Golden znaczy czerwony – część 1

Najsłynniejszy most na świecie i zarazem jedno z …najbardziej niebezpiecznych na Ziemi miejsc (ale o tym w drugiej części). Trudno byłoby znaleźć osobę, która nie rozpoznałaby jego charakterystycznego kształtu. Blisko trzydzieści lat, Golden Gate Bridge dzierżył dumnie tytuł posiadacza  najdłuższego przęsła mostu wiszącego. Z czasem zaczął przesuwać się w dół rankingu, stopniowo wypierany przez większe i nowocześniejsze konstrukcje, wznoszone głównie w Azji.

SF - mosty świata

Dzisiaj Golden Gate Bridge  nie  jest ani najdłuższy, ani najwyższy, ani najszerszy, ani najładniejszy, a jednak nie ma osoby odwiedzającej San Francisco, która nie chciałaby go zobaczyć  na własne oczy.

Środek listopada. Pojawiłem się na miejscu koło południa. Zrobiłem powyższe zdjęcie …i dosłownie w tej samej chwili zaczął padać deszcz. Najpierw lekko, ale w ciągu kilku minut pojawiło się czyste zło, w pakiecie z przejmującym wiatrem i przenikliwym zimnem. Licząc, że pogoda się poprawi, postanowiłem poczekać w Golden Gate Pavilion, gdzie miałem m.in. okazję zapoznać się z historią mostu.

 

Golden Gate Bridge leży na części wspólnej Autostrady 101 i California 1 (chociaż formalnie nie wchodzi w ich skład) i łączy San Francisco oraz coś tam po drugiej stronie Frisco Bay. Z jakiegoś powodu, dziennie mostem przeprawia się około stu tysięcy aut, chociaż jeśli popatrzeć na mapę, to na drugą stronę cieśniny nie bardzo jest po co jechać. Hrabstwo Marin, pięć niezbyt dużych miast i aż po granicę z Kanadą w zasadzie niewiele więcej.
Mała dygresja: nazwa Frisco Bay, czy w ogóle używanie terminu „Frisco” jakkolwiek stosowane dość często przez obcokrajowców, a czasami nawet przez Amerykanów, głównie ze wschodniego wybrzeża, jest przez mieszkańców Kalifornii odbierana jako obraźliwa.  Nie wiem dlaczego, tak po prostu jest. Jest to tym ciekawsze, że w latach ’50 nakręcono nawet film „Hell on Frisco Bay” i nikogo to nie bolało. Dzisiejsi Kalifornijczycy ZAWSZE używają pełnej nazwy: San Francisco, co jest o tyle dziwne, że generalnie mają tendencję do skracania każdego słowa od trzech sylab wzwyż.  

 


Z początkiem lat ’80, malowniczo położona California 1 oraz ciągnąca się przez prawie 2,5 tys. km w wzdłuż zachodniego wybrzeża „sto jedynka”, zostały zmarginalizowane przez krótszą o 300 km, biegnącą u podnóża Gór Kaskadowych Międzystanową 5, łączącą m.in. LA, San Francisco, Sacramento, Portland, Seattle i Vancouver.

 


Zanim to nastąpiło, w latach dwudziestych ubiegłego wieku, w pracowni Josepha B. Straussa powstały pierwsze, realne plany mostu, który mógłby zostać zbudowany ponad cieśniną Golden Gate. Joe znał się na fachu, zaprojektował i/lub uczestniczył wcześniej w realizacji blisko 400 pokrewnych konstrukcji, jednak to właśnie tutaj objawił się jego niepowtarzalny talent.

 


Budowla musiała spełniać od groma warunków. Miała wytrzymywać trzęsienia ziemi o sile 7 stopni przęsło nie mogło mieć podparcia w żadnym miejscu poza nabrzeżami, a jego wysokość musiała umożliwić bezproblemową żeglugę nawet dużym wycieczkowcom, o okrętach wojennych i masowcach nie wspominając.

 

Co rusz swoje trzy grosze dorzucała też US Navy, skądinąd słusznie – ewentualne wysadzenie lub zbombardowanie tylko jednego pylonu, mogło całkowicie zablokować wejście do strategicznego portu. Dodatkowo na przeszkodzie oprócz szeregu problemów natury technicznej, stanęło silne lobby „promiarzy”, blokując przez prawie dziesięć lat proces otrzymania pozwolenia na budowę. W końcu, w styczniu 1933r. rozpoczęto realizację projektu a całość ukończono cztery lata później. Budowa pochłonęła 27 mln USD (czyli raptem niecałe 30% wstępnej wartości kosztorysowej) i niestety aż 12 ofiar śmiertelnych.

Ciekawe, że kolor, jaki z uwagi na nazwę cieśniny narzucał się samoistnie, nie został wykorzystany. A było tak. Architekci przynieśli próbnik złotej farby do Josepha, a ten powiedział, że chyba kogoś pogięło i że na niebiesko mostu pomalować nie pozwoli (a zupełnie poważnie, ciekawe czy ktoś z Was wie jak było naprawdę?). Na dodatek ponownie obudziła się US Navy z komunikatem, żeby pomalować go …na czarno w żółte pasy, że niby będzie lepiej widoczny. Koniec końców, most został pomalowany na kolor czerwono-rdzawy noszący oficjalnie nazwę International Orange ®. Jeśli ktoś chciałby sobie odtworzyć w domu jego barwę może to zrobić według poniższego zestawienia:

 

Ale ok. Jak wcześniej wspomniałem, zatrzymałem się w GG Pavilion. Po mniej więcej godzinie od mojego wejścia, deszcz nieco ustąpił i mogłem udać się w kierunku bramek. Tak jest – bramek. Na Golden Gate nie można ot tak sobie wejść lub wjechać. Przejście lub przejazd przez bramkę jest konieczny.

 

SF - rules

Ruch przez most, zarówno samochodowy jak i rowerowy czy pieszy jest kontrolowany i regulowany. Od lat ’70 ubiegłego wieku i tak jest dobrze, bo piesi za przejście mostem nie płacą, za to kierowcy  z dekady na dekadę zostawiają coraz większe sumy. Jest to tym bardziej interesujące,  że wpływy rosną w postępie geometrycznym, mimo że od lat ’80 przepływ kształtuje się na mniej więcej stabilnym poziomie, około 100 tys. aut dziennie.

 SF - myto i przepływ na GG

Oczywiście za rosnące wpływy odpowiada rosnąca opłata wjazdowa. Jako ciekawostkę powiem, że jednorazowa opłata za przejazd wynosi obecnie 7 USD, ale myto jest pobierane tylko od aut dla jadących w kierunku północnym („wracający” nie płacą). Dlatego po różnego rodzaju ulgach, uśredniona opłata wynosi tylko 2,6 USD.   Jako drugą ciekawostkę dodam, szacunkowy koszt realizacji na dzień dzisiejszy takiej samej konstrukcji wynosi 1,3 mld USD (versus, przypominam, 27 mln ówczesnych USD). Z powyższej tabeli wynika, że opłaty pobrane w ciągu 76 lat, przekroczyły niemal dwukrotnie podaną kwotę, chociaż aby wybudować nowy Golden Gate Bridge, wystarczyłyby wpływy tylko z ostatnich 15 lat.

Kiedy w końcu wszedłem na most, w oczy rzuciły mi się zasieki. Ich celem jest uniemożliwienie/utrudnienie wejścia na linę nośną.

SF - zasieki

Dlaczego? Komu? Kto chciałby tam wchodzić? Otóż smutna prawda o Golden Gate jest taka, że według oficjalnych statystyk, skacząc w nurt zatoki San Francisco, życie odebrało sobie ponad 1600 osób. W 2012r. zaniechano publikacji danych dotyczących samobójstw, aby nie nakręcać swoistego, makabrycznego wyścigu między mostami świata w tej przygnębiającej statystyce. Przy wejściu wisi tablica z której można się dowiedzieć, że następstwa skoku mogą być tragiczne…

SF - suicide

… chociaż i bez niej każdy zdaje sobie sprawę, że przy upadku z takiej wysokości, trudno aby były inne. Czy zasieki pomagają? Oczywiście, że nie. Zdeterminowany samobójca nie potrzebuje wdrapywać się na liny nośne i przejdzie dalej przęsłem do miejsca gdzie nie ma utrudnień. Co rusz jednak pojawiają się na moście różnej maści traceurzy (parkourowcy, freerunnerzy itp.), którzy próbują swych sił na froncie walki  z grawitacją i złotym rozsądkiem. Tych, chociaż w niewielkim stopniu, powstrzymuje drut kolczasty.

Wróćmy jednak do spaceru. Minąwszy bramkę, i szereg tablic ostrzegawczych, byłem w miejscu w którym chyba każdy chciałby się chociaż na kilka minut znaleźć:

Z mostu patrząc na zachód, jeśli akurat pogoda na to pozwala, rozpościera się widok na, nie mniej od Golden Gate znane więzienie, czyli Alcatraz. Jako, że o Alcatraz jeszcze będzie, dzisiaj tylko jedno, niezbyt wyraźne ujęcie:

SF - alcatraz

Przęsło biegnie dosyć wysoko ponad powierzchnią Frisco Bay (ok. 33 metry, czyli wysokość mniej więcej 9 piętra), więc kiedy się wychyliłem zobaczyłem coś co z początku wziąłem za pluskające foki. Dopiero po bliższym przyjrzeniu zorientowałem się, że „foki” były surferami odzianymi w czarne pianki. Temperatura powietrza wynosiła mniej niż 15 stopni, a wiatr i deszcz powodowały, że odczuwalnie było znacznie chłodniej. Woda miała może ze 12, a mimo to kilkunastu zapaleńców ryzykując hipotermię i roztrzaskanie się o nabrzeżne skały, usiłowało znaleźć frajdę w ujarzmianiu fal.

Cóż… co kto lubi 🙂

Doszedłem do końca mostu i próbowałem dostać się na platformę widokową po drugiej stronie ulicy. Na mapie wygląda to dosyć prosto, ale w rzeczywistości na północnym krańcu, przejście na „drugą” stronę jest tylko jedno, prowadzi pod mostem i łatwo je przegapić. Ja przegapiłem (na filmie okolice punktu 6 z mapki poniżej):

 

Cała moja trasa wyglądała o tak:


Zatrzymajmy się przez chwilę przy punkcie 9. Roztaczał się stąd przepiękny widok na Golden Gate i panoramę San Francisco:

 


Hm, że niewiele widać? Spokojnie, jeśli zdjęcie wrzucić do fotoszopa, trochę zwiększyć kontrast i yyy… przesunąć gammę, wybrać kontrafał stensztaksla na krojcmaszcie i całość lekko wyostrzyć, to można dojrzeć ukryte szczegóły:

 

Pogoda ani myślała się ustabilizować. Na przemian deszcz, mgła w kombinacji z to słabnącym, to nasilającym się wiatrem nie dawały większych nadziei na to, że uda mi się uchwycić w aparacie jakieś naprawdę ciekawe ujęcia. Głównie dlatego, że wspomniany aparat musiałem cały czas trzymać pod przykryciem. Za to niemal cały czas miałem włączoną sportową, wodoodporną kamerę. I próbowałem zarejestrować drogę powrotną (punkt 10)…

…a także przegapione wcześniej przejście pod mostem (punkt 11). Jeśli spodziewacie się, że pod najsłynniejszym mostem świata, przebiega jakiś wypasiony, eklektyczny super tunel to uprzedzam, rozczarowanie może być dosyć spore:

Dlaczego w ogóle musiałem przechodzić na drugą stronę? Powód jest trywialny – chodnikiem „wschodnim” mogą poruszać się tylko rowerzyści. Nie żeby w taką pogodę było ich tam wielu, ale przepis jest przepis. Udało mi się dojść do miejsca z którego mogłem rozpocząć marsz powrotny.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, co stanęło mi na przeszkodzie i dlaczego twierdzę, że Golden Gate Bridge jest najniebezpieczniejszym miejscem na Ziemi- zapraszam na część 2