„Dzikie” noclegi w Japonii

Legenda głosi, że ktoś kiedyś widział japońskie pole biwakowe. Ponoć niektórzy twierdzą, że na nich spali. Mnie jakoś nigdy na takowe trafić się nie udało, ale po prawdzie, nigdy ich nie szukałem. W końcu technicznie namiot czy hamak można rozbić wszędzie: w miejskim parku, buddyjskim chramie czy u stóp aktywnego wulkanu. Oczywiście, takie decyzje… niosą z sobą pewne konsekwencje i o tym będzie dzisiejsza opowieść.


Gwoli jasności – baza kempingowa w Japonii jest bardzo dobrze rozwinięta. Znajduje się tam nieco ponad 3000 pól namiotowych, wyposażonych (w zależności od lokalizacji, typu i ceny) w różne udogodnienia, jak łazienki, kuchnie, korty tenisowe, a nawet baseny itd.

Przyznaję jednak, że dla moich potrzeb korzystanie z takich przybytków byłoby pozbawione większego sensu, z kilku powodów:

1. Nigdzie nie zamierzałem spędzać więcej niż jednej nocy.
2. Nie miałem bladego pojęcia, o której godzinie na takim polu mógłbym się zjawić…
3. …nie mówiąc o tym, że musiałbym go wcześniej szukać.
4. Oprócz jednego, żadne nie znajdowało się w miejscu, w którym CHCIAŁBYM nocować.
5. Koszt pobytu na niektórych polach przekraczał koszt noclegu nie tylko w hostelach, ale także w „normalnych” hotelach.

Poniżej przykład warunków korzystania z pól namiotowych w kilku miejscowościach, które przewijały się przez różne odcinki.

Nie trzeba być orłem z matmy prostej, żeby zauważyć, że współczynnik cena/jakość w porównaniu do hoteli kształtuje się lekko krzywo. Mając to na uwadze, namiot za każdym razem rozstawiałem „na dziko”. Na pytanie, czy to legalne, odpowiedź brzmi – w zasadzie nie.

Nie ma w Japonii czegoś takiego jak ziemia niczyja. Każdy grunt do kogoś należy (własność państwowa lub komunalna jest tu traktowana bardzo serio) i każdy, nawet najdzikszy teren, plaża, góra, wyspa, wulkan czy las jest przez kogoś administrowany. Nawet jeśli owa administracja ma charakter wyłącznie nominalny, twoje zachowanie na danym terenie, czy ci się to podoba czy nie, musi podlegać narzuconym przez administratora regułom. Ergo, o ile owe reguły nie zezwalają na dzikie biwakowanie (a nigdy nie zezwalają), namiotu bez pozwolenia rozbijać nie wolno.

Co można zrobić w takim razie w takiej sytuacji? Są dwa wyjścia:
a) uzyskać zezwolenie,
b) uprawiać „partyzantkę”.

Ja to może i bym nawet o pozwolenie występował, tyle że najpierw nie wiedziałem, że w ogóle trzeba je mieć (zostałem uświadomiony dość późno), a później często nie miałem kogo o nie zapytać. Zostawała więc partyzantka.

Większość „biwaków” urządzałem na polach bitew okresu sengoku, jednak aby o tym opowiedzieć, ten cykl musiałby mieć jeszcze z jakieś dziesięć odcinków. Dzisiaj będzie raczej o zabawnych sytuacjach, związanych z nielegalnym biwakowaniem, w innych, „niebitewnych” miejscach..
Miałem zacząć od biwaku pod Fuji-san, ale wątek tak się rozrósł, że …musiałem go usunąć. Może kiedyś do niego wrócę. Na razie tytułem wstępu tylko krótki film.

Teraz natomiast zapraszam na krótką rundę po mniej znanych miejscach.

#1. Isahaya

Isahaya to średniej wielkości miejscowość na Kiusiu. Zatrzymałem się tam tylko dlatego, iż miasto było moim punktem przesiadkowym w drodze do Shimabary. Niestety dotarłem tam po 23.00, czyli na tyle późno, że żaden pociąg do Shimabary tego dnia już nie jechał. Jedyne co mi zostało, to znalezienie miejsca pod namiot, możliwie niedaleko od stacji kolejowej.

Na mapie widać było, że w odległości mniej więcej dwóch kilometrów znajduje się jakiś zielony większy teren, oznaczony jako Joyama Park.

Ruszyłem zadowolony w tamtą stronę. Znaczy zadowolony byłem dopóty, dopóki płaska zielona plama na mapie nie zamieniła się w stromą górę w rzeczywistości. Podminowany zacząłem ją obchodzić i po przejściu nadprogramowych kilkuset metrów natrafiłem na wąską ścieżkę prowadzącą w głąb. „W głąb czego?” O tym za momencik.
Ciemno, że oko wykol, plecak urywa ramiona. Dostrzegam w świetle księżyca jakieś krzewy, a dalej chyba małą wiatę i za nią jakby polanę. Uskrzydlony niemal biegnę w tamtą stronę. Mijam wiatę. Nieważne. Wpadam na jakiś znak. Nieważne. Wpadam do płytkiego rowu. „Po cholerę tu ten rów?” Nieważne. Jest miejsce! Płasko, zasłonięte, można się rozbijać. Zmęczony zasypiam od razu.

Rano zignorowałem budzik i wstałem dopiero koło 7.00. Wyglądam przed namiot – wow, polana piękna, zero ludzi, słoneczna pogoda. Wychodzę, zakładam buty stojące w przedsionku, pakuję luźno porozrzucane rzeczy itd.

Zbieram cały majdan i kolejno niosę pod wiatę, żeby oczyścić podłogę namiotu z ziemi i takich tam. W pewnym momencie zaintrygował mnie znak, który minąłem w nocy, a który stał obok wiaty. Podszedłem trochę bliżej, aby mu się przyjrzeć.
Cóż…

napis głosi:
NIEBEZPIECZEŃSTWO
ŻMIJE
Isahaya City Czuj Się Zaskoczony itd…

Mała lodowata gąsienica przebiegła mi wzdłuż kręgosłupa. Zarządziłem natychmiastowy przegląd zawartości plecaka. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób:

Cóż, w życiu tak uważnie nie przeglądałem swoich rzeczy, normalnie jak blondynka w Zarze. Na szczęście żadnych sssyczących lokatorów nie było.

#2. Sakurajima

Sakurajima to chyba drugi najbardziej rozpoznawalny japoński wulkan po Fuji-san. Leży na najdalej na południe wysuniętej części Kiusiu, naprzeciwko Kagoshimy. Sakurajima jest wulkanem aktywnym, chyba od Fuji-san znacznie młodszym, bo od trzech stuleci, w czasie gdy Fuji milczał, jego południowy kolega „dochodził” trzy razy (w 1779, 1914 i 1946 roku), każdorazowo zalewając okolicę lawą i, de facto, zmieniając ukształtowanie terenu (w tym przekształcając wyspę w półwysep).

Od strony Kagoshimy można podziwiać wulkan praktycznie z każdego miejsca (chociaż najlepiej jest to robić z plaży Ise). Znaczy jedni podziwiają, inni klną. Problem leży w aktywności Sakurajimy. Czasami nawet kilka razy dziennie odbywają się takie seanse (gif przyspieszony sześciokrotnie):

Jeśli wiatr wieje od strony półwyspu, Kagoshima kaszle. Zresztą kaszel kaszlem – mnie się ciągle wydawało, że góra zaraz wybuchnie. Sama Ise mi się podobała. Czasami pojawiały się na niej jakieś oryginały wykrzykujące coś w kierunku wulkanu, ale oprócz mnie nikt w listopadzie tam nie leżakował. Cała plaża moja, a jako że nieco wcześniej stuknęła mi czterdziestka, chciałem sprawdzić, czy jeszcze dam radę i się nie połamię:

Po południu dopłynąłem na półwysep i zacząłem wspinaczkę w stronę wulkanu właśnie. Idąc od portu przez jakiś czas mija się lokalne gospodarstwa. Jako że powulkaniczne gleby są ponoć bardzo żyzne, uprawia się tu wiele rodzajów owoców i warzyw. Z owoców najpopularniejsze są cytrusy:

Natomiast jeśli chodzi o warzywa, to hoduje się tu na przykład rzepę.
Cóż, powiedzmy, że to efekt gleb wulkanicznych…

…a nie Fukushimy (aparat położyłem dla oddania skali).
Jakoś tak wolałem nie próbować.

Same gospodarstwa nie wyglądały na tyle zachęcająco, by rozbijać tam namiot, raz że właściciele patrzyli na mnie bykiem, dwa, że na co drugim domostwie wisiał taki oto plakat:

Dlatego też, na wszelki wypadek, postanowiłem jeszcze kawałek się wspiąć. Problem w tym, że powyżej, powiedzmy, linii zabudowań, ciągnie się piękny, ale mało przyjazny las bambusowo-tropikalny. Zachciało mi się egzotyki i postanowiłem podejść możliwie jak najwyżej. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje zamiary. Plecak okazał się zdecydowanie za duży na taką eskapadę i haczył o każdą możliwą gałąź, a mały scyzoryk to zdecydowanie nie maczeta, aby przeprawiać się przez coś takiego:

Po przejściu pewnie nie więcej niż dwóch kilometrów, co zajęło mi ponad godzinę, znalazłem prześwit z maleńką polanką, przez którą przebiegało coś w rodzaju wydeptanej ścieżki (na zdjęciu niewiele widać, ale ta ścieżka tam naprawdę jest).

„Pewnie lokalsi chadzają tędy po drzewo, czy po coś” – pomyślałem. Nawet jak mnie ktoś tu zobaczy, nikt nie powinien się przyczepić. Ogniska nie rozpalam, zieleni nie niszczę, śmieci nie zostawiam. Spox.

Rozstawiłem namiot zanim zaczęło się ściemniać…

…a następnie zjadłem gotowy posiłek kupiony w 7/11 (prawe zdjęcie zrobione nazajutrz, ale posiłek był taki sam).

W nocy las zaczął ożywać, rozbrzmiewając kakofonią niesamowitych dźwięków.

Nasłuchiwałem jakiś czas… a następnie położyłem się spać. Noc przyszła bardzo szybko, zasnąłem nie wiedząc kiedy.

Niuch…
Co to było? Eee, sen jakiś…
Niuch, niuch… Tryk. Coś mnie dotknęło przez ściankę namiotu.
WTF??? K… mać! Gdzie latarka? Co to jest?
Niuch, niuch, drap, drap, DRAP! – namiot się zakołysał.
K…! Gdzie ta cholerna latarka? JEST! Pstryk!
Szur, szur, szur, szur… – coś szybko odeszło. Pytanie na jak długo.
Spojrzałem na zegarek – druga w nocy. Wyjrzeć? A jak ten COŚ się przyczaił? Cholerna ścieżka – teraz skojarzyłem – nie była dla ludzi. Stwory ją sobie wydeptały. Tylko jakie stwory? Wegetariańskie czy …nie?
Tup, tup, tup. Szur, szur. Zwierzak wrócił z kolegą. Lub koleżanką, dla mnie bez różnicy. Słyszę jak się czają jakieś dwa metry dalej.
Czegoś się do mnie przyczepił?
Rozejrzałem się po namiocie. Holyszit! Wiem! Sushi i inne mocno wonne pierdoły z 7/11. Puste pudełko po kolacji i pełne pudełko na śniadanie, w temperaturze ca. 20 stopni, musiały być wyczuwalne aż do Kagoshimy. Za chwilę każdy czworonóg w okolicy będzie ciągnął do Restauracji pod Wściekłym Gaijinem. Te, które załapią się na sushi, zjedzą sushi, ale …co w takim razie będzie jadła reszta? Nie ukrywam, że wraz z kolejnym szur, szur zacząłem odczuwać coraz większy niepokój.
Przyszedł czas na melanż ostateczny.
Zgasiłem latarkę i poczekałem, aż stwory podejdą bliżej. Po paru minutach zaczęło się „niuchanie”, „trykanie” i drapanie ścianek namiotu. „Come closer my friends, come closer”. Kiedy cała konstrukcja zaczęła się bujać, zrobiłem…
Nie, nie wysadziłem się w powietrze, ani nie wyciągnąłem M60 z plecaka.
Zrobiłem coś znacznie… innego. Nabrałem powietrza w płuca, a następnie włączając latarkę, równocześnie uderzyłem z całej siły rękami i nogami w ścianki namiotu, wydając przy tym starosłowiański okrzyk bojowy: WYPIER…LAĆ!!!
„Niuchacze” i „trykacze” uciekając w popłochu chyba pozabijały się o drzewa, bo do rana żaden się nie pojawił.
Gwoli wyjaśnienia – do tej pory nie mam bladego pojęcia, co to było.

#3. Takamatsu

Takamatsu to jedna z czterech większych aglomeracji na Shikoku. Pojechałem tam bez większego celu, ot, chciałem zobaczyć jak wygląda ta „śródziemnomorska”, japońska wyspa. Tradycyjnie przyjechałem dość późno, a że akurat wypadał „tent day”, to musiałem znaleźć jakieś ustronne miejsce na biwak. Oczywiście gdybym zrobił to „za jasnego” …nie miałbym za bardzo o czym pisać. Ale, niestety, mam.

Najpierw było bardzo ciekawie. Malowniczy zachód słońca, później zagapiłem się na jakąś akcję z helikopterem. Ogólnie zeszło mi do wieczora. Nawet późnego.

Wcześniej zaplanowałem sobie, że namiot rozbiję w okolicy zamku, ale po dotarciu na miejsce okazało się, że zamek otacza „garden”, a nie „park”. O ile namiot w „parku” może jakoś ujdzie, o tyle namiot w „garden” na pewno nie – za coś takiego na pewno zobaczysz posterunek od środka (zdjęcie robione nazajutrz):

Tak więc zostało mi poszukać jakiegoś zielonego, nieuczęszczanego zbytnio, zasłoniętego terenu, najlepiej jak najbliżej dworca. Takich miejsc niestety w Takamatsu nie ma. Musiałem zatem obniżyć standardy i zrezygnowałem z „blisko dworca”. Wtedy pojawiło się kilka opcji, ale wychodziło, że do najbliższej „zielonej plamy” na mapie mam ze trzy kilometry. Dotarłem na miejsce, jak już było ciemno. Stoję przy drodze, oparty o barierkę i patrzę na ślicznie oświetlone miasto. Wyciągam aparat. Przy dłuższym czasie naświetlania więcej widać na fotografii niż w rzeczywistości, niestety wówczas nie obejrzałem zbyt uważnie zdjęć.

Pode mną widzę małą (jakieś 20 na 50 metrów) polanę, za nią płot, a za płotem nie wiem co, bo ciemno. Na lewo jakieś podświetlone na zielono domki, ale mniej intensywnie, więc pewnie okolica słabiej zaludniona.

Schodzę po schodach w stronę polany. Latarkę miałem wyłączoną, żeby nie przyciągała wzroku. Po omacku uderzyłem goleniem w jakiś kamień. Z bolącą nogą dowlokłem się w stronę oporowego muru i stwierdziłem, że rozbijam namiot tu gdzie stoję. Wiedziałem, że nie ma szans, aby ktoś mnie tu zobaczył. Od drogi zasłania mnie wspomniany mur, polana prowadzi donikąd, ergo, na pewno nikt nie będzie po niej chodził, a na pewno nie przed dziesiątą.
Namiot rozstawiony, czas na sen.

Nad ranem, parę minut po szóstej, słyszę jakieś głosy. Policja? Na szczęście nie. Ktoś tylko przechodzi trzy, cztery metry ode mnie! Apage satanas, myślę. Uff! Ucichło. Kilka minut później znowu ktoś przechodzi, głosów jakby więcej. Co się do cholery dzieje? Wyglądam z namiotu…
Jezu… czy raczej Buddo…
Kamień o który niemal roztrzaskałem nogę, zawierał informacje o sektorze i numerze alejki, zaś polana okazała się nowo otwartym, górnym tarasem miejskiego cmentarza. „Lokatorzy” leżeli na szczęście na tarasie niższym (nocne, zielone światło na zdjęciu powyżej), ale aby do nich dojść, odwiedzający musieli przejść koło mojej „kwatery”. W życiu tak szybko się nie uwijałem jak wtedy.

To jedyne zdjęcie, jakie byłem w stanie zrobić tego poranka.W tle, jak się przyjrzeć (zbliżenie na prawym ujęciu), widać moich „sąsiadów”.

Podsumowując. Generalnie w Japonii da się spać „na dziko” bez większych problemów.

Oczywiście ZAWSZE lepiej jest zapytać administratora terenu o zgodę (w większości przypadków taką zgodę się otrzyma) i/lub sprawdzić „za jasnego”, gdzie się namiot rozbija. O tym, jak się o taką zgodę pytać, aby ją otrzymać, jak rozwiązać problem wyżywienia i higieny – będzie w ostatniej części.

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Dobra, leżę. „Starosłowiański okrzyk” wejdzie na stałe do kanonu literatury polskiej, gdzieś chyba nawet przed „natenczas Wojskim” i blisko tuż tuż za „pieśnią o Małym Rycerzu” 😀

    • Nagato

      Najważniejsze, że był skuteczny 🙂

  • http://charlesnigma.pl/ Maciek Kwiatkowski

    Rewelacyjny tekst, chcę być jak Ty 😀