Hanami

Kwiecień to zdaniem wielu najlepszy miesiąc na podróż po Japonii. Dla osób przyzwyczajonych do umiarkowanego klimatu, warunki pogodowe są optymalne. Nie odczuwa także nadchodzącej, świąteczno-wakacyjnej migracji Japończyków. Ale niewątpliwie największą atrakcją jest fenomen znany jako „hanami”. To starojapoński zwyczaj, któremu trudno nie ulec, chociaż na pozór brzmi banalnie – zbiorowe podziwianie kwiatostanów wiśni i śliwy.


W podróży przez hanami nie będą nam jednak towarzyszyły ślicznotki tylko uosobienie japońskiego maczyzmu, czyli Saigo Takamori. Razem będziemy szukać idealnego kwiatu. Oczywiście, pewnym utrudnieniem może być fakt, że Saigo nie żyje od ponad wieku, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Saigo Takamori był przywódcą ostatniego powstania samurajów, tzw. rebelii Satsuma pod koniec XIXw. Na kanwie jego losów Edward Zwick nakręcił znakomity film (Ostatni Samuraj), gdzie w rolę Saigo (w filmie – Katsumoto) wcielił się Ken Watanabe. Wizerunek Takamoriego w filmie jest wprawdzie mocno wyidealizowany, ale można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że podobnie jak większość Japończyków podziwiał doskonałość i ulotność kwiatów wiśni.

Wiśnia japońska (sakura), zwana u nas wiśnią piłkowaną to drzewo dość powszechnie występujące w dalekowschodniej Azji, charakteryzujące się bardzo charakterystycznym kwiatostanem, kwitnącym najczęściej od marca do maja. Sakura występuje w kilku odmianiach a różnice pomiędzy nimi potrafi dostrzec nawet laik.

Zasadniczo najczęściej można spotkać odmiany o różowawym zabarwieniu płatków, kwitnące bardzo obficie, a w okresie wiosennym niemal pozbawione liści. Są jednak gatunki kwitnące na biało, o mniejszym zagęszczeniu płatków lub na przykład zdecydowanie bardziej ‚zielone’. Zasadniczo im bardziej na południe, tym kwiaty były ładniejsze, ale może to tylko moje subiektywne wrażenie. Należy wziąć pod uwagę, że front kwitnienia nie rozkłada się równomiernie w całym kraju, tylko przesuwa się od południa na północ w horyzoncie miesiąca.

Wiadomości o pojawieniu i przemieszczaniu się kwitnienia, przekazują wszystkie stacje TV w formie naszej „mapy pogodowej”.

Najbardziej znany festiwal hanami jeśli tak można to określić odbywa się w tokijskim parku Ueno.

To jeden z największych publicznych, japońskich parków miejskich. Co do jego „urody”, można się spierać – w mojej ocenie są ładniejsze, natomiast w kwietniu trudno byłoby znaleźć bardziej biało-różowy krajobraz niż tutaj. Powód jest pochodną liczb, liczba wyraża ilość drzew sakury, a tych jest tu podobno aż 2200.

W centralnym miejscu parku najbardziej znany stoi pomnik w Japonii przedstawiający nikogo innego tylko Saigo Takamoriego. Saigo był uczestnkiem praktycznie wszystkich zajść i katalizatorem większości zmian zachodzących w dziewiętnastowiecznej Japonii. Był dowódcą armii cesarskiej w wojnie prowadzonej przeciwko niewydolnemu i słabemu szogunatowi (wojna Boshin) a dziesięć lat później przywódcą wspomnianej wyżej rebelii Satsuma, skierowanej przeciwko cesarskiemu rządowi (ale bynajmniej nie przeciwko cesarzowi).

Zawsze wierny zasadom i nieprzejednanie walczący o utrzymanie klasowego status quo. W przeciwieństwie do filmowego wizerunku, nie gardził bynajmniej nowoczesnym jak na tamte czasy uzbrojeniem, czy umundurowaniem, natomiast zgodnie z nim, był nie tylko wodzem, ale także poetą (tworzył pod nazwiskiem Saigo Nanshu).

Hanami celebruje się na różne sposoby, ale najpopularniejszy to spotkania w gronie rodzinnym lub w gronie znajomych w parkach. Depcząc sobie po głowach, wszyscy walczą o co atrakcyjniejsze kawałki trawnika, niczym nie przymierzając rodacy w Łebie w lipcu, rozkładają się jak na niebieskich plandekach, wyjmują prowiant oraz napoje i rozpoczynają wielogodzinną nasiadówkę.

Słowo „napoje” jest w zasadzie kluczem. Dla wielu to okazja do bezpardonowego uwalania się w trąbę, w myśl przyświecającej hanami zasadzie: „cośtam cośtam, życie takie ulotne, cośtam płatki kwiatów czy coś, wow”. W takim duchu wielu Japończków obchodzi tzw. yozakura, czyli „nocne” hanami. Z definicji powinna być to nocna kontemplacja kwiatów przy świetle lampionów, ale ile można na kwiaty patrzeć (zdjęcia dzięki uprzejmości Yui):

Oczywiście hanami ma także szerszy wymiar niż tylko jedzenie i picie. Mieszkańcy nierzadko urozmaicają posiedzenia grą na tradycyjnych instrumentach – wtedy naprawdę można poczuć klimat.

W Osace spotkałem się także ze znanymi także i u nas grupami etnicznymi, których występy gromadziły naprawdę sporo widzów. Chwytliwe, trudno się nie zatrzymać.

Kwitnące wiśnie są ozdobą każdego zrobionego w tym czasie w Japonii zdjęcia, budząc ducha fotografa w każdym kto trzyma w ręku choćby komórkę. Trudno nie ulec temu trendowi. Nie ma budynku, czy obiektu, którego zdjęcie nie byłoby przyozdobione na zdjęciu gałązką sakury, przy czym nie ma znaczenia czy to zamek, wulkan czy dworzec. Wszystko musi być obligatoryjnie „udekorowane”.

Mnie też się udzieliło, ale gwoli usprawiedliwienia, zdecydowana większość „ukwieconych” przeze mnie obiektów to budowle historyczne.

Zazwyczaj równolegle do powiedzmy „głównych obchodów”, toczy się cała gama atrakcji towarzyszących. W efekcie odnosi się wrażenie, że hanami to niemal niekończący się festiwal, w czasie którego każdy może odnaleźć coś dla siebie. Miłośnicy sztuki mogą na przykład podziwiać występy starojapońskiego teatru (no):

I w nieco dłuższej wersji:

Dla odmiany znacznie bardziej oryginalnie przedstawiały się występy tancerek w bardzo niejapońskim tańcu:

Natomiast Saigo byłby zadowolony widząc dzieci i młodzież w czasie turnieju najbardziej z kolei japońskiej z japońskich sztuk walki czyli kendo (tak, tak, to samo w którym Yui posiada 4 dan). Inna sprawa, że zapalczywość z jaką kilkuletnie maluchy krzyżowały shinai i nacierały na siebie jeżyła włosy na głowie.

Uczestnicy turnieju nie biorący w danym momencie udziału w walkach, intensywnie trenowali w dwudziestokilkustopniowym upale. Sens, na moje, średni, ale ja jestem z Europy:

 

Na koniec krótka historyjka z hanami w najstarszej stolicy Japonii, Nary

Przybyłem tam aby zwiedzić buddyjskie chramy i pałac cesarski. Miasto jest o tyle specyficzne, że po centralnym parku biegają swobodnie jelenie shika – nieco większe od naszych saren, porównywalne wielkością z danielami – o nich zresztą kiedy indziej.
W każdym razie jedna z dróg wiodących do przyświątynnego parku była zamknięta z uwagi hanami właśnie. Z drugiej strony widać było wyraźnie spacerujących turystów, ale mnie nikt wpuścić nie chciał. Grzecznie acz stanowczo informowano mnie że „ashita” (jutro). Ależ mnie wzięło…

W czasie mojej, mało subtelnej, próby forsowania przejścia „bokiem” …nikogo to nie obeszło. Okazało się, że park nie jest zamknięty, nie „nie chcieli mnie wpuścić”, tylko poinformować, że bramę dekorują, a „jutro” oznaczało, żeby przyjść i podziwiać następnego dnia, jak będzie oficjalny „hanami piknik”.

Kiedy w cywilizowany sposób w końcu zjawiłem się w parku i usiadłem na ławce, przysiadł się do mnie dziwak. Pomyślałem, że kolejny misiu, który chciałby poćwiczyć angielski, ale po wymianie pięciu zdań na krzyż, zorientowałem się, że jego angielski jest jakieś dwa razy lepszy od mojego i z pewnością treningu nie potrzebuje. Kiedy próbowałem wejść na „konwersacyjny” japoński, mój rozmówca w przeciwieństwie do większości Japończyków, zamiast wyrazić radość, że gaijin mówi coś więcej niż „arigato”, uciekał do języka Szekspira. Nie mam specjalnie wyczulonego słuchu, ale kiedy zdarzyło mu się powiedzieć dłuższą frazę po japońsku była ewidentnie „skażona” koreańskim akcentem.

Pierwsza myśl – „agent Kima”…
Druga – „agent Kima w czasie werbunku”
Trzecia – „agent Kima w czasie werbunku, trzeba spuścić wp…ol”
Pomyślałem, włączę aparat – będzie dowód, że moje działałanie było uzasadnione. I wtedy mój rozmówca sięgnął po coś do torby i zdradził mi, że… pisze wiersze.

Okazało się, że Hideo Asano (co sprawdziłem później w sieci) jest japońskim, acz prawdopodobnie koreańskiego pochodzenia, piszącym po angielsku pisarzem i poetą. Co ciekawe, wbrew pierwszemu wrażeniu, bardzo znanym. Podróżuje po świecie, zwiedza bardzo ciekawe miejsca, żyje w dość osobliwy sposób, a poglądy ma na prawo od Korwina. Tak więc dowiedziałem się między innymi, że obecnie Japonią rządzi banda złodziei, że wszyscy wszystkich okradają, że on nie ma możliwości by swobodnie tworzyć bo tak jest – jego okradają najbardziej. Co ciekawe, im dalej szła rozmowa, tym chętniej go słuchałem, bo facet był wbrew pozorom bardzo oczytany i niesamowicie inteligentny.

Hideo-san normalnie zarabia na sprzedaży swojej twórczości – najczęściej przez internet, bądź w drodze „direct marketingu” – czyli zaczepiając turystów i oferując im swoje wiersze. Teraz było trochę inaczej, bo po dwóch godzinach wspólnego siedzenia na ławce i konwersacji głównie na temat nuklearnych rajdów w ’45 (a tu poglądy mieliśmy zbliżone), po prostu mi zostawił tomik, niczego nie chcąc w zamian. Powiem, że różnych oryginałów spotykałem w Japonii, ale Asano-san był jedyny w swoim rodzaju. Jakieś pięć lat temu był podobno internetowy klub „Zaczepionych przez Hideo Asano”, goście z całego świata się wymieniali spostrzeżeniami, komentowali. Szkoda, że już nie działa.

Jak się hanami kończy… Cóż, nie dalej niż po miesiącu, płatki zaczynają gwatłownie opadać przekształcając się w tzw. „biały deszcz”. Wiśnie japońskie nie owocują (z reguły), więc o sakurze zapomina się do następnego roku.

A tak wygląda „schyłkowe” hanami na terenie parku w Himeji (znany z odcinka o zamkach).

Planowałem zakończyć znalezieniem idealnego kwiatu sakury. Może powiem tak, oglądałem ich wiele w wielu, wielu miastach, miasteczkach, parkach, ogrodach, wsiach i bezdrożach. I jestem skłonny przyznać rację Saigo, który zauważył tą zależność dopiero, kiedy przyszło mu odejść.

 

  • JC

    Mogę to czytać i czytać…. ciągle podoba mi się tak samo bardzo. Też bym chciała podziwiać na żywo.