Japońskie ciekawostki – część 1

Japonia jest niezwykle ciekawa i na tyle niepodobna do innych krajów, że cudzoziemcy często czują się tam jakby stąpali po obcej planecie. Wszystkie, w mojej ocenie, nietypowe i fascynujące sytuacje, zdarzenia, przedmioty itd. opisałem w kilkudziesięciu punktach, z którymi będziecie mogli się zapoznać w kolejnych odsłonach Japońskich Ciekawostek.

Zapraszam na część pierwszą (swojego czasu w skróconej wersji  opublikowanej na JoeMonster.org).

#1. Zakaz fotografowania w obiektach muzealnych

Typowa moralność Kalego. Japończycy są pierwszą nacją która oleje przekreślony aparat w Luwrze czy innym europejskim muzeum. Ale tu nie wolno zdjęć robić i już. W jednym z obiektów zapytałem wprost o powód. Usłyszałem że zakaz ma charakter ustawowy i ma na celu ochronę dziedzictwa kulturowego. Rzecz w tym, że owa ustawa działała bardzo wybiórczo. W jednych muzeach aparatu nie wolno nawet wyciągnąć, w innych zakaz dotyczy określonej ekspozycji, a w jeszcze innych można pstrykać do woli. Co ciekawe, w Narze, w której obowiązuje zakaz całkowity, pani z obsługi kazała mi nałożyć taką oto opaskę:

Napis głosi: Nara Kokuritsu Hakubutsukan (Muzeum Międzynarodowe w Narze).
To rodzaj immunitetu, dzięki któremu mogłem robić zdjęcia bez skrępowania.
Niestety w wielu innych obiektach zostawało jedynie strzelanie z „partyzanta”.

#2. Zakaz wchodzenia z tatuażem

W wielu hotelowych łaźniach, podobnie jak na niektórych basenach (w tym dużych aquaparkach), plażach, lunaparkach czy innych obiektach użyteczności publicznej, widnieją takie oto znaki.

Nie ma przy tym znaczenia czy jest to „yakuzowy garnitur” od stóp po szyję, maleńka róża na ramieniu czy delfin na kostce – sztuka jest sztuka – wstępu po prostu nie ma. Podchodzą do tych regulacji bardzo serio.

#3. Japonia tylko dla Japończyków

Do niektórych klubów, dyskotek, sklepów, restauracji, a czasami innych przybytków cudzoziemcy nie mają wstępu.

Wisi znak na zewnątrz i nie wejdziesz. Do innych z kolei możesz wejść tylko z japońskim opiekunem. Ani do takich, ani do takich mnie nie ciągnęło, ale gdyby ktoś chciał wyrazić swój żal, zawsze może napisać do Brukseli jaki jest dyskryminowany, Unia z pewnością nałoży na Japonię sankcje.

Aaa, przepraszam, są wyjątki. Jeśli jesteś dwudziestoletnią blondynką z atomowym biustem, najlepiej w towarzystwie siostry bliźniaczki o nimfomańskich skłonnościach, zakazy nie obowiązują.

#4. Tylko dla kobiet

– Mamo, chyba jestem w ciąży.
– Z kim?
– Nie wiem, nie mogę się obrócić.

Problemem w Japonii są „kolejowi molestanci”. Tokijskie (ale nie tylko) metro jest w godzinach szczytu zapchane ponad miarę. Pasażerowie są w wagonach upychani (czasami przez zawodowych upychaczy) co powoduje, że pojęcie strefy intymnej lekko się zawęża. „Molestant” absolutnie nie wyróżnia się z tłumu, niemal zawsze jest ubrany w garnitur, ma kamienną twarz w czasie „akcji” i zazwyczaj wie, że Japonka ze wstydu nie będzie robić hałasu.

Rozwiązano problem w ten sposób, że w niektórych składach przez cały dzień, a w niektórych tylko w godzinach szczytu, zostały wydzielone wagony tylko dla kobiet.

#5.Duma i umiłowanie tradycji

Japończycy są bardzo dumni ze swojego narodu i swojego kraju, z jego historii i dziedzictwa. Świadczy o tym choćby ilość i jakość odnowionych obiektów historycznych. W każdym takim miejscu, można się też zetknąć z cepeliadą…

…ale w naprawdę fajnym wydaniu.

W czasie wydarzeń takich jak turnieje yabusame, trudno znaleźć miejsce na widowni, a mimo iż w zawodach uczestniczyło mniej niż dziesięciu łuczników, to w poprzedzającej i kończącej turniej samurajskiej paradzie, wzięły udział dziesiątki przebierańców.

Ze współczesną historią jest nieco inaczej. Nie oczekujcie medialnego obrazu II wojny zgodnego z naszym. Pearl Harbour, Midway, Iwo Jima, Mandżuria, piloci kamikadze, żywe torpedy, pancernik Yamato i jego nie mniej potężni kumple, to miejsca, zdarzenia, ludzie i narzędzia które w japońskim wydaniu brały udział w konflikcie wywołanym przez bliżej nieokreślone siły. Bardzo specyficzne jest też podejście do innych nacji – chłodna uprzejmość wobec Koreańczyków i Chińczyków.

W przypadku Stanów Zjednoczonych widać rozdarcie. Z jednej strony Japończycy są zapatrzeni w USA jak w tęczę z drugiej nie mogą zapomnieć Hiroszimy i Nagasaki. To zdjęcie zrobiłem na jednej z uliczek w Kioto:

…w Hiroszimie lepiej takich flag na balkonach czy w oknach nie wywieszać.

Zaś co do Rosji, znajdującej się de iure cały czas w stanie wojny z Japonią, to relacje są zdominowane przez spór o kawałki zimnych, wulkanicznych skał zwanych Wyspami Kurylskimi, zamieszkałych łącznie przez dziesięć razy mniej mieszkańców niż sobie liczy Sosnowiec. Putin dla zasady nie odpuści, Abe gestów pojednania nie przyjmuje. Teraz jednak będzie ciekawie. Japończycy zaproponowali referendum na wzór Krymu. Zobaczymy czy „Kalemu zabrać krowa” też dobrze?

#6.Podejście do pracy

Polacy często się zastanawiają czy Japończycy pracują ciężko?
To źle postawione pytanie, trzeba by doprecyzować podmiot.
Czy japońscy pracownicy biurowi pracują ciężko?
Odpowiedź brzmi – to zależy. Na pewno (jako zbiorowość) pracują długo, nawet po kilka dni z rzędu nie wychodząc z biura i dosłownie śpiąc na klawiaturze, ale z moich obserwacji to Mistrzostwa Świata Pozorów.

(to zdjęcie „pożyczone” z sieci, ale mam niemal identyczne zrobione własnoręcznie; obiecałem jednak „modelom”, że go nie opublikuję)

Najważniejsza jest demonstracja przywiązania do firmy. Pracownik MUSI pokazać, że wypruwa sobie flaki, ręce po kolana urabia i że dla firmy oddałby ostatnią kroplę sake. Cholera wie, co ten wielomilionowy tłum w swych wielkich biurowcach całymi dniami robi – jedno jest pewne, w większości jest to kompletnie pozbawiona sensu nasiadówka. Próbowała nam (Jerome’owi z Francji i mnie) wytłumaczyć to Yuki-san, młoda tokijska architekt, ale szło jej opornie:

Cóż, średniomiesięczne wynagrodzenie wynosi tu ponad 630 tys. yenów (ok. 19 tys. zł). Chyba wielu naszych rodaków mogłoby w zamian za to spać na klawiaturze, wieczorami zalewać się do nieprzytomności i udzielać się w karaoke.

Oczywiście nic z tego co napisałem powyżej, nie dotyczy osób pracujących w fabrykach, w sektorze usług, w handlu czy „na swoim”. Tu gołym okiem widać etos i oddanie pracy. Wiek zdaje się nie mieć przy tym żadnego znaczenia.

A w taki sposób pracuje w Nagasaki rzemieślnik nad „kote” – elementem zbroi do kendo (początek filmu nieostry, sorry):

#7. Religijność

Bardzo trudno ten aspekt ocenić. Mieszkańcy Japonii z całą pewnością są uduchowieni, ale czy można określić ich terminem wierzący? Ująłbym to tak. Różnorakie świątynie stoją dosłownie wszędzie…

…zaś Japończycy powszechnie oddają cześć bogom, bóstwom i buddom, ale w nich nie wierzą. Stawiają kapliczki i pomniki (nawet postaciom na wskroś mitologicznym), bardzo chętnie i masowo uczestniczą w religijnych obchodach, ale nie widać w tym uniesienia. Wierzenia są specyficzną mieszanką buddyzmu zen, shintoizmu i animizmu.

Niezwykłą wagę przywiązuje się tu do różnorakich przesądów związanych z np. liczbami czy grupą krwi. Na przykład unika się wymawiania czy używania cyfry cztery. Dlaczego?

Dla Europejczyków trochę dziwnie wyglądają popularne tutaj buddyjskie symbole:

Ilekroć widziałem hakenkrojce to zawsze czułem się nieco dziwnie. Są wszechobecne w całej dalekowschodniej Azji (zdjęcie z prawej strony zrobiłem w koreańskim Busan). Zresztą swastyka jako symbol buddyjski jest powszechnie rozpoznawalny, ale zgłupiałem widząc np. takie kanji w Nagoi:

Tajna siedziba OseSSy? A może ktoś ma pomysł, co to może być? (Ja wiem :))

Oczywiście w Japonii obecne są wszystkie odłamy dużych religii monoteistycznych, przy czym specjalnie ze sobą się nie gryzą. Tu na przykład w jednym budynku znajdował się kościół katolicko-protestancki i synagoga.

Informacje z wikipedii jakoby religie monoteistyczne stanowiły (razem wzięte) tylko ok 1% populacji można między bajki włożyć. W przeciwieństwie do większości, „monoteiści” podchodzą do swoje wiary bardzo poważnie. Gołym okiem, szczególnie na południu widać wpływ, rolę i udział chrześcijaństwa. Zdjęcie poniżej zrobiłem w muzeum w Shimabarze. Przedstawia portret Franciszka Ksawerego (taki ichni Św. Wojciech), obok widać ilustracje wykonane przez dzieci z lokalnego przedszkola.

…jednego z wielu podobnych do tych ze zdjęcia poniżej:

Poza tym niezależnie od przekonań, czczeni są tu Japończycy zasłużeni w walce o chrześcijaństwo, tacy jak Shiro Amakusa, szesnastoletni przywódca chrześcijańskiej rebelii, krwawo stłumionej między innymi przy pomocy ninja w 1638 roku (na zdjęciu z lewej), czy Paweł Miki, jeden z 26 męczenników z Nagasaki, ukrzyżowany na rozkaz taiko Hideyoshiego (z prawej).

Jakiś czas temu krążył w sieci popularny mem, jakoby islam jest w Japonii był zakazany i tępiony, a za posiadanie Koranu groził areszt. Kto te brednie wymyślił? Islam nie jest tam specjalnie popularny, ale istnieje. Japońskich muzułmanów, czy raczej muzułmanki widać na ulicach (tu na zamku w Osace):

…Tokijski meczet Camii również zazwyczaj pustkami nie świeci.

Z drugiej strony, z uwagi na specyficzną mentalność mieszkańców, szansy na rozprzestrzenienie się islamu w Japonii dużej nie ma, ale prawne regulacje nie mają tu nic do rzeczy.

#8. Kurisumasu znaczy Christmas.

Skoro Japończycy są (w większości) zlaicyzowanym narodem postawionym na religijnej fasadzie, to czy obchodzą Boże Narodzenie? To w zasadzie źle postawione pytanie, bo raczej wszyscy wiedzą, że tak. Właściwie zadane powinno brzmieć: „w jaki sposób je obchodzą”.  Dwa słowa od Ojca Prowadzącego:

W zasadzie co można powiedzieć więcej? Niestety, nie było mi dane przebywać w Japonii dokładnie w czasie Świąt, ale w ich przede dniu, natomiast z relacji moich japońskich znajomych wiem, mniej więcej, jak potrafi wyglądać ostatni tydzień grudnia w Tokio. Cóż, jak na ojczyznę shinto, zagęszczenie bożonarodzeniowych ozdób, lampek, dekoracji, a także reniferów, choinek i przede wszystkim Mikołajów, już na początku listopada przekraczało średnią europejską, a nawet śmiem twierdzić, amerykańską. Wszędzie, na każdym kroku straszyły christmasowe potworki. To, na przykład, wejście do KFC w Nagasaki.

nagasaki - santa

…a w pobliżu Tokyo Sky Tree znajdowała się cała galeria istot santopodobnych:

A jak wygląda sam D-Day? Japończycy, jak już wiecie, nie otrzymują nawet dnia wolnego z tej okazji. Dzieci dostają prezenty, dorośli upominki, a młodzież czeka tylko aby wyrwać się do knajpy na, powiedzmy, wieczór „wigilijny”.  Tu następuje, znane nam już z innych opowieści, kompletne uwalanie się w trąbę, tylko jakby dwa razy bardziej. 25 i 26 grudnia japoński facebook pęka (nomen omen) od komunikatów o hidoi futsukayoi, znanych w Polsce jako „kace-straszliwce”.

A ten maluch o którego tak naprawdę w tym wszystkim powinno chodzić, przynajmniej w teorii? Większość i tak nie ma pojęcia o kim mowa. No, na co czekasz? Polej!

#9. Halloween.

Halloween to rdzennie japoński, starodawny zwyczaj, wywodzący się jeszcze od Ainów i przez wieki pielęgnowany i uroczyście obchodzony przez dwór cesarski, kastę bushi a także niższe warstwy japońskiego społeczeństwa.

hallo1

Gdyby ktoś nie zauważył sarkazmu to powyższe zdanie było nim wypełnione po brzegi.
Halloween tak naprawdę, jest kolejnym po Bożym Narodzeniu, Walentynkach czy Wielkanocy „świętem”, które w ciągu ostatnich 10 lat zostało zaimplementowane z sukcesem na wyspach. Powody są dwa: pierwszy – niezależnie od celtyckich korzeni, święto jest traktowane jako na wskroś amerykańskie, a tutaj jeśli coś jest amerykańskie, to koniecznie trzeba to zaadoptować. Drugi – obchody Halloween noszą w sobie olbrzymi potencjał marketingowy i komercyjny. Można je pięknie wykorzystać do drenażu portfeli na dobra „jednorazowego użytku”, których tak naprawdę nikt nie potrzebuje.

 hallo0

Dynie, gadżety a przede wszystkim parady, fantazyjne stroje, wymyślne makijaże i „tematyczne” imprezy – jest w czym wybierać (powyższe zdjęcie z telegraph.co.uk). Natomiast co ciekawe, z moich obserwacji, kompletnie pomijany jest tutaj element „trick or treat”

Halloween zaskoczył mnie w Osace. W pobliżu stacji metra opodal hostelu, nie dało się przejść, żeby nie zostać zaczepionym przez przebierańców. Błąkając się po centrum dotarłem do miejsca wyglądającego na galerię handlową. Kiedy przypadkowo wjechałem na ostatnie piętro dotarłem do… olbrzymiej halloweenowej przebieralni. Zabawne było to, że kondygnacja była oznaczona jako „women only”. Pomyłkę zauważyłem wprawdzie niemal od razu, ale i tak ciut za późno – nie mogłem się cofnąć, bo wąskie, ruchome schody wiodły wyłącznie „do góry”. Żeby piętro opuścić, musiałem przemaszerować między licznymi kabinami, firankami i zaintrygowanymi dziewczynami. Przed jednym z licznych luster, dwie „indianki” robiły właśnie próbę makijażu i koniecznie chciały się dowiedzieć czy mi się ich stroje podobają. Kiedy na pytanie skąd jestem, usłyszały że z Polski, strasznie rozbawione zaczęły pokazywać na swoje policzki.

hallo3

Zdjęcie zdjęciem, ale musiałem się szybko ewakuować.  Minąłem ochroniarza i doszedłem do schodów wiodących na dół:

hallo2

Kiedy schodząc na dół zobaczyłem jeszcze więcej dyń i usłyszałem płynące na przemian z głośników „White Christmas” i „Silent Night”, jako halloweenu motyw przewodni stwierdziłem, że najwyższy czas udać się na lotnisko 🙂

 

#10.Tania elektronika

 

Najbardziej znane światowe centrum RTV AGD nazywa się Akihabara. To dzielnica Tokio w której można znaleźć setki sklepów oferujących telewizory, monitory, komputery, tonery, tablety, washlety, lodówki, lokówki, konsole, pornole (sic!) i …wysokie ceny.

Znaczy relatywnie wysokie, ale jeśli naprawdę zamierzasz coś kupić, warto z portfelem udać się do Shinjuku, do sklepów BicCamera lub Yodobashi.

To dwie największe japońskie sieci sprzedające użytkową elektronikę. Raj dla miłośników gadżetów i różnych e-pierdół. Hasło tej drugiej sieci brzmiało: „jeżeli nie możesz czegoś u nas znaleźć, znaczy, że taka rzecz nie istnieje” i twierdzili, że przebiją każdą ofertę cenową.

I mała anegdota z tym związana.

Potrzebowałem aparat typu bridge (taki bardziej rozbudowany kompakt). Sprawdziłem w Polsce, cena ceneowo-allegrowa 1,6KPLN. W saturnach i „nie dla idiotów” jeszcze drożej. Rzuciłem okiem na yodobashi.com i wyskoczyło w przeliczeniu 1,1KPLN.

Zaczęliśmy jednak shop-trip z Yui Toratani od BicCamera. Pan był uprzejmy, po dziesięciu minutach rozmowy zszedł z ceną do poziomu ceny Yodobashi, którą zobaczyłem w internecie i dorzucił kartę 8GB gratis. Powiedziałem, że się zastanowię. Yui się zdziwiła czemu nie kupuję, przecież jest tak korzystnie.
„Watch me” mówię.
Wyszliśmy z Bic i pomaszerowaliśmy do Yodobashi. Wziąłem ten sam model aparatu do ręki i po chwli zjawił się miś. Poprosiłem towarzyszącą mi Yui o dosłowne tłumaczenie tego co mówię i …żeby ani nie mrugnęła okiem.
Miś zaczyna wstępną nawijkę:
– Ooooo, dobry aparat pan wybrał, on super zdjęcia robi i jaki fajny jest
– Wiem co to za aparat. Między nami to żadne cudo, ale dla moich potrzeb wystarczy…
– Ooooo, ale to dobry aparat, tu jak wcisnąć guziczek to nawet zdjęcia robi. Dooobre zdjęcia.
– Jezu… WIEM CO TO ZA APARAT! Byliśmy u konkurencji przed chwilą.
– Ooooo… Zaraz, zaraz. Co??
– W BicCamera byliśmy. I tamten pan nam chciał taki sam aparat sprzedać. Bardzo chciał…
– U nas lepsza cena!
– Może na kartce. W Bicu zeszli 10% poniżej tego co nam dajesz. – Yui zaczerwieniły się uszy.
– Niemożliwe, niemożliwe!
– Mówię jak jest. Przecież bym cię nie okłamał — Yui robi coraz większe oczy. No i kartę 32 GB dorzucił gratis – Yui spojrzała czy nos mi nie urósł.
– Nie… nie… To straszne! Zejdę 5%! Słowo, bardziej nie mogę. Kartę też dorzucę.
– Dla mnie to żaden interes. Yui, proszę, podziękuj panu.
– Nie róbcie mi tego… – wyszlochał sprzedawca.
– Dorzuć zapasową baterię — mówię — to wezmę.
– Ale bateria 5700 (ok. 170 zł) kosztuje!
– Yui…
– Dam baterię, Dam! Ale rabat muszę cofnąć.
– Daj baterię, dorzuć statyw i cofaj se co chcesz albo naprawdę wychodzimy – nie przestawałem kopać gościa po nerach, a Yui zaczęła robić notatki.
– Nie rób mi tego gaijin-san. Przecież jeszcze cały VAT ci zwrócą.
– Naprawdę? 23%?
– Eee… u nas jest tylko 5.
– To ma być VAT?? Tyś chłopie VATu nie widział! Donald z Vincentem dostaliby kolki ze śmiechu.
– Ale to i tak razem będzie – miś wali po kalkulatorze – 17% poniżej ceny wyjściowej…
– …z czego 5% to podatek, który w Bicu też by mi zwrócili, no i nie doliczyłeś statywu, więc nie przesadzaj.
Usłyszałem głęboki wdech.
– Bierzesz czy nie? – miś się wkurzył, znaczy negocjacje się skończyły.
Jak się można domyślić wyszedłem z aparatem, ekstra baterią, kartą (16 GB wprawdzie, ale zawsze) i statywem, a za całość zapłaciłem niewiele więcej niż wynosiła cena sklepowa samego aparatu.

Jakby to dziwnie nie brzmiało, nie cierpię się targować i zazwyczaj tego nie robię, ale zastanawiało mnie gdzie leży próg opłacalności sprzedaży japońskiego RTV w Japonii i ile przepłacamy w Polsce za dokładnie taki sam sprzęt. Cóż… wyszło na to że naprawdę dużo.

  • Madman

    Co do cen elektroniki to tak naprawdę tylko u nas, czyli w krajach bylego bloku wschodniego jest ona taka droga, gdyz nadal jest to towar luksusowy, czyli zarabia sie na sztuce a nie na masie. W krajach Europy zachodniej ceny są o wiele nieższe, nie mówiąc juz o wszechobecnych ofertach i promocjach.

    • Nagato

      Chociaż nie zawsze jest tak fajnie. Zeszłej jesieni poleciałem tam z nowym aparatem, ale bez zapasowego akumulatora. A, że w ciągu dnia w zasadzie zawsze zużywam jeden do zera i drugi mniej więcej w połowie, więc zakładałem, że pierwszego dnia w Japonii, taką dodatkową baterię sobie kupię. W teorii nic prostszego – aparat japoński, popularny zeszłoroczny model. Aha… w teorii. Idę do Yodobashi – nie ma, BicCamera – nie ma, inne sieci – to samo. Tokio, Osaka, Hiroszima – NIGDZIE! Okazało się, że części zapasowych do tego konkretnie modelu, w sklepach po prostu nie mają. Oryginalny akumulator wyłącznie na zamówienie (14 dni, cena = 1,5 x ceny polskiej), a generycznych nigdzie nie sprzedają. U nas i oryginalne i generyczne baterie do tego aparatu można dostać bez problemu.

      • pysiek

        Btw jakiego/jakich aparatów używasz?