Listy z Tottori czyli „z kopyta” przez japońską pustynię

Od: Nagato
Do: Redakcja Księgi Rekordów Guinnessa

Szanowni Państwo,
Zwracam się z prośbą o weryfikację poniższego zdarzenia wraz z wnioskiem o ewentualne umieszczenie wpisu w kolejnej edycji Księgi Rekordów. Otóż chciałbym się zgłosić jako pierwsza w historii osoba, którą w Japonii, na pustyni, wielbłąd kopnął w plecy.
Z poważaniem,
Nagato


Od: Redakcja KRG
Do: Nagato

Drogi Panie Nagato,
Dziękujemy za Pańskie zgłoszenie, zostanie ono rozpatrzone w trybie pilnym.
A co do wielbłądów w Japonii, na pustyni…
Sugerujemy, aby nie lizał Pan kolorowych naklejek nieznanego pochodzenia. Prosimy także o sprawdzenie, czy na pudełku z witaminami nie ma narysowanego różowego smoka – bo to niekoniecznie są witaminy. Zalecamy częstsze wietrzenie pokoju, możliwe, że nastąpiło tam zagęszczenie pewnych oparów. Zaś co do grzybów, to jednak proponujemy zostać przy pieczarkach.
Wielbłądy – srelbłądy, dobrze żeś pan mamutów nie zobaczył.
Z pozdrowieniami,
Alfred B. Surd
Redaktor Naczelny

Od: Nagato
Do: Redakcja KRG

Szanowny Panie Redaktorze,
Ale to naprawdę się wydarzyło!
Może stawię się u Państwa osobiście i wszystko wyjaśnię.
Wtorek pasuje?
Z poważaniem,
Nagato
PS. Skąd Pan wiedział o mamutach? Faktycznie były! Między kosmonautą a Napoleonem. I jeszcze dziadek z babką rzepkę ciągnęli.

Od: Redakcja KRG
Do: Ochrona budynku

George,
Jest bardziej niż prawdopodobne, że dzisiaj do redakcji spróbuje wedrzeć się pewien niezrównoważony osobnik. Pod żadnym pozorem proszę go nie wpuszczać na górę!
A.B. Surd

Od: Ochrona budynku
Do: Redakcja KRG

Niestety, za późno. Już do Was jedzie.
George
PS Zabierają mnie właśnie na OIOM. Lekarz mówi, że nie wrócę do czerwca.
PS2 Sorry, szefie…

STENOGRAM Z ZAPISU KAMERY BEZPIECZEŃSTWA Z POKOJU REDAKTORA A.B. SURDA

/drzwi otwierają się z hukiem, wchodzi człowiek w bandanie z plikiem zdjęć i tabletem w rękach/

A.B. Surd: O, witam serdecznie! Właśnie na pana czekaliśmy, niestety sam pan rozumie, mamy teraz spotkanie zarządu i…
Nagato: To zajmie tylko kwadrans. Nalegam!
ABS: Dobrze. Pan wyjaśni, o co chodzi z tymi wielbłądami?
N: Otóż w listopadzie pojawiłem się w Tottori, gdzie znajduje się wydmowa pustynia.
ABS: W Japonii?
N: W Japonii. Precyzyjniej to nie tyle pustynia, ile wędrujące wydmy. Coś jak Madwiny koło Łeby. Wie pan, gdzie jest Łeba? Nawet wielkością są podobne.

 


N: No i tam, w Tottori, od przystanku do wydm prowadzi wyciąg krzesełkowy. Taki bez barierek, więc dość łatwo można było z niego wypaść na ulicę.

 

 

ABS: Aha, i pan spadł, jak się domyślam? Pewnikiem nie raz…
N: George też próbował żartować.
ABS: Przepraszam, przepraszam. A więc dojechał pan do wydm. Zamieniam się w słuch.
N: Cóż, wyglądają jak …pustynia, jak okiem sięgnąć wszędzie piasek. Nieco grubszy niż bałtycki, ale wciąż drobny. Chwilami, gdy nikogo w pobliżu nie było widać, można się było poczuć jak na Saharze.

 


N: Od ulicy łagodnie pnie się wysokie na kilkadziesiąt metrów wzniesienie…

 


N: …które od strony morza wiatr regularnie przycina w stromą skarpę. Ze szczytu rozlegają się piękne widoki. Takie…

 


N: …i takie…

 


N: …i trochę bliżej…

 


N: …oraz dalej:

 


N: A jeśli na przykład zrobić tak…

 


N: …to niektóre widoki wykazują zainteresowanie wzajemne:

 


N: Ale do rzeczy. Zobaczyłem, że na miejscu lokalsi prowadzają nielokalsów za pomocą sznurków, do których przyczepione były wielbłądy.

 


N: Japoński wielbłąd, w przeciwieństwie do swojego bliskowschodniego kolegi, żyje ascetycznie, zgodnie z zasadami bushido. Jest zbyt dumny, by klękać przed byle motłochem i wejść na niego można tylko po rampie.

 


N: Pomyślałem, że fajnie byłoby sobie zrobić z takim stworem zdjęcie, niekoniecznie na niego włażąc. Podszedłem do jednego i zachęcając go ciepło słowami, usiłowałem ów zamiar zrealizować. Strażnik wielbłąda najpierw pozwolił nam się ustawić, a nawet trochę pomógł…

 


N: …po czym powiedział, że za zrobioną fotkę muszę zapłacić 100 yenów (3,1 zł). Nic, myślę, niech się udławi, po czym przykucnąłem do plecaka, aby poszukać portfela, a wielbłąd jakby tylko na to czekał, obrócił się tyłem i jak mnie kopytem, przepraszam za wyrażenie, nie jebnie. Jakiś metr przeleciałem!. Zwijam się z bólu, trzymając rękę w okolicy prawej nerki, a lokals w panice zaczyna w czterech dialektach nawijać, czy wszystko OK i oklepywać mi, nie wiedzieć czemu, lewą łopatkę.
ABS: A nie sprowokował go pan jakoś? W sensie wielbłąda, nie opiekuna. Jak brzmiały owe „ciepłe słowa” zachęty?
N: Sprowokował? Skąd! Moja prośba nawet przez przypadek się nagrała. Otóż zwróciłem się do zwierzątka najładniej jak potrafiłem, następującymi słowy: „Chodź kamel, pierdolniem se selfie, będzie nietypowo”.

 

 

ABS: Jezu… I co było dalej, jak już pana kopnął?
N: A naszły mnie takie oto przemyślenia:

 

 

N: W sumie skoro nic z tego nie wyszło, to pomyślałem, że może chociaż Wy mi jakoś to zrekompensujecie. To jak, uznacie mój wpis?
ABS: Yyy… Wniosek znajduje się w trakcie rozpatrywania. Zadzwonimy do pana 30 lutego.
N: Fajnie! Ale ja …nie mam telefonu.
ABS: Nie szkodzi. Zadzwonimy. Aha, jeszcze jedno. Te gadki o rzepkach, mamutach, kosmonautach i Napoleonie, to były objawy jakiejś ostrej fazy, tak?
N: No właśnie nie! Ma pan jeszcze chwilę? Otóż wszystko zaczęło się od psa, który miał miskę na Księżycu…

O co chodziło, czyli odpowiedź na pytanie redaktora A.B. Surda, znajdziecie tutaj 🙂

Nowa zagadka, też powiązana z Japonią, ale tym razem tą prawdziwą 🙂
Oto zdjęcia wykonane w jednym z najczęściej odwiedzanych w tym kraju miejsc. Pytanie brzmi: co ci ludzie (w tym piszący te słowa) robią i dlaczego?