Keine Grenzen…

Na lotnisku w Honolulu byłem wszystkiego dwa razy. I dwa razy wszedłem na grabie. 
Ale wina zazwyczaj leżała po obu stronach.
I tego się będę, kurna, trzymał. 

#1. Przylot.

– Aloha, welcome to Hawaii! – uśmiechnięta kobieta witała tak każdą osobę wychodzącą z „rękawa”.
– Paszport, ku*wa… – czy coś w tym stylu wymruczał latynoski strażnik na kontroli granicznej. Chyba źle zacząłem naszą znajomość, rzucając chwilę wcześniej „heloł mejt!”. Podaję mu to o co prosił. Strażnik, nie bardzo wiem czemu, próbuje zdjąć owijkę. Idzie mu opornie, szarpnie jeszcze ze dwa razy i cała książeczka się rozleci.
Staram się przywołać możliwie przyjazny uśmiech na oblicze, równocześnie wyciągając rękę:
– Daj ać ja pobruszę, a ty poczywaj.
Zirytowany latynos rzuca paszport w moją stronę. Zdjąłem owijkę i wciąż szczerząc się jak jakiś Nicholson, podaję mu dokument raz jeszcze. Miś przegląda go kartka po kartce. Mimo, że paszport wygląda jak komiks od pieczątek z całego świata, strażnik wie, że to podstęp i że tylko czekam, aby wjechać i zostać w USA na stałe.
– Kiedy wyjeżdżasz ze Stanów? – warczy.

Granica
Nosz ty bucu, kiepsko się ta nasza znajomość rozwija. Ja tu z otwartym sercem a ty tak? Przyszły mi do głowy trzy odpowiedzi:

1. „Takie z Hawajów Stany jak z Krymu Ukraina, więc nie przesadzaj stary”.
2. „Jakby twoja matka kiedyś szczerze odpowiedziała, to byś dzisiaj sprzedawał burito na przedmieściach Acapulco, więc może darujmy sobie te gierki”.
Niestety wybieram najgorszy wariant:
3. „Nie mam pojęcia. Jak mi się spodoba, to pewnie trochę tu zostanę”.
Naprawdę tak powiedziałem.

Strażnik powoli zdjął okulary i podniósł głowę. Wyraz jego oczu… w zasadzie to były trzy wyrazy: „ja chyba śnię…”
– Marie!  – woła jakąś niską, ciemnoskórą koleżankę przy tuszy – wariat przy „trójce”.
Officer Marie podchodzi i staje koło misia. Zaczyna cicho, po czym przechodzi w alty i soprany.
– Czy masz bilet powrotny? Nie! GDZIE MASZ, KUWA, BILET POWROTNY? KIEDY WYLATUJESZ? KIEDY OPUSZCZASZ NASZ PIĘKNY KRAJ? OOOOH, SAAAAY CAN YOU SEEE…
– No rozchodzi się o to, że nie mam biletu, bo ja najpierw trochę tutaj chciałem, trochę tutaj, później może tutaj…
Marie prawie się zapluła, strażnik też tracił cierpliwość.
– Tu masz usiąść i zabukować bilet powrotny. I w zębach, rozumiesz, w zębach przyniesiesz mi rezerwację, bo jak nie to ci przypierdolę taką pieczątkę, że pięć lat Manhattanu nie zobaczysz!
Oczy mi się zeszkliły.
– A… a… wylot… może być …z Kanady? – zapytałem cichutko.
Marie ze strażnikiem wymienili spojrzenia. Patrzyli podejrzliwie, ale doszli do wniosku, że chyba nie da się wylecieć z Kanady do Europy nie opuszczając wcześniej USA. Łaskawie się zgodzili.
Drżącymi palcami zacząłem wklepywać lot powrotny do telefonu.
– Aloha – usłyszałem kwadrans później. Marie próbowała się uśmiechnąć.

 

#2. Wylot.

Hawaje tour zakończyłem na Big Island. Z lotniska w Hilo, lot do San Francisco, przechodził transferem przez Honolulu.

MAPKA HAWAJE

Zatrzymajmy się jednak na chwilę w Hilo.
Tu wszystko jest po hawajsku, znaczy nadrzędną zasadą jest coś w rodzaju kompletnego olewu. Hawaiian Airlines to lokalne linie lotnicze. W zasadzie ani to „regular” ani „tanie linie”, takie nie wiadomo co. Najpierw co pięć minut nawijają przez głośniki, że bagaż „pokładowy” MUSI się mieścić do „rozmiarówek” bo jak nie to w ryja, po czym nikogo nie interesuje co na pokład wnosisz. Ważne, żebyś wcześniej sam zarejestrował i opłacił bagaż główny.
Jako, że samoobsługowy automat trochę mnie przerażał, poprosiłem o pomoc panienkę w hawajskiej koszuli.
– Gdzie lecisz?
– San Francisco.
– Bagaż?
– Trzy sztuki, właściwie jedna.
– Jedna? Ok, 25 USD. Oto twoje karty pokładowe. Lot do Honolulu masz o 11.06, odprawa o 10.46, bramka 6. Lot z Honolulu do Frisco jest eee… nie wiem dokładnie o której, odprawa o 13.35, ale na wszelki wypadek bądź 20 minut wcześniej. Aha i nie mam pojęcia z której bramki, więc pierdyknęłam ci takie fajne „iksy” w miejsce numeru. Sobie sprawdzisz na miejscu, będzie gucio.
– Yyy… jasne. Miejsce 20C… ok. Ale 26J? Przecież to ostatni rząd…
– Och, nie panikuj. Ostatnie miejsca są równie bezpieczne jak pierwsze.
– Ale siedzenia się nie rozkładają.
– Jezu… to nie jest ostatni rząd. Jest ich tam jeszcze drugie dwadzieścia. Coś jeszcze? Nie? To aloha!

boarding pass

Wylądowałem w Honolulu. Prawdziwe lotnisko – gigant. Między bramkami są nawet i kilometrowe odległości  i co kwadrans kursuje busik. Sprawdzam na tablicy – lot do San Francisco, godz. 13.55, odprawa 13.15, bramka 7. Jestem przy 60, dopiero minęło południe, mam czas. Wsiadam w ów busik i po kilku minutach jestem przy „siódemce”. Coś zjadłem, poczytałem, rozpoczyna się „boarding”. Kolejni pasażerowie podają karty pokładowe i przechodzą:
Bip…
Bip…
Bip…
Grrrrrr….
To moja.

– Coś nie tak? – pytam misia, widząc, że wyświetliło mu się coś na czerwono.
– Wszystko ok, idź dalej, bo ruch tamujesz!
Wszedłem na pokład samolotu. Rząd 26. Faktycznie pośrodku. Z lewej miejsca DEF z prawej ABC. Nie ma J. Patrzę na kartę – jak byk 26J. Stoję i myślę. Cały rząd 26 pusty. Usiąść, nie usiąść?
– W czym mogę pomóc, sir? – starszy steward widzi moje wahanie. Podaję mu kartę.
– Honolulu, San Francisco, zgadza się. Sorry, sir, ale tu nie ma miejsc „J”. Coś popierdzielili w Hilo pewnie. Zaczekamy, jak nikt nie przyjdzie to sobie tu klapnij – wskazuje wolne miejsce w rzędzie „A”.
Zgłupiałem.

26j

Przecież to nie podmiejski autobus!  Jak mają taki burdel, to gdzie poleci mój plecak? Stewarda coś chyba tknęło, poszedł gdzieś zadzwonić. Po chwili przychodzi inny, wyluzowany, o aparycji Chrisa Rocka i takimże poczuciu humoru…

 

81330113-comedian-chris-rock-gives-a-press-conference-on-june-2.jpg.CROP.promovar-mediumlarge

 

…i mówi, że to chyba …nie mój samolot.
Chwila, kuwa, moment…
– Na granicy wzięliście ode mnie odciski palców, komplet zdjęć, skan tęczówki i Bóg wie co jeszcze. Macie najdoskonalsze na świecie systemy weryfikacji, obsesję na punkcie bezpieczeństwa i mówisz mi, że bez problemu wszedłem na pokład niewłaściwego samolotu?
– Yyy… Welcome to Hawaii, man!
– To nie jest śmieszne! Jeśli to nie mój, to gdzie jest mój? Ile ich leci o tej samej godzinie do SF, do cholery? – zacząłem się lekko pocić.
– Pojęcia nie mam, dwa, może trzy. To jest linia United, a ty masz lot Hawaiian. Sorry, musisz wyjść, ale spoko, pójdę z tobą. Na kontroli sprawdzimy raz jeszcze.
Patrzę na zegarek: 13.30. Utknęliśmy w korku, korytarz samolotu zapchany. Wszyscy włażą, nikt nie wychodzi, tylko my. Gwoli jasności – przeciętnego Amerykanina w wąskim przejściu nie ominiesz. Jeśli nie usiądzie, nie przejdziesz. Pech chciał, że tych „przeciętnych” było nieprzeciętnie dużo. Powoli przebijamy się do „rękawa”. 13.35, mój stres ewoluuje w lekką panikę.

Biegiem do stanowiska kontroli. Raz jeszcze podaję kartę.
Grrrr….
Wyświetla się ten sam czerwony prostokąt co poprzednio. Pochylam się w stronę ekranu:

PASSENGER MR. SZYMON CHARKIEWICZ
I poniżej:
NOT LISTED ON THIS FLIGHT

K***a mać! To samo wyświetliło się piętnaście minut wcześniej, tylko miś olał komunikat.
„Welcome to Hawaii…”
13.45. Na drżących nogach podchodzę do tablicy. Szukam „mojego” San Francisco. Jest. Hawaiian Airlines. 14.15 i migające: „boarding.” Chris bierze mój pass i dopisuje długopisem pod „iksami” liczbę 34.
– To twoja bramka man. Trochę eee… daleko. Mam nadzieje, że szybko biegasz.
Jestem przy „siódemce” w innym terminalu. Busik odjechał, następny za kwadrans. Odległość: 25 minut spacerem.
Steward widzi moją irytację, wzdycha i każe mi biec za sobą w jakąś boczną, lotniskową, alejkę. Po chwili macha ręką i z zatoczki wyjeżdża bus „rezerwowy”.

 

Zdążyłem.
Taka niby drobnostka a cieszy 🙂

 

 

 

  • Pingback: Stopy, funty, galony i uncje – historia (nie do końca) prawdziwa :) | NAGATO()

  • Hubert

    fajne aż się cytat narzuca „ale tu macie burdel siostry w Archeo.”

    • Nagato

      Szatnia z „Misia” i kopalnia z „Seksmisji” – dwa naturalne skojarzenia które nasuwały się automatycznie. 🙂

  • http://www.idziesiec.pl/ iDziesiec

    „Takie z Hawajów Stany jak z Krymu Ukraina” 😀

    • kazziz

      a tak się zastanawiałem, czy się nawzajem czytacie. Jak będzie jakiś zlot blogerów to każden z Was ma u mnie duże, dobre piwo…

      …o ile Nagato wróci po wszystkich przygodach do Ojczyzny a iDziesięć dojedzie swoim Matizem. 😉

      edycja: okej, Nagato dostanie piewszy na Magnificonie 😉 i10, przybywaj!

      • Nagato

        Ja po prawdzie głównie po Ojczyźnie jeżdżę, a (zazwyczaj w okolicach jesieni) jedynie się wyrywam na kilka tygodni.
        A i10 z niesłabnącym uwielbieniem czytuję od prazawsze. 🙂

    • Grzegorz Pudełko

      Może też napiszesz coś ciekawego. Niedziela się kończy a tekstu nie ma. Słabizna ostatnio.

      • Nagato

        A wiesz jak to ciężko się zmobilizować? 🙂

    • Nagato

      Chociaż ktoś docenił moje kunsztowne porównanie 🙂
      Dzięki Mistrzu 🙂

  • therion

    Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? Welcome to Hawaii man 🙂

    • Foxtrot

      „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi? Welcome to Hawaii man :)”

      Aż się usmarkałem ze śmiechu 😀

    • Nagato

      Tak mniej więcej to wyglądało 🙂

  • bmilewski

    Ten artykuł pisałeś chyba mocno pijany. Pamiętaj nie pisz po pijaku. Tyle błędów i jakiś dziwnych słów, że momentami ciężko rozumieć o co chodzi..

  • Cirron

    Na hawajach mają tak luźne podejście, że zrobili nawet 737-200 Cabrio
    http://www.tailstrike.com/Photos/Aloha%20243%202.JPG

    • Nagato

      Kojarzę zdjęcie nie kojarzę wydarzenia. Co się tam stało?

      • Cirron

        Katastrofa lotu Aloha Airlines 243. 28 kwietnia 1988 W trakcie lotu doszło do dekompresji, z powodu pęknięcia poszycia wywołanego zmęczeniem materiału i korozją. W wypadku zginęła szefowa pokładu, która została wyssana z samolotu, jednak piloci zdołali wylądować awaryjnie.
        Do zaistnienia wypadku przyczynił się nietypowy sposób użytkowania samolotu (krótkie trasy, duża liczba cykli pracy przy hermetyzacji kabiny, mała liczba godzin) oraz agresywne środowisko (słona morska woda).
        Generalnie jeden z modelowych przypadków omawianych przez studentów lotnictwa, zaraz po czarnej serii De Havilland Cometa.
        Zawsze jak, ktoś użyje słowa „Aloha” to mi się z tym kojarzy. No cóż takie zboczenie zawodowe.

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Patrz pan jak to bycie biegaczem czasem procentuje. Z tym przepuszczaniem delikwentów na inne loty to tacy Belgowie nie lepsi. Stał taki gość przede mną – podał bilet, BLIP i poszedł schodami do przejścia do autobusu. Jakieś 10 pasażerów później rozległ się rozpaczliwy ryk obsługi „seeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeer”. Wszystkie lordowskie mości posłusznie się zatrzymały a obsługa pogalopowała zawrócić pasażera lecącego do innej europejskiej stolicy 😉