draft dzungla1

Lasy (nie całkiem) deszczowe

Australijczycy w zasadzie nie używają terminu dżungla, mimo iż owa dżungla porasta niemal całą północną część kontynentu. W oficjalnej i zwyczajowej terminologii to po prostu las deszczowy. Na szczęście w czasie mojej wizyty, niemal przez cały czas świeciło tam słońce.
Przepiękne, urzekające wręcz, miejsce. 

Zapraszam na ciąg dalszy opowieści z Cairns.

#1. Stereotypy


Dzięki pomocy Klnącej Wróżki (o tym w kolejnej części), udało mi się podczepić za symboliczną opłatę do jakieś wycieczki na Przylądek Kłopotów. Miałem swoją wizję tej eskapady i musiałem się do niej przygotować. Dotarłem do bramy hostelu i na chwilę zawiesiłem wzrok na ślicznej blondynce niosącej naczynia do kuchni.
Dziewczyna przykuwała uwagę swoją nietuzinkową urodą. Przypominała nieco „tą trzecią ze SketchSHE”. Taka Australijka taka. Może ciut za wysoka, ale niezwykle zgrabna. Cicho westchnąłem i skierowałem się do recepcji.
– A któż to wrócił? Udało ci się coś znaleźć, maaan? – zapytał Steve Wyluzowany Recepcjonista.
– Aha, z samego rana mam zbiórkę. Nie widziałeś gdzieś Joela?
– Rano wyjechał, maaan. Ale będziesz miał dwie nowe współlokatorki z Niemiec. Helgi.
Hehe. Czyli na mało urodziwe mieszkanki zza naszej zachodniej granicy, na antypodach mówi się tak samo jak u nas. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem pięść.
– Żółwiiik…
Australijczyk szeroko otworzył oczy. W tym momencie Trzecia ze SketchSHE weszła do recepcji, uśmiechnęła się z zakłopotaniem, zabrała plażowy ręcznik i wyszła. Na chwilę znieruchomieliśmy.
– O, to właśnie była Helga – ocknął się Steve.
– Ja p… – mruknąłem. Steve przybił żółwika, chociaż odniosłem wrażenie, że mylnie zinterpretował moje intencje.

Wieczorem wchodzę do pokoju. Na sąsiednim łóżku Piękna Helga czyta jakąś powieść. Po przeciwnej stronie jej imienniczka, znacznie bardziej stereotypowa Niemka, bawi się smartfonem.
– Hi girls! – rzucam wesoło, jednocześnie walcząc ze sobą, aby nie unieść wyprostowanej prawej ręki.
– Aha – mruknęła blondi, nie odrywając wzroku od kartek. Druga dziewczyna obdarzyła mnie czymś w rodzaju uśmiechu.
– Cześć. Jestem Helga, to też jest Helga. Przyleciałyśmy z Niemiec.
– O! – udaję zaskoczenie – to jesteśmy, jakby, sąsiadami. Szymon z Polski.
Piękność oderwała się od książki i spojrzała na mnie swymi błękitnymi oczami. Błyskawicznie wciągnąłem brzuch, napiąłem mięśnie, opuściłem jedną brew i lekko przymrużyłem oczy. „Aha, znaczy kręcą was słowiańskie klimaty?”.
Helgi zamieniły ze sobą dwa zdania. Słabo znam niemiecki, ale ten dialog zrozumiałem:
– To ja może pójdę po kod do sejfu.
– Dla mnie też weź.

#2. Droga do Cape Tribulation.

Busik podjechał wczesnym rankiem. Byłem świetnie przygotowany. Plecak, zapasowe ciuchy, pakiet repelentów, apteczka, bielizna i skarpetki tkane według kosmicznych receptur, hamak z tarpem, jakieś cztery litry wody, proteinowe batony, kompas, GPS z powerbankiem, trekkingowe buty, dwa ręczniki z mikrofibry i cholera wie co jeszcze. Nasz przewodnik i kierowca w jednym, aborygen George, popatrzył na mnie lekko zdziwionym wzrokiem, ale nic nie powiedział. Wsiadłem do busika. W środku jakieś kilkanaście osób, a wśród nich: Drętwy Gościu, Niunia z Psiapsiółką, Starszy Obieżyświat, Niunia Samotna, Pokłócona Para i Sympatyczny Luzak czyli klasyczny WZS (Wycieczkowy Zestaw Standardowy). Ruszyliśmy w ponad dwugodzinną podróż w stronę Przylądka Kłopotów (Cape Tribulation).

George zabawiał nas po drodze aborygeńskimi legendami. Coś jak bracia Grimm zmieszani z Parandowskim, ale na permanentnym haju. Schemat opowiastek był zazwyczaj taki: ona i on mają się ku sobie, ale ciągle coś im staje w poprzek. Najczęściej nie mogą być razem bo:
a) on się zmienił w jakieś drzewo (lub coś innego),
b) ona się zamieniła w jakąś skałę (lub coś innego),
c) czasem zmieniali się oboje, a czasem…
d) zmieniali się ci co ich wkurzali.
Zresztą nieważne.
Ważny był sam element przemiany, bo to, w co ktoś się zamienił, nasz busik akurat właśnie mijał. No pacz pan jaki zbieg okoliczności!

Po trzeciej legendzie zacząłem lekko ziewać. Siedzący po prawej Starszy Obieżyświat też się nudził. Pyta mnie skąd jestem i takie tam zwyczajowe pierdoły. W pewnym momencie rzuca:
– Tak sam podróżujesz?
Zawsze chciałem aby ktoś zadał mi to pytanie. W głowie miałem ułożoną odpowiedź w stylu Rambo:
„Nigdy nie podróżuję sam…” i w tym momencie planowałem wyciągnąć jakieś masakryczne dwudziestocalowe nożydło ze słowami: „…on zawsze mi towarzyszy”. Niestety rzecz w tym, że miałem przy sobie jedynie scyzoryk, więc odpowiedziałem w wersji skróconej.
– No tak jakby. Ale nie narzekam.
– Widzisz ja też podróżuję sam. Mój partner nie lubi takich wycieczek. Możemy podróżować razem.
– Yyy… partner? – chwilę się łudziłem, że nazwał tak swoją żonę czy dziewczynę.
– Aha. Został w domu. – słowo „he” zabrzmiało bardzo jednoznacznie – to jak?
On chyba na poważnie. Odsunąłem się, na ile było to możliwe.
– Nope.
Zatrzymaliśmy się na krótki postój. Po opuszczeniu busika zauważyłem coś dziwnego. Wybieraliśmy się do cholernej dżungli, a połowa towarzystwa, ma na nogach …klapki. „Przecież wy już k…a nie żyjecie. Jesteście bardziej martwi niż lokatorzy Powązek.”Wiem o tym, bo czytałem książkę od Klnącej Wróżki.


#3. Książka.


Książka zawierała wykaz zwierzątek które mogą cię w Australii zranić, zabić a nawet wpier…lić i, mimo iż lista była cholernie długa, ponoć była także bardzo niepełna. Od okładki po ostatnią stronę, każdy opisany tam stwór, stanowił śmiertelne zagrożenie. Każdy. Od cholernego krokodyla, poprzez rekiny, ośmiornice, meduzy, pająki, krocionogi, skorpiony, żółwie (żółwie?), węże, na kangurach, dziobakach, emu czy wombatach kończąc.

Czego się dowiedziałem?
a) że kangur może mierzyć nawet 2 metry, ważyć 80 kg i jak j*bnie to zabije,
b) że kazuar może mierzyć nawet 2 metry, ważyć 60 kg i jak dziobnie to zabije,
c) że dingo może mierzyć nawet 1,5 metra, ważyć 35 kg i jak chapnie to zabije,
d) że krokodyl może… och, zresztą, że wszystko może być większe niż się wydaje, ważyć na więcej niż wygląda i tylko czyha aby nas załatwić, najlepiej bez świadków na jakimś masakrycznym pustkowiu,
e) że małych stworów to już w ogóle nie wolno lekceważyć, bo te skurczybyki dopiero zostały fest przez naturę wyposażone: neurotoksyny, bungarotoksyny, hemotoskyny, cytotoksyny i inne sukinsyny, dzięki którym zabiją powoli lub szybko, ale za to na pewno.
Zasadniczo po lekturze odniosłem wrażenie, że Australijczycy żyją wyłącznie przez przypadek. Stanowią coś w rodzaju szwedzkiego stołu dla rdzennych mieszkańców tych ziem i okalających je mórz i oceanów.
Uzbrojony w taką wiedzę i zawartość mojego plecaka, mogłem ruszać na eksplorację lasów Przylądka Kłopotów.

#4. Sandra.

 

Postój się kończył. Aborygen wrócił do busika. Też powoli wstawaliśmy od stołu, gdy Psiapsiółka Niuni (na zdjęciu powyżej, szatynka, trzecia z lewej) krzyknęła i podskoczyła, chwytając się za łydkę.
– Co się stało? – zapytał Tęczowy Obieżyświat (na zdjęciu z kubkiem).
– Coś mnie ugryzło!
Zaczęło się. Tak jak przewidywałem.
– Widziałaś co to było?
– Nie. Owad jakiś, może pająk. Auu, ależ to boli!
Zrobiłem mądrą minę:
– Pewien nie jestem, ale sądząc z objawów to atrax robustus, albo latrodectus hasselti

Wszystkie głowy obróciły się w moją stronę. Tak wynikało z książki, a to oznaczało, że już po niej. Zrobił się szum.
– Jak ci na imię? – nachyliłem się do dziewczyny.
– Sandra.
– Posłuchaj Sandra. Musisz się uspokoić, wszystko będzie dobrze.
– Ale…
– Sandra, spójrz na mnie! Co mówimy bogowi śmierci?
– Yyy, ŻE CO???
– Nie dziś, Sandra. Nie dziś…
W tym momencie wrócił George.
– Co tu się dzieje?
– Dziewczynę coś ugryzło. Możliwe, że atrax albo…
– Atrax? Tutaj? Jak żyję nie słyszałem podobnego absurdu. Pokaż to ukąszenie.
Aborygen obejrzał (zgrabną) nogę Sandry, przewrócił oczami i kazał nam wsiadać do busika.
– Dobrze, żeście śmigłowca nie wezwali.
– George co to było?
– Mrówka. Zwykła, cholerna, zielona mrówka.

Dotarliśmy na miejsce. A cyrk dopiero się zaczynał.

*****************************

Na ciąg dalszy zapraszam TUTAJ. Zobaczycie jak wyglądał „cywilizowany” spacer po australijskiej dżungli oraz jak wygląda rejs po rzece krokodyli. Dowiecie się też kilku ciekawostek o tych przemiłych zwierzątkach (np. tego ile wynosi siła ścisku ich szczęk, w porównaniu do człowieka czy najgroźniejszych drapieżników).

******************************

I zagadka.


To zdjęcie zrobiłem podczas „cywilizowanego” spaceru po dżungli. Pytanie brzmi – co to (za przeproszeniem) jest? :)



  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Ponoć na takie hasła Niemców trzeba uspokajająco mówić, że „nie bójcie się, mój dziadek też służył w Wehrmachcie”. Swoją drogą to słyszałem piękną opowieść o Niemcu, co specjalnie na wyjazdy służbowe do Polski trzymał stare Audi. „Po domu” jeździł czymś dużo nowszym i lepszym 😉

  • Szymon Rybandt

    Aborygeńskie dild… Makieta korzeni drzew namorzynowych?

    • Nagato

      Dokładnie! W sensie nie że dildo tylko, że makieta :)

  • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

    Przypominała nieco „tą trzecią ze SketchSHE”. Taka Australijka taka. Może ciut za wysoka, ale niezwykle zgrabna – ta trzecia – fakt jest super.. ale powiedzmy sobie szczerze ciut za wysoka dla ciebie czyli normalnego wzrostu 😛 ..a co do zagadki jak to mawiają internety „Anything’s A Dildo If You’re Brave Enough” 😉

    • Nagato

      Wiedziałem, że kolega nie odpuści. No nie byłbyś sobą normalnie…
      Nie była „normalnego” wzrostu, bo ten kończy się koło 1,70m, a ona jednak zauważalnie tą barierę przekraczała.
      A makieta, jeśli popatrzeć na pierwszy, ehem, korzeń (nomen omen), jest faktycznie podejrzanie „wyślizgana”. Coś w tym jest :)

      • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

        170 to i tak przedobrzyles bo jak zalozy trzynastki to jest wyzsza od ciebie.. ale prosze nie mierzyc wlasna krotka miarka 😉

        • Nagato

          Ale o zasadzie „L” słyszałeś chyba? :))

          • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

            slyszalem.. opowiadaja o niej ci co im dziewczyny powyzej 170 cm sa za wysokie..

  • pepe72

    Zdjęcia Helg albo się nie liczy 😉

    • Nagato

      Zdjęć nie mam, ale muszę przejrzeć filmiki z hostelu. Możliwe, że Piękna gdzieś się w tle przewinęła, a druga była, jak napisałem, na tyle „niemiecka”, że nic straconego.

  • HelDoRe

    To jakieś korzenie chyba są :)

    • Nagato

      Ano korzenie :)

  • Jakoby

    A może to coś co zamieniło się w korzeń? Jakiś, na przykład korzeń

  • therion

    „Sandra, spójrz na mnie! Co mówimy bogowi śmierci?” 😀 😀 😀

  • http://www.idziesiec.pl/ iDziesiec

    To MOŻNA BYŁO wezwać śmigłowiec?!
    Nie powinieneś się wahać!