Najwyższa góra świata

Jak się nazywa i ile mierzy najwyższa góra na Ziemi? Na to, pozornie banalne, pytanie, każdy od razu powie: Mount Everest, 8,9 km. Cóż, to prawda i nieprawda zarazem. A gdybym Wam powiedział, że najwyższa góra mierzy 10,2 km i nie znajduje się w Himalajach, ale zupełnie, ale to zupełnie gdzie indziej?

 

#1. Mauna Kea

Jako fan twórczości Alana Moore’a, niemal bezkrytycznie chłonę wszystkie jego dzieła. Kilka lat temu czytając Strażników (Watchmen), zawiesiłem się na tych kadrach:

O co chodzi? Ano niebieski gość stawia chawirę na Marsie. Zabiera tam swoją niunię i kompletnie nagi proponuje jej zwiedzanie pięterka: „obczaj mała, jaka miejscówka” mówi.

„Luknij widoczek za oknem. No, przyznaj, kręci cię to… Have you ever seen such a big mountain? You like BIG mountains, bi*ch! Tell me, who’s your daddy?” „Oh! You are, Mr Grey!” „I am not grey, I am blue!”.

Eee, mam chyba jakieś dziwne wydanie…
O co chodziło? Generalnie Doktor Niebieski podniecił się najwyższą znaną górą w Układzie Słonecznym, czyli marsjańskim Olympus Mons. Zastanowiło mnie wówczas, czy owa góra istnieje naprawdę i jaka jest jej prawdziwa wysokość. Szukając danych w Internecie, natrafiłem na takie oto zestawienia:

Porównanie do Mount Everestu nasuwało się samo, ale czym było to drugie coś i jak to możliwe, że było od Everestu wyższe?

Pojawia się pytanie, która góra w takim razie jest najwyższa na Ziemi? Jeżeli przyjąć jako punkt odniesienia poziom morza (wysokość bezwzględna) – wygrywa Mount Everest (8 848 m), ale jeśli dokonywać pomiaru po bożemu, czyli od podstawy do wierzchołka, choćby prawie cały jej masyw tkwił pod wodą (wysokość względna) – najwyższy jest hawajski wulkan Mauna Kea, liczący 10 203 m, z czego ponad poziom morza wystaje 4 205 m. A że Hawaje są częścią USA, to nie powinno dziwić, że na sam szczyt można …wjechać samochodem.

 

#2. Big Island

Na wyspę Hawai’i, zwaną potocznie (dla odróżnienia od nazwy archipelagu) Big Island, dostałem się z O’ahu. Koniecznie chciałem pokonać ten dystans promem, ale jeszcze na O’ahu wdałem się w porcie w dyskusję z jakimś mundurowym, który cierpliwie mi tłumaczył, że między wyspami hawajskimi promy nie kursują i muszę lecieć samolotem.

– Ale dlaczego nie kursują? – pytam – przecież to głupota! Po co mam latać, jak wyspy są blisko siebie? Nie chcę lecieć, chcę płynąć! Dlaczego nie ma połączeń promowych? Dlaczego? Dlaczego?
– No dobrze – mówi lokals zmęczonym głosem. – Skłamałem. Są, ale wyjdą cię drożej niż przelot.
– Yyy, ale jak to? – pytam.
– Bo najpierw musiałbyś kupić sobie prom. Ić stont!
Obraziłem się i pojechałem na lotnisko.

Niecałą godzinę później byłem na miejscu.
Generalnie Hawai’i niemal w każdym aspekcie stanowi całkowite przeciwieństwo O’ahu. Jest nieporównywalnie większa, nie posiada piaszczystych plaż, a także… transportu publicznego. Jeśli nie masz samochodu, jesteś uziemiony. Jeszcze przed wylotem zrobiłem rezerwację auta, ale nie będąc pewnym tego, co mi podstawią na lotnisku, nie potwierdziłem jej. Założyłem jednak, że w razie czego i tak bez problemu jakiś samochód w Hilo wynajmę na podobnych warunkach. Cóż, posłuchajcie bajki o waleniu w rogi.

O samym aucie będzie w drugiej części. Dla naszej historii będzie jednak ważniejsze to, że pani zaznaczyła, iż samochód ma napęd tylko na jedną oś (2WD) i jeśli planuję wjechać na stromy odcinek na prawo od Saddle Road, to mam… wybić to sobie z głowy. Kara za próbę naruszenia tego przepisu będzie wysoka, a gdyby mnie korciło, to ostrzega, że auto ma wbudowany pozycjoner GPS. Problem w tym, że ów odcinek jest (jedyną) drogą wiodącą na szczyt Mauna Kea.

Najpierw się wkurzyłem, bo nie miałem czasu ani ochoty wchodzić tam pieszo, ale wiedziałem, że nie mogę się poddawać, że muszę być jak… jak… Jarek! O, właśnie! Pomyślałem, że przecież mogę:
#a – kupić zakłócacz sygnału GPS i jadąc co chwilę wołać „catch me if you can, frajerzy!” albo
#b – spróbować wjechać na szczyt, a później powiedzieć, że mi się nie podobało, i żeby oddali pieniądze za wypożyczenie auta (więcej na #sekretyKuźniara).
Niestety, zbyt mała ilość słomy sprawiła, że postanowiłem po prostu podjechać do Visitors Center (VC/VIS), dokąd można dojeżdżać samochodami 2WD, a stamtąd zabrać się na szczyt z jakąś ekipą wyposażoną w 4WD.

 

#3. Saddle Road

Saddle Road wiedzie między masywami Mauna Loa i Mauna Kea i jest jedyną drogą prowadzącą w poprzek wyspy, łączącą jej stolicę, „deszczowe Hilo”, ze wschodnią bliźniaczką „wakacyjną Koną”. Amplituda Saddle Road, na relatywnie krótkim odcinku, przekracza dwa kilometry i jadąc po niej, obserwuje się niesamowitą przemianę szat roślinności. Od tropikalnych, poprzez warstwy typowe dla klimatu umiarkowanego, na roślinności wysokogórskiej skończywszy.

Warstw chmur po drodze było trzy. Wyjechałem z ostatniej na wysokości 2000 m n.p.m. Słońce właśnie zaczęło chylić się ku zachodowi. Zauroczony pewnym niecodziennym zjawiskiem zjechałem na chwilę na pobocze. Otóż Big Island ma niezwykły rozkład pogodowy. Wschodnia część to niemal ciągłe opady, zachodnia niemal nieprzerwane słońce.

Granicę stanowią szczyty obu wulkanów. Zupełnie jakby warstwa powietrza ponad nimi stanowiła trudną do sforsowania ścianę.

I króciutka panorama:


Patrząc na warstwy trudno przeć się wrażeniu, że gdyby je zamienić…

…wyszłaby flaga Estonii 🙂

#4. Obserwatoria

Pora dnia na taką wycieczkę może wydawać się dziwna, ale tylko pozornie.
Prawie wszyscy wybierają się na Maunę Kea… nocą. Otóż na szczycie wulkanu panujją najlepsze na świecie warunki do prowadzenia obserwacji astronomicznych. Powietrze jest krystalicznie czyste i suche, nie ma pary pochłaniającej część promieniowania podczerwonego. Szczyt znajduje się powyżej warstwy inwersji, dzięki czemu niemal zawsze wystaje ponad warstwę chmur. Prawnie regulowane jest także natężenie światła w, i tak mocno oddalonych, miastach, dzięki czemu poziom zaciemnienia pozwala na prowadzenie obserwacji nawet bardzo słabo widocznych obiektów.

Na wierzchołku znajduje się 13 obserwatoriów astronomicznych z 11 krajów. Obecnie budowany jest tam drugi co do wielkości tzw. ekstremalnie wielki teleskop (ELT) z trzydziestometrowym zwierciadłem, który nazwano, nie zgadniecie… Trzydziestometrowym Teleskopem (TMT).

Zachwytów nad białymi kopułami nie podzielają rdzenni Hawajczycy, dla których Mauna Kea jest świętym miejscem. Postawienie tam obserwatoriów dla autochtonów było tym, czym dla katolików byłby rajd w buciorach po jasnogórskim obrazie. Autochtonów jest jednak na Hawai’i tylko kilkuset (na 183 tys. mieszkańców) i niewiele mają do powiedzenia.

Jako ciekawostkę dodam, że największy na świecie ELT jest realizowany przez Europejskie Obserwatorium Południowe w Chile, ma średnicę 39 metrów i, jak na projekt za miliard euro przystało, nosi równie kreatywną nazwę jak jego hawajski kolega: Europejski Ekstremalnie Wielki Teleskop (E-ELT). Jak z kreskówki. Pewnie na kopule dopiszą jeszcze ACME.

 

#5. Visitors Center

Zatrzymałem samochód na parkingu przed Visitors Center. Okazało się, że nawet gdybym miał 4×4, niczego by to nie zmieniło. Rangerzy zamknęli drogę i nie było możliwości, aby dostać się na szczyt. Powody? Tutaj:

Pogoda tutaj jest bardzo kapryśna i bardzo różniąca się od Hawajów z pocztówek. Jest zimno, a kiedy zawieje wiatr, po prostu pi***dzi jak w kieleckim. Trzeba mieć IQ chomika, żeby nie przewidzieć, że na tej wysokości będzie lodowato, szczególnie nocą, a mimo to większość wizytujących przyjeżdżała tam w klapkach i t-shirtach. Na szczęście „chomiki” mogły nabyć cieplejsze rzeczy w „visitorowym” sklepiku (z absurdalnym narzutem). Na przykład takie czapki:

Żeby nie było, moje IQ jest wysokie. Kupiłem TAM, bo swoją wcześniej zgubiłem, a nie, że nie pomyślałem, by ją wziąć.

Ale wróćmy do tematu.
Droga była zamknięta, wycieczka poszła się… znaczy, nie wyszła tak jak chciałem. Ale też nie było tak źle, widoki nawet stąd wyglądały niezwykle malowniczo.

 

I mała panorama:

Cofnąłem się do Visitors Center (przy okazji, jak to nazwać po polsku?), aby poczekać na pełne zaciemnienie. Niestety razem z nocą zaczęły nadchodzić chmury. Po dwóch godzinach marznięcia postanowiłem wrócić w cieplejsze rejony.

 

#6. Niebo

Dojechałem niemal do Kony, na skraj zachodniego wybrzeża, kiedy zachmurzenie przeszło całkowicie. Nawet tu, z dołu, niebo wyglądało magicznie. Niestety mam dość ciemny obiektyw, więc na zdjęciach (okolice Pasa Oriona) niewiele widać. Ale widok był niesamowity.

I jeszcze poklatkowo. Sekwencja realizowana ponad dwie godziny:

 

#7. Epilog

Czy miałem w ogóle okazję zobaczyć szczyt? Można by rzec, że tak. Dwa dni później wracałem do Hilo. W południowym słońcu Mauna Kea była widoczna jak na dłoni, patrząc z Saddle Road…

…dało się nawet gołym okiem dostrzec kopuły obserwatoriów.

Brak czasu nie pozwalał mi jednak na ich ponowne „zdobywanie”.
Ponadto, kiedy kolejnego dnia opuszczałem Hawaje, samolot zrobił elegancki presentation lap wokół wyspy. Poziom chmur utrzymywał się na swoim poziomie, przez które przebijał się szczyt najwyższej góry na Ziemi.

Nadal kusi…

********************************************

Druga (ale oczywiście nie ostatnia) część o Big Island, pojawi się we wtorek, 31.03.


I zagadka powiązana w pewnym sensie z artykułem.

Oto ogłoszenie o pracę wiszące na jednej z hawajskich „żabek”.

Pytanie brzmi: znajomość jakiego języka (poza angielskim, chociaż to nie jest takie oczywiste) jest tutaj (dość) powszechnie oczekiwana przez pracodawców? Nadmienię, że nie chodzi o polinezyjski ani jego odmiany.

  • DonBolano

    Szkoda, że nie udało Ci się dotrzeć na szczyt. A co robiłeś przez kolejne dwa dni?

    Mała literówka „Zatrzymałem samochód na parkingu przez Visitors Center. ” Chyba powinno być „przed”.

    • Nagato

      Poprawione – dzięki 🙂
      Aaa… chyba nawet bardziej interesujące rzeczy niż bieganie po wulkanach. Będzie, będzie… 🙂

      • DonBolano

        No to czekam cierpliwie (albo i nie 😉 )

  • Vesla

    Takie „chomiki” są wszędzie 🙂 Ostatnio trafiłem na takich wybierając się na Kasprowy Wierch. Na dole było ok. 18 stopni, przyjemnie i ciepło. Jakież było zdziwienie „chomików” jak wysiedli z kolejki linowej na szczycie i zobaczyli dookoła wszystko pokryte grubą warstwą śniegu. Zostało im potupać nóżkami w oczekiwaniu na wagonik na dół. A wystarczyło pomyśleć.

    BTW Nagato, to co robisz Kolego jest super! Z zaciekawieniem śledzę twoje przygody.

    • Nagato

      Hehe 🙂 Ale przyznam, że w czasach liceum też miałem „chomiczy” epizod. Wskoczyłem do lodowatego jeziora, tylko dlatego, że trzy dni z rzędu mocno świeciło słońce i wydawało mi się, że to wystarczy aby woda się ogrzała. Kiedy rozebrałem się na pomoście, otoczył mnie wianek ciekawskich – dotarło do mnie, że coś może być nie tak, ale zamiast sprawdzić temperaturę, postanowiłem od razu wskoczyć aby nie stracić twarzy. Setka igieł – poczułem się jakbym biegł po falach a nie płynął.
      Była połowa kwietnia.
      PS. Dziękuję – motywuje 🙂

      • Vesla

        HA, Ha! Mi też się zdarzyło wysiąść prosto z auta w śnieg po kolana,
        będąc ubranym w szortach i t-shircie. Ale byłem wtedy „młody i głu…
        znaczy młody i niedoświadczony 🙂

  • Nagato

    Yyy… to się nie liczy :))

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Z waleniem w rogi to podobny numer widziałem w stolicy europejskiej biurokracji. Miałem rezerwację z bookings.com (od wielu lat rezerwacje bez przygód) i koszt pokoju ze śniadaniem w hotelu *** na poziomie 55E. Przy wypisywaniu karty widzę, że towarzysz podróży ma oczy jak sowa. Wskazuje mi cennik nad kontuarem. 300E nocleg. Pytam o co kaman? Aaaaa, nic, wasza cena jest bez zmian – 300E to dla osób „z ulicy” 😉

  • Michał

    Strasznie Ci zazdroszcze ! byłem kilka razy w usa , ale na hawajach niestety nie miałem okazji , jeśli będę taką miał napewno to zrobie . 🙂 powodzenia i miłego zwiedzania 🙂