Kolebki klanów ninja

Pomijając czasy bardzo zamierzchłe i że się tak wyrażę korzenie korzeni, zasadniczo uznaje się, że ninjutsu i klany ninja wywodzą się ze środkowej Japonii – dawnej prowincji Iga (obecnie prefektura Mie) i południowej części byłej prowincji Omi – regionu Koga (obecnie prefektura Shiga). Dodatkowo z uwagi na fakt, iż największa obecnie organizacja nauczająca ninjutsu (Bujinkan) oparta jest na fundamentach szkoły Togakure-ryu, uznaje się, że trzecią kolebką jest mała wioska niedaleko Nagano o nazwie Togakushi (nosząca dawniej nazwę Togakure właśnie).

W każdej z tych miejscowości już od dworca biją w oczy wszechobecne ninjagadżety. Jak na ironię, najbardziej tajemniczy styl i wiecznie pozostający w cieniu wojownicy, mają dzisiaj najbardziej hałaśliwą i rzucającą się w oczy reklamę w historii. Po wyjściu z dworca w Iga przeciskasz się między takimi atrakcjami:

…a z dworca w Koga, nawet nie trzeba wychodzić:

W każdej z tych miejscowości znajdują się bardzo ciekawe muzea i w każdej czeka na zwiedzających masa atrakcji dodatkowych. Zbudowane lub odtworzone zostały tutaj „ninja yashiki”, czyli najeżone schowkami, pułapkami czy zapadniami domy, w których ninja, podobno, kiedyś mieszkali. Dzisiaj celowo bez zdjęć i filmów – wszystko, obiecuję, pojawi się wkrótce w naprawdę przystępnej formie.

W pobliżu muzeów pobudowano także tematyczne parki dla dzieci, z atrakcjami które bądź kojarzą się z tradycją shinobi:

…bądź z tą tradycją nie mają wiele wspólnego, ale są po prostu fajne:

Szkoda, że nikt mnie nie uprzedził, że przy mojej masie, wózek osiągnie pierwszą kosmiczną. Nikt też nie powiedział, że lepiej jest po drodze hamować, a amortyzującą poduszkę wypełniono, na moje odczucie, śrubami.

Ale zabawa jest tylko dodatkiem, ja przyjechałem tam w innym celu.
We wszystkich muzeach dominuje kolekcja „tematyczna”. Można tu znaleźć broń różnego rodzaju i przeznaczenia, w tym najpopularniejsze „gwiazdki”:

Poza tym spora część ekspozycji jest zazwyczaj poświęcona „odzieży roboczej”:

W masowej kulturze, za najpowszechniejszy strój ninja, uważany jest shinobi sozoku z charakterystycznym kapturem odsłaniającym jedynie oczy. Właściciele i administratorzy muzeów i parków, a także filmowcy, pisarze czy ilustratorzy mają świadomość, że prawdy w tym tyle ile w deklaracjach wyborczych kandydatów na europosłów, ale nikt z tą fikcją nie walczy. Wręcz przeciwnie – aktywnie wspiera się taki wizerunek:

I właśnie od kwestii stroju zacznę podróż po poszczególnych miejscowościach.

#1. Togakushi

Planując realizację swojego materiału, miałem zaplanowane, aby poszczególne odcinki kręcić właśnie we wspomnianym shinobi sozoku (bez kaptura rzecz jasna). Efekt tej przebieranki mnie lekko zaskoczył. Japończycy, a szczególnie dzieci, byli wniebowzięci 🙂 Oto krótki fragment z programu „Why did you come to Japan” (dalej WDYC2J):

Mała prawie nóg nie pogubiła 🙂 W samym muzeum nie było inaczej:

Jak na Krupówkach, brakowało mi tylko białego futra.

W takich miejscach jak to, rolę „zakopiańskiego misia” zazwyczaj pełni, znacznie popularniejszy tutajtengu, będący częstym motywem towarzyszącym klanom shinobi. W Togakushi, Iga czy Koga jest w on zasadzie wszechobecny. Kim jest tengu?

To długonose… (powiedzmy, że chodziło o nos), bóstwo, goblin, mitologicznie powiązane z klanami ninja (między innymi). Motyw tengu bardzo często przewija się w japońskiej kulturze. Pojawia się w filmach, książkach, komiksach, ale także na …pomnikach, również w miejscach które z ninja nie mają nic wspólnego.

Dlaczego o nim wspominam? A, mam do gościa sentyment – tak się nazywa moja sekcja i taki też mam „oficjalny” pozajoemonsterowy pseudonim.
Bez skojarzeń proszę.

#2. Koga

Jako, że towarzyszyła mi ekipa TV Tokyo, pojawiło się mnóstwo dodatkowych możliwości, otwarło się kilka zamkniętych drzwi, a z uwagi na powszechny brak znajomości angielskiego, mój konwersacyjny japoński podniosłem na poziom ekspert …dzięki pośrednictwu Yui Toratani.

Kiedy dojechaliśmy do Koga, okazało się, że w poniedziałki muzeum jest nieczynne. Pech… normalnie musiałbym pocałować klamkę, ale Mizuno gdzieś zadzwonił i za chwilę pod bramę podjechał samochód z panem Shunichiro Yunokim, właścicielem parku i zarazem kustoszem muzeum.

Nie dość, że cały park, muzeum i kustosza miałem na wyłączność, to jeszcze okazało się, że Yunoki-san jest spadkobiercą jednej z tradycji Koga-ryu i jednym z największych ekspertów w zakresie historii klanów ninja na świecie.

Muzeum – bajka. Dom ninja – najbardziej realistyczny ze wszystkich (na końcu będzie mała historia z tym związana). Wiedza pana Yunoki – klękajcie narody, a do tego „prywatna” tłumaczka. Usiedliśmy koło dziesiątej rano. Moi towarzysze byli ożywieni jak rzadko. Malowane słowami obrazy i niesamowite historie, pobudziłyby wyobraźnię najbardziej znudzonych laików. Mizuno z TV Tokyo (było nie było, telewizji produkującej m.in. serial Naruto), zdradził mi później, że nie miał pojęcia, że własna przeszłość może być tak fascynująca. Poniżej – dla pasjonatów raczej, fragment w którym Yunoki prostuje moją wiedzę na temat najbardziej znanego epizodu z historii klanów ninja – czyli „przemytu” przyszłego szoguna Tokugawy w asyście shinobi, przez terytorium Iga.

Skończyliśmy przed zmierzchem, jakieś 30 GB nagrań później. A jeszcze do wieczora pojechaliśmy na historyczny cmentarz na którym, leżeli pochowani przywódcy różnych klanów oraz ich co bardziej znani wojownicy.

Kiedy znaleźliśmy się ponownie na dworcu, moją uwagę przykuła pewna nieścisłość. We wszystkich książkach czy filmach (w tym japońskich) poświęconych ninja z tej prowincji, używa się nazwy Koga, natomiast nad dworcem, w rozkładach jazdy czy w googlemaps ta sama nazwa figuruje jako Koka:

Skąd ta, pozorna jak się okazuje, rozbieżność – wyjaśni Yui:

 

#3. Iga

Trochę inaczej było w Iga, najbardziej znanej praojczyźnie klanów ninja. Gospodarz, pan Hanzo Ukita był zaskoczony i zarazem zachwycony naszą obecnością.

Okazało się również, że oprócz nas (w sensie – TV Tokyo), pojawiła się tam inna ekipa z kamerą. Patrzę, twarze znajome, kaliforniski akcent – nie wierzę… Jonathan Legg i chłopaki z Discovery Channel, z programu Road Less Traveled. Od razu zrobiło się jakoś tak bardziej światowo.

Oprócz podobnej do tej z Yunoki-sanem, długiej rozmowy, Ukita-san wraz ze swoją grupą demonstracyjną, zorganizowali dla nas specjalny pokaz (mimo, iż było już po sezonie). Zebrali zaskoczonych, krzątających się po parku turystów na widownię, a następnie dali naprawdę fantastyczne przedstawienie. Uwagę na arenie przykuwała kunoichi (po naszemu „nindżadziunia”) Mio – prywatnie absolwentka gimnastyki tokijskiego AWF. Poznałem ją przelotnie w 2011 (zdjęcie z lewej), ale dopiero teraz (zdjęcie z prawej) miałem okazję normalnie z nią porozmawiać.

Czego by nie powiedzieć, wyładniała przez te dwa lata i jakby trochę urosła?

Tak czy tak dziewczyna jest bardzo sympatyczna a udzielając odpowiedzi na nie zadane pytanie, odpowiadam – nie, nic nie było 🙂

Poniżej mała próbka umiejętności grupy Ashura, czyli Mio vs. Hanzo Ukita w czasie pokazu (zwróćcie uwagę na „subtelną” oprawę dźwiękową):

Po pokazie i rozejściu się „cywilów”, na arenie zostaliśmy tylko my oraz Jonathan Legg ze swoją ekipą. I teraz zaczęło się najlepsze. Dali nam wszystkie zabawki, których używali, łącznie z mieczami kutymi przez jakichś starodawnych masta, abyśmy trochę się nimi pobawili. Oto Jonathan w czasie tameshigiri (próby cięcia). Chłopak pierwszy raz trzymał taki miecz w rękach…

…aż się wszyscy spocili kiedy go chował – to ostrze naprawdę przecina włos w powietrzu. A jak tnie autor artykułu? Wszystko w swoim czasie 🙂

Poza tameshigiri, mieliśmy okazję sprawdzić się w rzucaniu shurikenami. Zaczyna Mizuno z TV Tokyo:

Generalnie – fantastyczny dzień. Po wieczór rozeszliśmy się w naprawdę świetnych nastrojach.

Mała anegdota

Otóż po emisji programu (WDYC2J) z moim udziałem, Yui podesłała mi adres strony z jakimś forum, na której tenże odcinek był szeroko komentowany. Wpisy były rzecz jasna po krzaczkowemu, ale „Yoda”, czyli bingowy czy googlowy tłumacz automatyczny, całkiem nieźle dawał z tym sobie radę. Zaskoczyła mnie ilość wpisów – szła w tysiące i ich wymowa. Ogólnie, ludziom bardzo się podobało, że gaijin interesuje się ich historią, wielu zainspirowało spanie w namiocie na polach bitew, ktoś tam przytoczył w dziesięciu chyba postach całą historię Polski, pojawiło się kilkunastu ekspertów od wytykania jakichś chorych detali i drugie tyle punktujących tych co punktowali wcześniej – słowem jak u nas. Generalnie czytało się to bardzo, bardzo sympatycznie. Moją uwagę przykuł jednak jeden, niepozorny wpis. Mianowicie jakiś chłopak zwrócił uwagę na scenę, która była nakręcona w „domu ninja” w Koga.

Zwiedzający mają tam możliwość przemieszczania się między pomieszczeniami, systemem ukrytych przejść, a że przewroty w różnych formach stanowią bazę treningu ninjutsu, a ja osobiście bardzo je lubię, to postanowiłem, że owo przemieszczanie trochę sobie urozmaicę.

Otóż komentujący umieścił wpis który brzmiał (mniej więcej) tak:

programie cośtamcośtam w TV, jak jakiś bardzo podobny to tego gaijin, odwalał podobny show w jakimś muzeum”.

Na ten wpis odpowiedział mu inny, że też widział, że było zabawnie itd.” I koniec. Nikt już do wątku nie wracał. Chwilę się zastanowiłem – z pełnego komentarza wynikało, że miało to miejsce nie dalej niż rok dwa lata wcześniej. Im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej czerwieniły mi się uszy… Jedyne myśli jakie chodziły mi po głowie brzmiały: „przecież to niemożliwe” i „nikogo tam nie było, sprawdziłem kilka razy”. W czym rzecz. Otóż w 2011 r. wybrałem się między innymi na Dejimę (w Nagasaki), do dawnej holenderskiej faktorii. Przestrzeń muzeum jest dosyć spora (jak na muzeum) i wówczas byłem jednym z nielicznych zwiedzających. Jedno z pomieszczeń po prostu kusiło. Stary pokój, wyłożony tatami. Barierek nie było, ochrony nie było, butów nie miałem, więc zakładałem, że jeśli wejdę na środek i zrobię sobie jedno zdjęcie w samurajskim siadzie (seiza), to przecież nic złego się nie stanie. Nastawiłem aparat i usiadłem. Cóż, od siadu do przewrotów, a następnie salt i pokrewnych „niemuzealnych” zachowań był tylko krok.

Trwało to może z kwadrans, ale tak czy tak, na pewno nikogo w tym czasie w tym pomieszczeniu nie było. Czyli to chyba nie o mnie? Coś jednak nie dawało mi spokoju. Próbowałem znaleźć stronę tego „cośtamcośtam” programu, ale ichni internet jest jak dżungla, przebrnąć bez przewodnika – nie da rady. Zapytałem więc Yui, ale odpisała, że programu nie zna. Myślę, ok, pewnie nic takiego. Ale na wszelki wypadek zaczepiłem jeszcze jedną znajomą, Yuki. Ku mojemu zdziwieniu odpisała, że zna i że to jeden z jej ulubionych freak show, w którym prezentowane są między innymi zabawne nagrania z …monitoringów.

Dalej wolałem nie pytać.

Mimo wszystko łudzę się, że był to tylko zbieg okoliczności…