Kangur na Rafie

Klnąca Wróżka głośno westchnęła.
– W Australii jest pięćset gatunków zwierząt, które mogą cię zabić…
– O! To o połowę mniej niż myślałem – ucieszyłem się.
– …nie skończyłam k***a! Pięćset gatunków, które może cię zabić i drugie tyle, które najpierw cię zabije, a później wp***oli! Zanim popełnisz jakieś głupstwo, najpierw pojedziesz z Georgem.
Aborygen od dwudziestu minut przysłuchiwał się naszej kłótni i wyglądał na zmęczonego.

*************************
Hm, chyba jednak powinienem cofnąć się o kilka dni, a tak naprawdę podzielić opowieść na kilka części. W pierwszej będzie, jak zawsze, trochę nietypowo, trochę dygresyjnie, ale mam nadzieję ciekawie.

Część 1. Jak (niemal) stałem się prawdziwym Aussie.

Cairns to położone na północno-wschodnim wybrzeżu Australii miasto wielkości Sosnowca, może trochę bardziej rozległe.


Stanowi bazę wypadową do dwóch największych atrakcji stanu Queensland: Wielkiej Rafy Koralowej i lasu deszczowego. Przymierzałem się do obydwu, gdy pojawił się dość istotny problem. Otóż Australia okazała się cholerycznie droga i zdrowy rozsądek nakazywał wdrożenie programu oszczędnościowego. Z drugiej strony, skoro już tam byłem, żal było z czegokolwiek rezygnować. Wycieczkę do dżungli postanowiłem ogarnąć po swojemu, ale miałem świadomość, że na rafy sam się nie dostanę i wydatek mnie nie ominie.

 


Wielka Rafa Koralowa jest, jak sama nazwa wskazuje, wielka. Zajmuje 345 tys. km2, czyli o jakieś 30 tys. km2 więcej niż wynosi obszar Polski. Jej długość wynosi 2900 km, a szerokość od brzegu do szelfu sięga miejscami nawet 150 km (z Cairns jest to ok. 40 km). Niewątpliwy cud natury, mekka wszystkich których fascynuje podwodny świat.

 


Technicznie załapać się z Cairns na Rafę nie jest specjalnie trudno. W zasadzie gdzie nie splunąć trafisz na biuro, które zabierze cię w jej „najpiękniejsze miejsca”, gwarantując, a jakże, „niesamowite wrażenia”. Oczywiście wszystkie witryny są przyozdobione zdjęciami, przy których kadry z „Gdzie jest Nemo?” wyglądają jak czarno-biała kronika filmowa.

 


Niestety, kiedy dochodziło do konkretów, okazywało się, że większość ofert, szczególnie tych okazyjnych, to powszechnie stosowany na całym świecie, turystyczny „deer hunting”. Jeśli ktoś uważnie nie sprawdził, co tak naprawdę kryje się za „niesamowitymi wrażeniami”, mógł przeżyć co najwyżej nieciekawe chwile na …przybrzeżnym rumowisku:

 


Oglądałem takie zniszczone, zdewastowane wręcz rafy, w różnych zakątkach świata – widok jest przygnębiający. Lecąc do Australii chciałem zobaczyć coś, co będzie w stanie zaprzeć dech – widoki które spowodują, że z wody trzeba mnie będzie wyciągać siłą. Niestety ceny uczciwych rejsów w naprawdę ciekawe miejsca, mroziły portfel.

 


Gwoli jasności – żaden ze mnie ichtiolog. Wprawdzie na przekór unijnym dyrektywom, odróżniam rybę od ślimaka, ale nie mam natury kolekcjonera-zaliczacza. Podwodny świat fascynuje mnie z uwagi na swoją różnorodność, niesamowitą feerię barw i oszałamiający festiwal życia. A to, czy przesuwający się przed oczami spektakl, wypełniają hexacorallia czy aiptasia diaphana, nie ma dla mnie większego znaczenia.

 


Dzięki pośrednictwu uroczej dziewczyny z hostelu udało mi się znaleźć i wynegocjować naprawdę atrakcyjne warunki na rejs na Rafy Zewnętrzne.

 


Warunkiem niższej ceny miało być świadczenie okazjonalnej pomocy przy ogarnianiu sprzętu na pokładzie. Pasowało. Miałem stawić się w następnego dnia w porcie o 6.30.

 


Statek łącznikowy wypływał z Cairns i po drodze na rafy zatrzymywał się przy Fitzroy Island. Kilkoro Rosjan zeszło z pokładu, aby dwa dni byczyć się na wyspie reklamowanej jako „Raj na Ziemi”. Patrząc na plaże, roślinność i infrastrukturę sam wahałem się, czy nie darować sobie raf i również nie wysiąść.

 


Po dwóch godzinach przesiedliśmy się na statek docelowy, który nazywał się, jak to statek: Kangur Odkrywca. Załogę i pasażerów stanowiła mieszana, zawodowo-amatorska ekipa płetwonurków. Początkowo byli strasznie zdziwieni, że nie zamierzam korzystać z osprzętu do nurkowania, ale kiedy zobaczyli zawartość mojej torby z nietypowym wyposażeniem ich zdziwienie ustąpiło miejsca zaintrygowaniu.

 


„Urządzenie”, które trzymam w ręku to monopłetwa. Wynaleziona w 1969 r. przez radzieckiego hokeistę i pływaka, Borysa Porotowa, mimo niewątpliwych zalet, poza wąską grupą freediverów i finswimmerów specjalnie nie cieszy się popularnością. Dość, jeśli powiem, że ludzie od lat organizujący zawodowo wyprawy w okolice szelfu, właśnie u mnie zobaczyli ją po raz pierwszy na własne oczy. Sprzęt którego ja od lat używam wyprodukowała estońska firma Special FinsNie, nie sponsorują mnie – nie jestem czynnym zawodnikiem, a firma jest zbyt mała i niszowa, ale mają bardzo fajne podejście do klientów. Serdecznie od siebie polecam jej produkty, jeśli ktoś chciałby spróbować.

 


Wiele lat temu uprawiałem amatorsko freediving. Niestety młodzieńcza fantazja (czytaj: brak rozsądku) spowodował, że wdałem się w absurdalny pojedynek z pewnym Egipcjaninem, w stylu kto pierwszy sięgnie coś tam z dna. W pośpiechu zbagatelizowałem equalizację (wyrównanie ciśnienia) i doznałem poważniejszego urazu. Skutki niestety ciągną się do tej pory i umożliwiają mi (w teorii) jedynie powierzchowne nurkowania.

 


Kapitanem Kangura jest Jason. Wypisz wymaluj stereotypowy model Australijczyka: wysoki, blondo-rudy, wiecznie spalony na czerwono, sympatyczny koleś. Reszta załogi wydaje się być z wyglądu nieco bardziej kosmopolityczna, ale poza jednym Samoańczykiem, też sami Aussies.

 


Pływamy tak już drugi dzień od rafy do rafy, ale cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że traktują mnie jak turystę. Cholera, mimo przeciwwskazań nurkuję bez sprzętu głębiej niż wielu z nich z akwalungiem, wykonuję podobne obowiązki na pokładzie co reszta ekipy, niby jest fajnie, ale wyczuwam barierę. Doszedłem do wniosku, że na przeszkodzie stoi mój akcent, przez który traktują mnie jak obcego.

 


Postanowiłem to zmienić. Spędziłem wieczór na analizie niuansów i doszedłem do wniosku, że znalazłem klucz. Otóż żeby mówić po australijsku należy:
a) ułożyć zdanie w mniej więcej poprawnym angielskim,
b) usunąć wszystkie zbędne samogłoski, czyli większość,
c) usunąć 30% losowo wybranych spółgłosek,
d) wymawiając końcówkę zdania, należy ją podkręcić by zabrzmiała jak przestrojone radio,
e) całość należy wyrzucać z siebie na ostatnim wydechu, jakby się wypluwało płuca,
f) WAŻNE – co trzecie słowo a już na pewno na końcu zdania, niezależnie od tego czy to pytanie czy odpowiedź, MUSI paść „buddy”, „mate” lub „man” – koniecznie wydłużone.

 


Trzeciego dnia przypłynęliśmy do Trzech Sióstr – fantastycznych raf na pograniczu szelfu. Pobudka o 5:00 na przedśniadaniowe nurkowania. W czasie odprawy, Jason powiedział, że na zboczu jednej z Sióstr znajdują się ukwiały, w których mieszka mnóstwo błazenków (ślicznych rybek znanych z wspomnianego wyżej „Gdzie jest Nemo?”). Nie udało mi się wcześniej na nie natrafić, więc postanowiłem zabłysnąć akcentem i długo szlifowanym wcześniej zdaniem.

 


Po polsku brzmiałoby to tak:
„Jason, a gdzie mogę znaleźć te fajne błazenki?”
Po angielsku tak:
„Jason, where can I find those funny clownfish?”
Gotowy na spotkanie z prawdą, nabrałem powietrza, wypuściłem je z siebie i na wydechu rzuciłem coś zabrzmiało tak:
„Jsn, whe k’na fa ths f’kin claufsh…”
Australijczyk spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Czegoś zapomniałem, jeszcze ułamek sekundy i stracę cały efekt. WIEM!
Na kompletnej rezerwie zameczałem jak zarzynana koza: „…meeeeeee…n?”
Jason uśmiechnął się szeroko. Zrozumiał.
Byłem jednym z nich…

 


Na czym to ja skończyłem?
Aha, „Jason uśmiechnął się szeroko. Zrozumiał”.
Po czym odpowiedział, a zabrzmiało to mniej więcej tak:
„Sec sis meeen, trn le thn ra flw th f’kin wa meeen dau th gri rau meeen an fa th plc meeen.”
Yyyy?

 


Chyba jednak nie byłem jednym z nich :((
Zapomniałem, że komunikacja musi działać w obie strony. Spuściłem skromnie oczy, westchnąłem i powolutku w „british” zapytałem, czy mógłby powtórzyć to raz jeszcze, ale tak jak dawniej 🙂

 

 

Powyższe obrazki w wersji filmowej wzbogaconej o muzyczny podkład, można o tutaj obejrzeć w krótkiej kompilacji:

 


Przepraszam za jakość podwodnych zdjęć, ale wszystkie są stopklatkami z filmów.

*********************

Chętnych zapraszam na część drugą, w której poznamy m.in. Klnącą Wróżkę i nieco bliżej samo Cairns. Wejście TUTAJ.

Nowa zagadka:

Dzisiaj tematem przewodnim była Australia, więc zagadka będzie australijska.
Pytanie jest proste i brzmi: co to jest? Gwoli jasności – Google podaje odpowiedź od razu, ale spróbujcie sami na to wpaść.

 

  • Pingback: Wróżka z Cairns | NAGATO()

  • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

    ..jest i homopletwa 😉

    • Nagato

      Musiałeś, nie? No kurczę męczyło… 🙂

      • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

        homopłetwa zasługuje na osobny artykuł – zgodnie z wcześniejszą klasyfikacją która kiedyś pojawiła się na facebooku 😉

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Hm, ta monopłetwa jak rozumiem dodaje większej prędkości dzięki powierzchni?

    • Nagato

      To temat na trochę dłuższy wykład lub dyskusję (gdyby się ortodoksyjny bi-płetwowiec zaczął wypowiadać). Generalnie, monopłetwa nie powoduje wstecznych turbulencji, dzięki czemu nawet przy podobnej powierzchni jej efektywność jest znacząco większa niż dwóch płetw. Oczywiście nic za darmo – szybkie pływanie w mono wymaga nieporównywalnie więcej siły – ergo konsumuje więcej energii. Dodam jeszcze jako ciekawostkę, że rekord świata na 50 metrów z monopłetwą wynosi coś koło 12 sekund (mój rekord jest… niewiele gorszy :))

      • http://bwotr.pl/ Bookworm

        Dzięki, to już jestem mądrzejszy. Ale moja niepoprawna wyobraźnia właśnie wyświetliła mi przed oczyma poprawioną wersję filmu Navy Seals (komando foki jako rzecze geniusz tłumacz) – specjalsi spierniczają w kierunku morza,pod ostrzałem, po wykonaniu misji, zbiegają z plaży do wody, nerwowo wkładają monopłetwę i skaczą obunóż w kierunku głębi 😀

  • MMBK_1

    Po przeczytaniu tego reportażu dochdzę do wiosku , że nie wiedziałam iż „antypody” mogą być aż tak ciekawe i naturalnie piękne . Gratuluję obserwacji i umiejętności jej przekazania – brawo!

  • T

    Hej Nagato. Wybieram się za kilka dni do Cairns. Jest jakaś rafa albo firma która szczególnie polecasz?

    • Nagato

      Hej 🙂 Hm, nie mam za bardzo porównania, ale gdybyś chciał załapać się na ekipę z którą ja podróżowałem, szukaj w internecie po nazwie statku (Kangaroo Explorer). Co do raf, tak jak napisałem, jeśli chciałbyś zobaczyć coś unikalnego, płyń w stronę szelfu. W artykule jest mapka z nazwami, te na żółto, to rafy które odwiedziłem. Warto! Raczej unikaj tańszych ofert organizujących wyjazdy blisko brzegu, chyba, że to dla Ciebie „rafowy pierwszy raz”, to spodoba Ci się nawet tam. Nie życzę fajnych wrażeń …bo te masz w pakiecie. Nie ma możliwości, aby (w okolicach szelfu) Wielka Rafa nie zachwyciła.

      • T

        Dzięki Nagato! Po takiej odpowiedzi, nie pozostaje mi nic innego jak tylko odliczać godziny do wyjazdu! PS. Japonia, Australia, Hawaje – idealnie trafiasz w mój gust. Trzymam kciuki za bloga i czekam na kolejne relacje!