie mają naturalnych wrogów, żyją i kilkadziesiąt lat, mają 80 zębów ostrych jak sztylety, a co jeszcze ciekawsze…

– …to zęby mogą im odrastać i pięćdziesiąt razy jeśli zajdzie taka konieczność – dokończyłem. – Brian Callison „Crocodile Trapp”.

trapp

Aborygen spiorunował mnie wzrokiem, ale faktem jest, że prawie całej jego intro pochodziło niemal słowo w słowo z jednej z moich ulubionych książek. Po krótkiej chwili odzyskał rezon i zaczął bardziej od siebie:

– W Australii występują dwa gatunki krokodyli: słodko- i słonowodne. O ile w rzekach z zasady występuje tylko ten pierwszy, endemiczny, gatunek, o tyle w delcie Daintree, a właśnie tam się za chwilę znajdziecie, można spotkać oba typy.
Dalsza część historii była naprawdę ciekawa. Z tego co zapamiętałem, australijski krokodyl słodkowodny podobno nie jest gatunkiem groźnym dla człowieka. Nie wiem tylko czy on o tym wie.

krokodyl mały

Rośnie do trzech metrów, może ważyć i 100 kg, ma ryj przypominający piłę tarczową i w ogóle jakoś tak nieprzyjemnie mu z oczu patrzy. No nie wygląda ładnie. Ba, nawet świeżo wyklute maluchy przypominają coś w rodzaju obcego z filmów Camerona.

Ale ten to pikuś. Uważać trzeba na jego słonowodnego kuzyna, krokodyla różańcowego.

krokodyl duży

Zresztą „słonowodny” to też pewne uproszczenie. Ten mezozoiczny relikt jest największym żyjącym na Ziemi gadem. Potrafi mierzyć ponad 6 metrów, ważyć blisko 1,4 tony, ma w pompie czy otaczająca go woda jest słodka czy słona, pływa dwa razy szybciej niż Phelps, z taką samą prędkością biega, i jeśli krokodyl australijski ma między szczękami piłę tarczową, to różańcowy ma tam cały tartak.

Zatrzymując się na chwilę przy krokodylach różańcowych. Czy wiecie, że cechuje je najsilniejszy ścisk szczęk ze wszystkich znanych żywych i wymarłych zwierząt na świecie. Szacuje się, że jedynie T-Rexy mogły osiągać lepsze wyniki. Jednostki w jakich mierzy się nacisk to funt na cal kwadratowy (psi). A jak to wygląda? Oto krótkie zestawienie:

  • Krokodyl różańcowy: 3700 psi
  • Hiena: 1000 psi
  • Żarłacz biały: 600 psi
  • Lew: 600 psi
  • Pitbull: 320 psi
  • Człowiek: 120 psi

Jak widać na tle konkurencji, prezentujemy się wyjątkowo blado.

I, tak jest, z nimi też się za chwilę spotkamy.
Postraszeni dotarliśmy do przystani, chociaż przystań to za dużo powiedziane. Przywitała nas taka tablica:

rainforest-4
Po jakimś kwadransie przypłynęła łódź. Pilotował ją przewodnik, przekonany, że jeśli nie będzie zachowywał się jak Mick Dundee, to żaden turysta nie będzie go traktował poważnie. Mimo, iż  nie nosił na głowie kapelusza z wianuszkiem zębów i krokodylowej kurtki, mieliśmy pokaz nonszalancji i traperskich popisów. Chociaż, muszę uczciwie przyznać – te drugie robiły wrażenie.
Wsiedliśmy do łodzi. George żegnał nas na brzegu znakiem krzyża (poważnie).

rainforest-40

 #5. Krokodyle.

Dundee przeczytał na głos ostrzeżenia, które wisiały przed każdym z nas. Zwrócił uwagę abyśmy w żadnym wypadku nie próbowali wystawiać rąk poza obrys łodzi.

rainforest-41

– Podpływającego pod wodą krokodyla nie widać. Jeśli zdecyduje się skoczyć, nie zdążycie cofnąć ręki i podróż może skończyć się źle albo bardzo źle.

rainforest-45

Płynęliśmy już z 10 minut. Cóż, nasze rozbudzone oczekiwania były takie, że będziemy lawirować między otwartymi pyskami, ocierając się o grzbiety i ogony bestii, a tu, ni widu ni słychu. Krajobrazowo było pięknie, wszyscy czekali jednak na krokodyle.

Nagle przewodnik zawołał.

– Spójrzcie w lewo.

Spojrzeliśmy w lewo. Nic. Dundee wyłączył silnik i przydryfował do brzegu. Wyraźnie miał ubaw obserwując jak kilkanaście osób wypatruje oczy, strojąc przy tym pełne niedowierzania miny. Wtedy zrozumiałem – facet nas wkręcał. Nic tam nie było.

rainforest-44

Już miałem się odezwać, kiedy Simon krzyknął.

– Widzę go!

– Well done – mruknął Dundee. – Tak właśnie wygląda krokodyl dla większości swoich ofiar. Nie widzą go póki nie zaatakuje.

rainforest-43

Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem krokodyla udało się zauważyć dopiero wtedy, kiedy przewodnik mówił nam gdzie mamy patrzeć i kiedy udało mu się przybliżyć się do gada niemal na wyciągnięcie ręki.

rainforest-42

Każdego napotkanego krokodyla Dundee od razu klasyfikował co do gatunku, podawał jego wiek, a w niektórych przypadkach nawet …imię. Znaczy bestie nie były aż tak anonimowe, jak się na pierwszy rzut oka zdawało. Najwięcej było młodzieży, tak do kilku lat może. Większość dorosłych osobników starała się nas unikać.

Po dopłynięciu do brzegu, czekała nas jeszcze mała niespodzianka. Otóż nieco powyżej przystani, znajdował się bar w którym mogliśmy kupić coś do picia. Jego właściciele byli zarazem pracownikami rezerwatu i mieli na stanie kilka żywych, niedużych miniaturek „dinozaurów”. Kobieta która nas obsługiwała, wyciągnęła jednego stwora z terrarium, zawinęła mu pysk taśmą klejącą i zapytała czy ktoś z nas chciałby go może potrzymać. Krokodylek przez cały ten czas nawet nie drgnął. Wyglądał jak zabawka.

rainforest-48
Wyciągnąłem ręce.  Gad jakby tylko na to czekał. Odwrócił łeb. W jego małych oczach, czaiła się czysta, niczym nie skrywana nienawiść. Nagle straciłem zaufanie do taśmy klejącej.

rainforest-46

Ciąg dalszy nastąpi…

 

  • kprk

    Cape Tribulation!

  • Jan Pielorz

    Dla mnie już jest rano 😉

    • Nagato

      Jezu… przecież to niedziela, czyli „rano” powinno zaczynać się po 9.00. :)

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Jakoś tak się rozmarzyłem… Wszystkie te filmiki przyrodnicze czytane nie przez Krystynę Czubówną ale przez Nagato. Z jego własnym autorskim tekstem rzecz jasna… Po tym opisie krokodyli nic już nie będzie takie samo…

    • Nagato

      Krystyna i Knapik to głosy-instytucje. Nikogo nie wolno do nich porównywać bo to świętokradztwo.
      ….
      (ale za komentarz oczywiście dziękuję :))

  • http://www.idziesiec.pl/ iDziesiec

    Jak to „nastąpi”!? Ja chcę ciągu dalszego!

    • Nagato

      Tylko, że tekst już przekracza dopuszczalną ilość wyrazów, więc musiałem go przyciąć. Niebezpiecznie opuszczał rejony: „ziewam, ale jeszcze ujdzie” i wchodził na obszar: „kończ, bo smęcisz” :)

  • therion

    „zanurz dłoń to ujebią przy ramieniu” 😀 To jest dopiero rekomendacja :) Absolutnie wyjątkowo zgadzam się z panem od #Epizodów: Jeżeli natychmiast nie będzie ciągu dalszego, to Łódź wprowadza sankcję Poznaniowi – na początek wstrzymamy transfer planów i rozwiązań drogowych pod roboczym tytułem „Jak zmodernizować kawałek miasta, paraliżując ruch na jedynie siedem lat”! Drżyj!

    • Nagato

      Ja bym się specjalnie nie licytował. Remont czy przebudowa Ronda Kaponiera to nasz sport regionalny. Moje młodsze dziecko nie pamięta przejazdu przez centrum Poznania, śmiem twierdzić, że starsze chyba też nie. A końca nie widać… :)

  • uKi

    Rewelacja! Czekam na ciąg dalszy.
    A co z tym? „Godzinę później wyruszyliśmy samemu na
    eksplorację okolicy – ten wątek jednak tutaj pominę, gdyż to temat
    zasługujący na osobny wpis”. ?? :)

    • Nagato

      A tenże wpis ukaże się wkrótce. Będzie więcej zdjęć, pojawi się także kilka filmików. Szczerze mówiąc, to była najciekawsza część całej wycieczki, więc szkoda by ją było zipować do jednego czy dwóch podpunktów.

  • Tomek_tom

    Świetne artykuły! Trochę Ci zazdroszczę tych wypraw, przygód i odwagi 😉 przyczepię się tylko do danych odnośnie siły nacisku szczęk: wg źródeł które ja znam krokodyl różańcowy ma „dopiero” 3 najmocniejsze szczęki (16460 N) po T. rexie (30000-60000 N) i żarłaczu białym(18000 N) 😉 Pozdrawiam i życzę Tobie (i sobie) kolejnych wypraw i przygód :))))

  • N.A.J.

    Hej Nagato!

    Będzie trochę OT, ale nie wiem, czy zaglądasz do starszych artykułów. Ponad to: nie pamiętam, w którym artykule to przeczytałem. Trochę zwlekałem, dlatego możesz swojego komentarza nie pamiętać.

    Jeśli mnie pamięć nie myli, pisałeś, że latałeś na ULM, ale nie dokończyłeś, ponieważ instruktor musiał sprzedać maszynę. Napisz mi, proszę, czy był to (Pan) Zbigniew. Znaki O…UR 09 (dawniej zgłaszający się jako pierwszy, wbrew zasadom: „uniforomio”). Kiedy się uczyłem latać, szkolił na Kobylnicy. Stamtąd lataliśmy na Bednary i okolice (o reszcie lepiej publicznie nie wspominać ;]).

    Byłoby fajnie wiedzieć, czy to o tego sympatycznego człowieka chodzi, ponieważ nie mam z Nim już od dłuższego czasu kontaktu…

    Pozdrawiam serdecznie! :]

    • Nagato

      Dokładnie. Niestety nazwiska teraz nie pomnę, skierował mnie do niego R. Ruks. Ćwiczyłem na takim srebrnym Eurostarze. Jak będę w domu to gdzieś namierzę dane i zdjęcia z ćwiczeń nad miejscami o których (jak wspomniałeś) lepiej nie wspominać :). Bardzo niekonwencjonalne podejście do nauczania, ale mi bardzo odpowiadało. Z tego co wiem musiał sprzedać samolot (chodziło o ślub córki czy coś takiego), ale jakoś rok czy dwa lata później dzwonił, że nabył nowy – tylko mnie już wtedy nie bardzo pasowało.

      • N.A.J.

        Stary, nie zwlekaj! To jest jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie można robić. Dla mnie to jedyna dyscyplina, którą uwielbiam i nie jest niebezpieczna lub kontuzjogenna. Chyba że latam, jak… wiadomo kto, ale – umówmy się – nie latam. ;]

        Każde lądowanie na białej krawędzi, z zaciągniętymi na ostatni ząbek klapami, ostrym krabem. Jak później po takiej szkole lądowałem z egzaminatorem LAA, po jednym podejściu z ekstremalnym wytrzymaniem, powiedział, że nic więcej nie muszę pokazywać. Dosłownie: każde lądowanie u Zbyszka to lądowanie awaryjne. I do tego te glille pod hangarem w wyśmienitym towarzystwie. :]

        Masz czas, więc działaj. Ja zrobiłem to w trybie turbo, śpiąc w aucie pod hangarem przez noc do wschodu (i to w okolicy letniego przesilenia!), a potem przez południową termikę kolejne kimanie, by wstać późnym popołudniem do kolejnych lotów. Jesteś z Poznania, więc na pewno sobie spanie ogarniesz, ale jak by Ci było szkoda tego kołowania w plebsochodzie z miasta i na zad, to pod hangarem są (były?) kran z czystą wodą (czystszą niż w kranach w Azji południowo-wschodniej, to na pewno) i krzaki…

        Żeby nie było: ja nie rozkazuję, ja zachęcam. :]

        Aha, i po wyjeździe z lotniska po przekroczeniu torów i dojechaniu do „głównej drogi” (tej równoległej do torów), jak skręciłem w prawo, to parędziesiąt metrów dalej był przydrożny bar ze świetnie zrobioną pangą. Facet w tym obskurnie wyglądającym lokalu miał rewelacyjnie przygotowany ryż, do tej ryby i surówki. :]

  • Eliasaf Deuel

    Kurna. Te Niemki chętnie zapytałbym jak to jest być potomkiem niemieckich morderców masowo likwidujących inne nacje np w Oświęcimiu. Albo bardziej perfidnie, czy mają jakieś pamiątki po dziadku naziście.

    • elias

      A po co tak niemiło zaraz? Gdybym to ja tam był to raczej z żalem bym westchnął pod nosem coś o stereotypach. Nie ma się co spinać, lepiej wywołać poczucie wstydu za swoje poglądy niż siać ferment.