Japońskie koleje

Czy można w pół dnia pokonać dystans równy odległości ze Szczecina do Rzeszowa  i to w dodatku w obie strony? Dlaczego Japończycy nie stresują się na peronach? Jak wciągnąć do fajnej gry nadętych pasażerów pierwszej klasy? Ponad 200 tys. odsłon na portalu JoeMonster i ponad 800 polubień. Nie mnie oceniać, ale czytelnicy nie mogą się mylić 🙂

Bez dwóch zdań najpopularniejszym środkiem transportu w Japonii jest kolej . Lokalny tabor składa się z pociągów-torped (superekspresów magistrali shinkansen, zwanych powszechnie „bullet-train”, pociągów ekspresowych i reszty. Przykro to pisać, ale porównując PKP do Japan Rail, nie ma nawet jednego aspektu, w którym bylibyśmy w stanie z nimi konkurować. To kompletnie inna liga. Zacznijmy od…

…czasu podróży.

Podróż najszybszym połączeniem kolejowym, między dwoma najbardziej oddalonymi od siebie miastami wojewódzkimi w Polsce (Szczecin – Rzeszów), zabierze panu Kowalskiemu niemal pół dnia. Dokładnie w tym samym czasie, pan Suzuki przejedzie pociągiem identyczny dystans z Tokio do Hiroszimy, w Hiroszimie odbędzie spotkanie, zje lunch i jeszcze zdąży do Tokio wrócić.

Pan Kowalski, wprawdzie, zapłaci trzy razy mniej, ale w relacji do oficjalnego, średniomiesięcznego wynagrodzenia brutto, pan Suzuki (20 500 zł) mógłby takich biletów kupić 35, a pan Kowalski (3 823 zł) tylko 19. Jak ma się polskie wynagrodzenie do ceny biletów japońskich – szkoda nawet liczyć, ale na szczęście istnieje możliwość by pan Kowalski podróżował po Japonii, płacąc za przejazdy znacznie, znacznie mniej.

Voucher

Planując wyjazd zakładałem, że będę sporo czasu spędzać w ichnich pociągach-torpedach i innych, często równie atrakcyjnych, lokalnych środkach komunikacji. Odżałowałem i korzystając z niskiego kursu jena, pozwoliłem sobie na jedną z niewielu ekstrawagancji — zakup vouchera na pierwszą klasę tzw. JR Pass Green. Może brzmieć nieco ekstrawagancko, ale tylko pozornie.

Voucher „green” nie jest wiele droższy od „nie-green”, a pozwala podróżować w naprawdę komfortowych warunkach, większością linii kolejowych oraz wieloma liniami metra, bez dodatkowych opłat. Co przede wszystkim daje JR Pass? Obniża uśredniony, jednostkowy koszt przejazdu do poziomu na który stać pana Kowalskiego (u mnie spadł do 40 zł), a o którym pan Suzuki może co najwyżej pomarzyć (voucher przysługuje wyłącznie cudzoziemcom). Warunek jest jeden – trzeba z niego intensywnie korzystać, inaczej będą to wyrzucone pieniądze.

Oto trzy głównej rodzaje kolei w Japonii.

#1. Shinkansen.

Trudno uwierzyć, ale pierwsze „torpedy” pojawiły się dopiero 50 lat temu. Nadmienię, że Japonia to w trzech czwartych górzysty, wyspiarski, stale „trzęsący się” teren, swojego czasu zdrowo przeorany przez amerykańskie bombowce. Jak im się udało (Japończykom, nie bombowcom) w pół wieku zbudować taką infrastrukturę nie mam pojęcia, ale faktem jest, że korzysta się z tego z niedowierzaniem i przyjemnością. Dzisiaj sieć shinkansen łączy większość ważniejszych japońskich miast od Hokkaido po Kiusiu. Jeżdżą, wbrew dość częstemu wyobrażeniu po torach, a nie po poduszce magnetycznej, rozpędzają się do 320 km/h i są absolutnie przepiękne.

Na wjeżdżające na peron i wyjeżdżające z niego „torpedy” można patrzeć bez końca. Jak dla mnie analogia do sceny otwarcia z „Powrotu Jedi” nasuwa się sama. Brakuje tylko buchającej pary, „imperial march” i tego misia w czerni.

Trasa shinkansen przebiega głównie wzdłuż wschodniego i południowego wybrzeża. Jest widokowo niezwykle urozmaicona. Z okien można podziwiać zarówno Pacyfik jak i góry, a także tradycyjną oraz nowoczesną zabudowę. Z uwagi na prędkość, nie da się specjalnie długo napawać danym widokiem, ale taka ulotność jest właśnie bardzo …japońska.

Z racji cen na bilety pierwszej klasy, zaporowych nawet dla Japończyków, bywało że w całym wagonie nawet w godzinach szczytu, siedziało pięć osób na krzyż. Byli to często cudzoziemcy – podobnie jak ja posiadacze Green JR Pass. Ten absurd (przeciętny Japończyk wagon ‚green’ ogląda jedynie z zewnątrz) lokalsów naprawdę irytował, ale myśmy nie narzekali. Bez voucherów raczej po Japonii byśmy sobie nie pojeździli, a już z pewnością nie tyle i nie w takich warunkach.

Typów składów jest kilka, chociaż na pierwszy rzut oka, wszystkie są do siebie bardzo podobne. W zależności od długości trasy i częstotliwości zatrzymywania, każdy pociąg jest oznaczony inną nazwą, np. na centralnej Honsiu są to Nozomi, Hikari i Kodama. Ich wyposażenie jest generalnie zbliżone, chociaż pociągi kompanii JR West i JR Kyushu, obsługujących południową i zachodnią część Japonii, są wyposażone lepiej niż obsługującej wspomnianą środkową część Honsiu, JR Central.

Zresztą fotele jak fotele. Większe wrażenie robią „shinkansenowe” łazienki. To japońskie przywiązanie do tradycji jest momentami fascynujące. Tu mały przegląd przybytków różnych typów i rzut oka na wagon.

Wróćmy na chwilę do pana Kowalskiego i pana Suzuki. Załóżmy, że ten pierwszy przyjechał tym razem z Warszawy do Krakowa (300 km), a drugi z Nagoi do Tokio (400 km). Powrót obaj planują koło godziny 17 – 18. Jakie mają opcje?

Cóż powiedzieć, w godzinach szczytu „torpedy” na trasach dalekobieżnych, jeżdżą częściej niż u nas tramwaje czy autobusy. Pan Suzuki nie musi ani specjalnie się spieszyć na dworzec, ani patrzeć na rozkład czy walczyć o miejscówkę (w dowolnej klasie).

Ale ok. Pan Kowalski trafił w końcu na dworzec w Krakowie i stoi z kompletem walizek na peronie. Przyjeżdża pociąg, powiedzmy nawet, że o czasie. Pan Kowalski wkurzony na maksa, spocony jak student przed sesją, biega szukając swojego wagonu i ciągnąc za sobą bagaż. Tymczasem pan Suzuki na dworcu w Nagoi, patrzy na bilet, idzie na peron i zawczasu …staje przed naklejką.

Drzwi jego wagonu zatrzymają się dokładnie na wprost z tolerancja rzędu 15 – 20cm.
Ciekawe, że niezależnie czy czeka się na superekspres czy na lokalny pociąg, wystarczy stanąć przy naklejce. Tak się zastanawiam… Rozumiem, że częstotliwość jazdy pociągów wymaga odpowiednich nakładów, że nasze składy potrafią i kilka godzin się spóźniać, ale czy, do jasnej cholery, tak ciężko jest wdrożyć pomysł aby drzwi wagonu zatrzymywały się w oznaczonym miejscu przed oczekującymi pasażerami? Ale co ja tam wiem. My, zamiast od podstaw, zaczynamy od pendolino…

Jeszcze słowo o dworcach (chociaż w zasadzie można by na ich temat napisać osobny artykuł, bo to temat rzeka). W dużych miastach są to zintegrowane centra komunikacyjne, łączące w sobie trakcje różnych typów, przez które w godzinach porannych i wieczornych przelewa się masakryczny tłum ludzi. Jak już idziesz z prądem, nie ma jak zawrócić, co staje się problematyczne, szczególnie jak człowiek gdzieś „zgubi” swój bagaż.

 

#2. Ekspres.

Ekspresy mają ambicję klasy wyższej, ale trochę nie te możliwości. Ambicja przejawia się kosmiczną sylwetką pociągu, miłą obsługą i nadmiernym ego niektórych pasażerów (o tym na końcu). Najciekawszą cechą ekspresowych wagonów „green” jest możliwość obserwowania drogi przez kabinę motorniczego. Taka sposobność istnieje też w osobówkach, ale bez dużych prędkości, to nie to samo.

A propos maszynisty. Zrytualizowanie pewnych czynności jest w Japonii co najmniej zastanawiające. Wielokrotnie obserwowałem misiów prowadzących pociąg przyglądając się w niemym zdziwieniu całej przebogatej gestykulacji, którą maszynista uprawiał, bo tak ma napisane w jakimś manualu. Do tej pory nie wiem, o co chodzi z tym wymachiwaniem ręką – pociąg zasuwał po nierozgałęziających się nigdzie szynach, a maszynista, cholera wie po co, pokazywał sam sobie kierunek. No jedzie gdzie jedzie, a gdzie ma nagle jechać? Do tyłu? 🙂

Jeśli chodzi o widoki za oknem, to ekpresy nie pozostawiają „bullet-trainów” w tyle. Tutaj przejazd przez jeden z dłuższych mostów kolejowych łączących wyspy Honsiu i Sikoku. O ile ma się jeszcze przyjemność podróżować w pierwszym wagonie, to słowo „wrażenie” nabiera nowej treści.

Wnętrza ekspresów wyglądają bardzo różnie. Od wypasu, przy którym shinkansen wygląda jak „train bieda edition”, poprzez salonki, na całkiem zwyczajnych przedziałach skończywszy. Generalnie bardzo fajnym patentem jest to, że fotele można ustawiać w zależności od potrzeb. Defaultowo są zawsze ustawione przodem do kierunku jazdy, ale jeśli podróżujesz w gronie, powiedzmy, czterech osób albo masz ochotę na „leżakowanie”, a przed tobą nikogo nie ma, można taki fotel (lub parę foteli) obrócić w swoją stronę. W „torpedach” również istnieje ten mechanizm, ale tam nie spotkałem się z sytuacją, aby poza obsługą, ktoś przy tym majstrował.

Wspomniałem na początku rozdziału o przerośniętym ego niektórych podróżujących w „green carach”. Bawiliśmy się razem w fajną grę (znaczy oni nieświadomie, ale przyznaję, że bardzo się angażowali). Zabawa nie jest może specjalnie błyskotliwa, ale jak człowiek był ciągle w biegu, bawiły go nawet takie drobnostki. Zanim jednak przejdę do rzeczy małe wprowadzenie. Podróż z JR Pass wymaga, aby do przejazdu bardziej wypaśnymi środkami lokomocji pobierać miejscówki. Posiadaczom voucherów są one wydawane nieodpłatnie w punktach Japan Raii (btw., zostaje fajna pamiątka) i muszą je okazywać wraz z JR Pass na prośbę konduktora.

Tak wyglądają przykładowe miejscówki (jedna z 2011, jedna z 2013) oraz fragment instrukcji którą otrzymałem w pakiecie. Dziękuję Japan Rail, bez tego nie wiedziałbym jak się w pociągu zachować. Zresztą chyba do końca nie wiedziałem…

Na czym zabawa polega. Już tłumaczę, zastrzegam jednak, że w superekspresach się nie sprawdza — goście są przyzwyczajeni i zazwyczaj jest tam sporo wolnych miejsc, ale w ekspresach lokalnych, w których wagony green są tańsze, przez co frekwencja jest zazwyczaj bliska stuprocentowej, działa prawie zawsze.

Otóż wpadam na ostatnią chwilę do wagonu, najlepiej z lekką zadyszką (dla podniesienia wiarygodności musiałem sprawiać wrażenie jakby w ostatniej chwili udało mi się dotrzeć na peron, co w moim przypadku było raczej normą niż wyjątkiem), a wyglądałem… no, dziwnie a już na pewno nie jak pasażer pierwszej klasy. Z plecakiem chyba cięższym niż ja sam, w bojówkach, bandanie, sportowych lub militarnych okularach itd… I tak pakuję się na sekundę przed odjazdem do takiego wymuskanego ą, ę, wagonu z osobistą stewardessą. Spojrzenia gości mierzących mnie wzrokiem – bezcenne. Patrzcie, patrzcie! BARBARZYŃCA! Nie dość, że gaijin to w dodatku popierdzieliły mu się wagony i narusza naszą świętą, biznesklasową, przestrzeń.
A ja chodzę w tą i tamtą szukając niby to wolnego miejsca, po czym rozsiadam się w fotelu na który mam rezerwację (o czym oczywiście współpasażerowie nie mają pojęcia). Pomruki rozlegają się wtedy wszem i wobec i wszyscy czekają na interwencję konduktora. Chociaż były dwa wyjątki. Raz, jeden z pasażerów nie wytrzymał i sam po niego pobiegł ze skargą, a innym razem w ośmioosobowej salonce, wyjątkowo arogancki misiu (na zdjęciu poniżej) warcząc, osobiście zwrócił mi uwagę, że TU JEST MIEJSCE TAK K… EKSKLUZYWNE, ŻE MAM STĄD S…Ć („spadać” znaczy)

No i wtedy zjawia się konduktor, cały na granatowo. Obrońca Urażonych Biznesmenów, Strażnik Moralnej Czystości Przedziałów, no Captain Ticket po prostu.

Dyskretnie się rozglądam i widzę wokół radosne merdanie ogonami: „zaraz wypieprzy gaijina i powietrze trochę się oczyści, chociaż i tak będziemy się musieli wagon i siebie dwa tygodnie dezynfekować ”. Konduktor z błyskiem w oku pyta uprzejmie (zawsze są uprzejmi): „pokaż mi to czego z pewnością nie posiadasz, a ja wykopię cię tam gdzie twoje miejsce” (w każdym razie jakoś tak mi to brzmi). Wtedy wyciągam swój voucher wraz z miejscówką. Ogony zamierają, a ja nasłuchuję stukotu spadających szczęk. A rozlega się niemal za każdym razem. „Jak to? Szefie, pan sprawdzi raz jeszcze… Jak to, ma bilet? Na świętą pierwszą klasę? To.. to… to coś? To niemożliwe! Gdzie mój nóż do seppuku?” i podobny lament (to też jakoś tak mi brzmi).
Ech, zawsze do stacji końcowej miałem ubaw z ich irytacji.

#3. Pozostałe (rapid, local, metro i inne).

Najbardziej przypominają europejskie czy nawet stricte polskie „jednostki”. Ale choćby łączyły tylko najbardziej zabite dechami dziury i tak wewnątrz upstrzone będą elektroniką (monitory LCD, komunikaty). Z drugiej strony także u nas staje się to powoli standardem. Takie pociągi, o ile są zwykłymi liniowcami nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale niektóre, jeżdżące w charakterystyczne miejsca, potrafią mieć ciekawą stylistykę.

A oto jeszcze trzy ciekawostki dotyczące „reszty”.

Piętrowe torowiska w Tokio – klimaty jak z Łowcy Androidów.

Stare, „poznańskie”, tramwaje w Nagasaki. Miasto może być high-tech, ale tradycja tradycją. Żadne tam tatry czy tramina. Tramwaj, jak te w San Francisco, musi być klimatyczny.

Porównanie widoku z rapida (taka szybsza osobówka) i „torpedy” na Fuji-san.

 

Mały wgląd na koreańskie podwórko.

Może trudno w to uwierzyć, ale przystanki metra w Busan są na wypasie jakiego w Japonii nie widziałem. Patrząc na zdjęcie poniżej można odnieść wrażenie że to jedna z witryn podziemnego ciągu handlowego.

Otóż nic bardziej mylnego. Kiedy pierwszy raz szukałem peronu metra, biegałem chyba ze trzy razy w górę i w dół po schodach, miotając przekleństwa pod nosem, w przekonaniu, że idiotyczne oznaczenia zamiast na oczekiwany peron, prowadzą mnie do ślepego zaułka wypełnionego ciągiem sklepików. A wystarczyło chwilę poczekać 🙂

Z zabawnych rzeczy. Po zwiedzeniu Busan, wybrałem się w drogę powrotną na prom. Pamiętałem, że wyjeżdżałem z portu zieloną linią, ergo muszę zieloną linią wrócić. Wpakowałem się na peron metra i zagadnąłem umundurowanego misia przy bramkach jak mam się „get to ferry”. Znajomość angielskiego jest niestety w Busan praktycznie żadna i misiu zrozumiał, o co mi chodzi, dopiero po małym przedstawieniu, w którym odegrałem di Caprio na dziobie Titanica. Uśmiechnął się ze zrozumieniem i mówi, że mam się kierować na coś co brzmi jak „żiansan”. Ok myślę, pewnie na tablicy będzie napisane Yangsan albo Jangsan. Cóż, okazało się, że pies jest pogrzebany właśnie w „albo”:

Dla świętego spokoju wydobyłem schowaną w jakieś zakamarki plecaka mapkę i wolałem dalej o drogę nikogo nie pytać.

  • uhawaii

    Gestykulacja ręką maszynisty to niezgłupie. Pracuję w japońskiej firmie w polandiszu i mam przyjemność obserwować japończyków przy pracy. Parę miesięcy temu mieliśmy kilku którzy przerabiali nam maszyny (kashifuji) pod nowe projekty i jak otworzył szafę sterowniczą to zanim wsadził tam łapy, żeby cokolwiek zrobić to z segregatorem zapisanym małymi krzesełkami odprawiał podobny rytuał.
    Wskazanie palcem to prawdopodobnie yoshi (czyli japońskie: dobrze). Każdą czynność i każdy element na trasie który ma sprawdzić potwierdza dłonią. Naszym maszynistom ,,budziki” muszą montować, a tam jak macha ręką nie zaśnie 😉 Podoba mi się ich podejście w takich kwestiach.

    • Nagato

      Dokładnie w ten sam sposób, ktoś wytłumaczył to w komentarzach na JM, co nie zmienia faktu, że jak się patrzy z zewnątrz, to cały ten rytuał wygląda zabawnie.:)
      PS. „Małe krzesełka” :)))

  • Kvasir

    A ja tak skojarzyłem fakt, że jak machnął ręką to pół sekundy po zakończeniu „siekierki” włączyła mu się wycieraczka 🙂