Najpiękniejsze zamki – część 1

Spośród blisko 280 zamków (z czego trochę ponad połowa znajduje się w stanie oryginalnym lub zrekonstruowanym) opiszę dzisiaj trzy z nich, a jak zawsze będzie też kilka dygresji m.in. o ninja, języku angielskim i innych dziwnych budowlach.

#1. Himeji – Zamek Białej Czapli

Himeji jest zaliczany do trzech (obok Kumamoto i Matsumoto) kanonicznych, najpiękniejszych japońskich zamków. Obowiązkowy punkt większości wycieczek i obok pałacu cesarskiego, najczęściej i najchętniej odwiedzana historyczna budowla.

Wybrałem się więc na jeden dzień do Himeji, licząc na ucztę dla oczu. Kiedy pewnego kwietniowego przedpołudnia dotarłem na dworzec, a z dworca niemal biegiem do okalającego zamek parku, lekko zgłupiałem. Zamku …nie było.
Znaczy był.
Znaczy był i będzie, ale czasu teraźniejszego użyć za bardzo się nie dało. W czasie teraźniejszym w miejscu zamku znajdował się prostopadłościenny budynek na którym zamek był …namalowany. I to jeszcze żeby jakoś ładnie.

Ależ byłem wściekły… Okazało się, że zamek znajduje się w fazie całkowitej odnowy. Ale nie ma tego złego…
Z uwagi na to że postawienie rusztowania byłoby zbyt „mainstreamowe”, na czas remontu Japończycy zrobili rzecz absolutnie genialną – zbudowali wokół zamku budynek wraz z kompletną infrastrukturą. Co w tym niby genialnego? A to, że cała ta konstrukcja została udostępniona turystom. W ten sposób powstała niepowtarzalna okazja dla zwiedzających, aby proces renowacji, zewnętrzne kondygnacje i architektoniczne niuanse, oglądać na wszystkich poziomach, z dystansu nie przekraczającego kilku metrów.

Ekspozycja w środku zamku, jak to w japońskim zamku. Olbrzymim plusem był jednak, zniesiony na czas renowacji, powszechnie obowiązujący w muzeach, zakaz fotografowania.

Zejście do parku prowadziło już „normalnymi” historycznymi ścieżkami, pośród murów, palisad i innych umocnień:

Z trochę innej beczki. W okalającym zamek parku, w połowie kwietnia właśnie kończył się „wiśniowy” festiwal, hanami. W pewnym momencie podeszła do mnie starsza Japonka z pytaniem, czy mogłaby mi potowarzyszyć przez chwilę, bo chciałaby poćwiczyć angielski.

Z chwili zrobiła się godzina z okładem. Pani Hidehiko była gospodynią domową, która w ciągu półtora roku od samodzielnego rozpoczęcia nauki, doszła do poziomu, na moje oko, advanced.
Gros czasu spędziliśmy rozmawiając o tym dlaczego tak niewielu Japończyków posługuje się właśnie językiem angielskim i pani Hidehiko udzieliła mi odpowiedzi, która wszystko wyjaśnia. Zaczęło się od pytania czy mam dzieci (dwójkę), w jakim wieku (wówczas siedem i trzy lata) i czy starsze potrafi czytać i pisać (potrafiło doskonale). No widzisz, mówi Hidehiko-san, a u nas jest tak: w pierwszej klasie dzieci uczą się sylabariuszy. Są dwa, hira- i katakana po 48 znaków, razem 96. Niby wszystko można zapisać i jednym, ale uczą się dwóch (katakana służy do zapisywania słów obcego pochodzenia itp.). Następnie w ciągu całej szkoły, dzieci uczą się znaków logograficznych czyli kanji, których w wariancie „podstawowym” jest około 500, „gazetowym” 1000, „oficjalnym” jakieś 2200 i pełnym ok. 3000. Jeśli do tego wziąć pod uwagę, że większość znaków kanji można czytać na kilka sposobów, a do tego mają samoistnie lub w związkach frazeologicznych różne znaczenia w zależności od kontekstu, to trudno się dziwić, że na języki obce młodym Japończykom nie starcza już pary i delikatnie rzecz ujmując za bardzo się do tego nie przykładają. Do tego wszystkiego dochodzi alfabet łaciński – czyli romaji, ale co to jest te 28 obcych liter, wobec armii znaczków lokalnych. Wtedy odezwał się Mr. Hyde mojej osobowości, czyli Nieproszony Wujek Dobra Rada. Moja rozmówczyni usłyszała, że skoro absolutnie każde słowo można zapisać w postaci sylabariuszy i romaji, to dla dobra przyszłych pokoleń, najlepiej byłoby zacząć wycofywać się z tej całej nawały niepotrzebnych piktogramów. Pani Hidehiko przeszyła mnie wzrokiem i wycedziła przez zęby: „DIZ — IZ — AUER —TRADYSZN”.
I to było zdaje się ostatnie zdanie naszej konwersacji i zarazem koniec znajomości.

O angielskim wśród japońskiej młodzieży, jeszcze wspomnę, a powyższe zdjęcie zrobiliśmy sobie rzecz jasna w połowie pogawędki

#2. Kioto – Zamek Nijo

Była stolica Japonii jest miastem specyficznym. W każdym przewodniku i na każdym kroku podkreślana jest jego wyjątkowość. Doceniali ją nawet, znajdujący się w czasie wojny po drugiej stronie barykady, Amerykanie. Jako jedyne duże japońskie miasto zostało oszczędzone w czasie nalotów, a na osobistą interwencję sekretarza wojny USA, Henry’ego Stimsona, Kioto zostało wykreślone z listy celów pod nalot nuklearny.
Roztaczana wokół Kioto aura sprawiła, że w moich oczekiwaniach miasto jawiło się niczym praska starówka – czyli zachowane historyczne centrum, otoczone nienachalną zabudową i dopiero w dalszej, niewidocznej już z centrum, odległości, „strefą blokowisk”. Nic bardziej mylnego. W Kioto, tak jak w większości japońskich miast, panuje architektoniczny misz-masz. Wiekowa, wartościowa zabudowa sąsiaduje bez pardonu z budynkami nowoczesnymi, zabudowa niska z zabudową wysoką itd. A już najbardziej bawiły mnie takie widoki.

O czymś takim, jak planowanie przestrzenne czy zasada dobrego sąsiedztwa, nikt tutaj pewnie nie słyszał. Wielokrotnie zastanawiałem się jak wyglądało uzyskanie pozwolenia na takie koszmarki. „Panie Miyagi mam super działkę w centrum, normalnie przy głównej arterii, nie uwierzysz pan – całe trzy metry szerokości”. „Wow, panie Suzuki, rewelka! Co by pan tam chciał postawić?” „Nie wiem. A co można?” „Panie Suzuki – sky is the limit” „Ooo, zawsze chciałem mieć wieżowiec…” „Już daję zgodę na wieżowiec.” „A nie będzie to sąsiadom przeszkadzało? Dziwnie będzie wyglądać.” „A to już chyba problem sąsiadów, nie? A jak już pan będziesz siedział w środku, to i nie będziesz pan oglądał tego z zewnątrz, prawda?”
Na szczęście Kioto to także takie obrazki.

Gdzie tkwi duch tego miasta? Na wyspach historii takich jak dzielnica gejsz lub w zachowanych w rewelacyjnym stanie zabytków: zamku Nijo, Pałacu Cesarskim, pagody Toji (na zdjęciu powyżej), Złotego i Srebrnego Pawilonu i wielu innych.

Zamek w Kioto to żelazny punkt wszystkich wycieczek po Japonii. Nieważne czy leci się tam na trzy tygodnie czy na trzy dni, zawsze cię do tego zamku zawiozą. Pierwotnie chciałem w ogóle ten zamek w relacjach pominąć, ale… nie mogłem. Nijo naprawdę jest wyjątkowy.

Zamek jest bardzo rozległy. Największy budynek (Ninomaru) mieści 33 pokoje na powierzchni 3,3 tys. m.kw. Nijo-jo zbudowany został w 1603 r. jako siedziba Ieyasu Tokugawy, ostatniego z trójki wielkich zjednoczycieli Japonii i zarazem pierwszego shoguna (wojskowego dyktatora) po trwającej wiek z okładem wojnie domowej. Wspomnę, że mimo swoistego dualizmu władzy, realne rządy sprawowane były przez shoguna (bakufu), w przeciwieństwie do rezydującego w Edo (obecnie Tokio), nominalnie znajdującego się na szczycie, ale nie mającego kompletnie żadnego wpływu na losy kraju, cesarza.

Wewnątrz zamku kategorycznie nie można robić zdjęć. Na każdym korytarzu siedzi takie foto-gestapo i ostro interweniuje kiedy tylko przypadkiem spadnie komuś osłona obiektywu. Dodatkowo na terenie zamkowego parku, nie można robić zdjęć ze statywem. Znaczy, niby można o ile statyw i aparat wygląda na amatorski (jest mały po prostu).
Zamek zachowany jest w stanie idealnym. W pomieszczeniach odwzorowano życie mieszkańców zamku, w salach znajdują się manekiny w tradycyjnych, wszystko jest zwięźle ale ciekawie opisane. Sorry, ale zdjęć ze środka nie posiadam.

W pomieszczeniach zamkowych znajduje się najciekawszy zdaniem wielu zwiedzających element wyposażenia – czyli osławione „słowicze podłogi”. Słowicza podłoga to nic innego jak – oldschoolowy, ale bardzo skuteczny system alarmowy. W obawie przed atakiem skrytobójców, ninja lub innego elementu, zamkowe korytarze zostały wyposażone w specjalne mechanizmy – ocierające się o siebie metalowe trzpienie i gwoździe, które po nadepnięciu na utrzymywaną na nich podłogową deskę, wydają dźwięk przypominający słowiczy trel. Jak to działało?


I krótki film na którym słychać „pracującą” podłogę oraz jej mechanizm.

Czy było się czego bać? Otóż tak. Ninja byli swojego rodzaju plagą okresu sengoku. Podejmowali mniej lub bardziej skuteczne próby zabójstwa chyba wszystkich możnowładców jacy ścierali się w ogólnokrajowym konflikcie o władzę. Co robił taki ninja po przedostaniu się na zamek:

Ale nie tylko. Jak już się zmordował mordowaniem, przebywając nadal w miejscu pracy, biegł do innych pomieszczeń odreagować stres.

Tokugawie ani pierwsza ani druga opcja za bardzo chyba nie pasowała. Chciał zminimalizować ryzyko skrytobójstwa. Jednym z jego posunięć było zjednanie sobie przywódców odradzających się po klęsce w 1581 r. największych klanów ninja. Innym, montaż słowiczych podłóg na wypadek ewentualnych odwiedzin tych, którzy zjednać się nie chcieli.

* * * * *

Zamek w Kioto jest prawie zawsze oblegany przez szkolne wycieczki. Nie tylko w celu pogłębiania wiedzy historycznej, ale także w celu uprawiania czegoś co nazwałem w prywatnej nomenklaturze jako „gaijin hunting”. Hunting polega na łapaniu cudzoziemców i uzyskiwaniu wpisów do ichnich zeszytów, celem potwierdzenia nawiązania kontaktu III stopnia z Obcymi.

Normalnie w kwietniu przez Kioto przewija się całkiem sporo obcokrajowców. W 2011 po katastrofie w Fukushimie, byłem tam jednak tylko ja i jakaś para Australijczyków. Rozproszony zazwyczaj „gaijin hunting” skupił się więc na nas.

Sam Elvis nie złożył w swoim życiu tylu autografów, co nasza trójka w tym jednym dniu. Ale biedne dzieciaki naprawdę nie miały kogo o te wpisy prosić, a trudno było im odmówić.

Jeszcze parę widoków z zamku w Kioto.

Pałacowe ogrody wiosną i jesienią:

Jesienny widok z baszty o zachodzie słońca:

I mała panorama z tej samej baszty:

 

#3. Nagoya

Zamek w Nagoi należy do grupy zamków średnich hirayamashiro, w całości rekonstruowanych. W maju 1945 r. po amerykańskim nalocie z zamku w zasadzie nic nie zostało.

W 1954 r. podjęto decyzję o jego odbudowie, którą z sukcesem zrealizowano w latach 1957-59. Zamek w Nagoi nie jest specjalnie wyjątkowy. Oczywiście jest ładny i okazały, ale dla kogoś kto nie interesuje się specjalnie historią, wygląda jak copy-paste z powielającego się budowlanego schematu.

Konstrukcja większości japońskich zamków jest dość szczególna. Mimo, iż dla osoby patrzącej z zewnątrz sprawiają one wrażenie murowanych, to oprócz kamiennego fundamentu, nie uraczy się w ścianach cegieł czy innego równie mocnego, europejskiego budulca. Sama podmurówkę można zresztą spróbować za drobną opłatą „dźwignąć” samemu.

Jako że zamek w Nagoi ma bardzo wysoki fundament, sięgający na moje oko nawet 10 – 15 metrów, zacząłem się zastanawiać nad sensem stawiania takiej podmurówki, skoro sforsować ją można bez problemu nie posiadając specjalnych umiejętności i nie korzystając z wymyślnego sprzętu.

W czasie prób wspinaczkowych – co jest rzecz jasna nielegalne, dwa razy (ale bez przekonania) goniła mnie straż zamkowa. Uspokoili się, kiedy powiedziałem, że nie odpuszczę, póki chociaż raz tego DOBRZE nie nakręcę i że to materiał dla Hungarian Discovery TV. Dla nich to pewnie jeden pies, a po co mam obciach Polsce przynosić. Po kilkudziesięciu próbach wspinaczki, wiszenia na ścianie i nawijania monologów do kamery postanowiłem zrobić sobie samojebkę ze statywu. Pech, że zaczynały mi już omdlewać ręce i najzwyczajniej w świecie odpadłem od ściany. Na ostatnim zdjęciu poniżej moment odpadnięcia – już lecę, ale jeszcze się uśmiecham. Po „bum”, strażnik najpierw sprawdził czy nic mi się nie stało, potem długo próbował ukryć rozbawienie. Aparat wytrzymał, statyw nie.

Wracając do wysokich fundamentów. W teorii powody ich budowy były zasadniczo dwa – pierwszy to możliwość wyniesienia punktu obserwacyjnego możliwie jak najwyżej – ale tą funkcję z powodzeniem mogłaby pełnić obserwacyjna wieża jaka znajdowała się w niemal każdej japońskiej wiosce. Drugą przyczyną było przekonanie o zależności między wysokością fundamentu a bezpieczeństwem zamku w przypadku katastrof naturalnych (takich jak powódź, pożar okolicy lub trzęsienie ziemi) lub co było bardziej prawdopodobne – oblężenia.


Ogólnie, japońskie zamki posiadały wielorakie, bierne systemy zabezpieczeń, ale do najpowszechniejszych należało odgrodzenie się od potencjalnych najeźdźców przeszkodami naturalnymi bądź sztucznymi (jak góry, rzeki, fosy itd.) oraz właśnie wyniesienie konstrukcji możliwie wysoko. W przypadku wspomnianego oblężenia odsunięcie się w dwóch płaszczyznach od wrogiej armii powinno w zamyśle lepiej chronić załogę zamku, przed próbą forsowania murów oraz przed stosowaną przez atakujących bronią dystansową w tym, najpopularniejszym podówczas, łukiem (ilustracja z ataku na zamek Fushimi, ale chodzi o zasadę).

W czasie pisania artykułu (nie ukrywam, trochę pod tezę), zacząłem się zastanawiać na ile takie zabiegi pomagały? Zadałem sobie pytanie, na ile zwiększenie dystansu, osłabia energię strzały? Czy lepiej byłoby zrobić szerszą fosę, czy wybudować wyższy fundament? Męczyło mnie, więc w końcu poszedłem …sam sprawdzić. Poniżej nakręcony naprędce mały quasi eksperyment – czyli odpowiedź na pytanie, jak bardzo zmienia się energia kinetyczna strzały, wystrzelonej przez łucznika znajdującego się od celu odpowiednio 30, 70 i ponad 100 metrów. Przyznaję, że rezultat mnie nieco zaskoczył.

Następnym razem sprawdzę jak energia osłabia się wraz ze wzrostem wysokości. Powinno być ciekawie.

W artykule użyłem ilustracji zeskanowanych z genialnych książek Stephena Turnbulla.