W 2013r. Polacy wypili 38,2 mln hektolitrów piwa. Wychodzi, że statystyczny Polak (wliczając w to niemowlęta, emigrantów i abstynentów) wypija rocznie coś koło 100 litrów tego trunku. Gdyby jakimś cudem udało się zamienić wodospady Niagary w browar, to na zaspokojenie polskiego rynku piwnego, potrzebowałyby one …niecałych 24 minut.
W oczekiwaniu na tenże cud, z chęcią przedstawię kilka ciekawostek dotyczących owego niezwykłego miejsca.

#1. Remi.

Jest 9 rano, na dworze niecałe 4 stopnie. Jak na początek grudnia w Toronto, jest nadspodziewanie ciepło. Pod hostel przy College Street zajeżdża biała Honda. Wysiada z niej sympatyczny gość, którego nigdy wcześniej nie widziałem, ale z którym zgadałem się przez fb.
– Gotowy? – pyta Remi.
– Jasne – odpowiadam pakując się do środka.
Remiego poznałem kilka lat temu na jakimś forum o sztukach walki. Na co dzień pracuje jako Head of Public Services (cokolwiek to jest) na University of St. Michael’s College w Toronto, a po godzinach naucza, jakże by inaczej, ninjutsu.
Wyjeżdżamy z miasta…

…droga nad Niagarę zajmie nam dwie godziny. Wypytuję Remiego jak znalazł się w Kanadzie.
– W Polsce bylem zbuntowanym nastolatkiem – mówi – grałem w punkowo-reaggae’owych kapelach w latach osiemdziesiątych (nawet zakwalifikowaliśmy się do Jarocina 1984). Robiłem teatr uliczny i teatr ruchu, a od podstawówki ćwiczyłem kyokushinkai. W końcówce lat 80-tych wyjechałem do Austrii, a stamtąd do Włoch. We Włoszech uzyskałem permesso di soggiorno (pobyt stały i pozwolenie na pracę). Niestety studia dla cudzoziemców były tu zbyt drogie, więc krótko potem wyjechałem za ocean, nie wiedząc że Europa się zjednoczy ani, że komuna upadnie. Jako Kanadyjczyk mogłem sobie pozwolić na naukę na prestiżowej uczelni – pracując w tym samym czasie po nocach. Chciałem wracać do Europy po studiach, ale zatrudnili mnie na Uniwersytecie na ostatnim roku – i dlatego nigdy nie opuściłem Toronto.
– Zimno tu – mówię – nie przepadam za takim klimatem. Najbardziej lubię wiosnę i jesień.
– No to Toronto by ci raczej nie przypasowało. Ja lubię zimę, a pory roku mamy tu w zasadzie dwie. Zima i lato. Wiosna trwa jeden dzień, a jesień jest tylko teoretyczna.
Znaczy źle trafiłem.

#2. Ice wine.

Jedziemy wzdłuż wybrzeża Ontario. Mijamy Oakville, Burlington, Hamilton. Patrząc na przydrożne znaki, mam mocno zdziwioną minę. Otóż na zewnątrz zazwyczaj panują chłody i mróz, a tu co chwilę widać zjazd na …winnice.

Remi się śmieje.
– Hehe, czekałem kiedy zapytasz. Wielu to dziwi. Kanada jest największym na świecie producentem ice wines (win lodowych).

Co to takiego? Hodowcy w tym rejonie czekają na mróz. Zamarznięte na kość dojrzałe grona są zrywane, a następnie nadal w formie zamrożonej poddawane są wyciskaniu. Uzyskane tą metodą wina są słodkie i bardziej „oleiste”, czy jak to się mówi ekstraktywne. Do tego są drogie w cholerę. Ceny zaczynają się od 30 – 40 dolarów, za butelkę, czy raczej buteleczkę o poj. 200 – 375 ml. Co ciekawe, nie widziałem nigdzie większych, same „małpki”. Na depresyjną solówkę jakąś, czy co?
Ale oto pojawia się coraz większa ilość szyldów oznajmiających, że zbliżamy się do głównej atrakcji regionu. Niagary.

#3. Rzeka.

Amerykańsko (czy raczej „stańskozjednoczono”) – kanadyjska granica jest najdłuższą na świecie granicą międzypaństwową. Jej długość wynosi 8893 km. To więcej niż wynosi odległość z Poznania do …Tokio. Niewielki fragment granicy przebiega środkiem Niagary. Technicznie nie ma problemów aby przekroczyć ją mostem, jednak Remi, było nie było od wielu lat Kanadyjczyk, po swoich doświadczeniach z tutejszymi pogranicznikami wzdryga się na samą myśl. Zostajemy po stronie kanadyjskiej.

Termin „Niagara” wywodzi się z języka Irokezów i pochodzi od słowa Onguiaahra oznaczającego cieśninę. Zasadniczo, mówiąc „Niagara”, wszyscy mają na myśli wodospady, chociaż precyzyjniej rzecz ujmując, to nazwa krótkiej (ma wszystkiego 58 km długości) rzeki, łączącej jezioro Eire z jeziorem Ontario. Co ciekawe, z uwagi jej meandry, w okolicach słynnego wodospadu, Kanada znajduje się na południu a USA na północy.

Po obu stronach rzeki znajdują się miasta o identycznych, niezwykle oryginalnych nazwach czyli Niagara Falls (w tym rejonie niemal wszystko nazywa się „Niagara Cośtam”, albo „Cośtam Falls”). Typowo turystyczne miejscowości, z typowo turystyczną zabudową.

Wróćmy jednak do rzeki.

mapka3a

Różnica wysokości między lustrami jezior wynosi aż 99 metrów, ale aż do znajdujących się w pół drogi legendarnych wodospadów, woda opada jedynie o 2,7 metra. Co to oznacza? Że w drugiej połowie biegu, rzeka musi jakoś wyrównać brakujące 96,3 m. Na ile pomagają w tym wspomniane wodospady? Dość znacznie.

#4. Wodospady.

Dlaczego piszę „wodospady” a nie „wodospad”? Ponieważ są dwa (lub trzy, zależy jak liczyć).

American Falls, leżący po stronie amerykańskiej (z lewej) i niemal w całości kanadyjska „podkowa” czyli Horseshoe Falls (z prawej). Trzecim wodospadem jest trochę sztucznie wydzielony z American Falls, Bridal Veil Falls.

Wodospady mapka

 

Pomijając średni przepływ wody, pozostałe parametry wodospadów nie są specjalnie imponujące.
Może trudno w to uwierzyć, ale w rankingu wysokości Niagara lokuje się dopiero w okolicy 500 miejsca. Najwyższy wodospad na świecie, wenezuelski Angell Falls jest siedemnaście razy wyższy (979 m).
Niagara Falls nie są także uznawane za najpiękniejsze. Ów zaszczytny tytuł przypada afrykańskim Wodospadom Wiktorii zaliczanym do Siedmiu Naturalnych Cudów Świata.
Jednak czego by o Niagarze nie powiedzieć, na pewno należy do najbardziej znanych. Prosty test. Poproście znajomych o wymienienie trzech dowolnych wodospadów. Diamenty przeciw kamieniom, że znajdzie się tam Niagara.
Całkiem możliwe nawet, że tylko ona.

#5. American Falls i Bridal Veil Falls.

Oba wodospady są o tyle ciekawe, że ich najbardziej znany pejzaż prezentowany na niezliczonych fotografiach i obrazach przedstawia się następująco:

Patrząc na powyższe zdjęcia, odnosi się wrażenie, że spadająca woda ginie gdzieś w tajemniczych odmętach setki metrów poniżej. Niestety nie ma tak pięknie. Widoki są prezentowane w taki sposób aby nie było widać głazów piętrzących się tuż poniżej linii kadru. Nominalnie wodospad ma w tym miejscu wysokość 54 metrów, ale wysoko położona linia skał powoduje, że faktyczna wysokość oscyluje w granicach …21 metrów. Dodatkowo z uwagi na szerokość American Falls (która razem z Bridal Veil wynosi aż 323 metry), patrząc od strony kanadyjskiej, cała kompozycja sprawia wrażenie mało proporcjonalnej.

#6. Horseshoe Falls.

Kanadyjczycy pobudowali po swojej stronie wypasioną infrastrukturę: drogi, hotele, kasyna itd. Wszystko z myślą o tym aby przyjeżdżający turyści mogli w spokoju wydawać pieniądze delektując się widokiem wodospadów, a szczególnie Horseshoe Falls.

Problem w tym, że słynna „podkowa” nie do końca to lubi i z roku na rok coraz bardziej spiernicza na wschód. Nie jest to może tempo imponujące, ale jak to mówią, kropla (nomen omen) drąży skałę. Do początków dwudziestego wieku, w wyniku postępującej erozji, wodospad potrafił przesuwać się nawet w tempie 1 – 1,5 metra rocznie. Dość powiedzieć, że od połowy XVII wieku, Horseshoe Falls cofnął się o prawie 250 metrów!

Gdyby nie prowadzono prac zabezpieczających, właściciele hoteli mieliby powód do niepokoju. Dzisiaj mogą jednak spać spokojnie – udało się spowolnić tempo erozji do jednej stopy (30 cm) na 10 lat. A jakie są prognozy? Nienajlepsze. American Falls wyschnie w ciągu 2 tys. lat, Horseshoe wypłaszczy się w ciągu kolejnych 13 tys. lat, a w ciągu 50 tys. wodospady na Niagarze znikną zupełnie. Pocieszać się można, że z pewnością nie będziemy mieli okazji zobaczyć czy owe przewidywania się sprawdzą.

#7. Winter is coming.

Staliśmy tak obserwując wodospady przez jakąś godzinę. Ogarniała mnie coraz większa irytacja. Było zimno, pochmurno, wietrznie, momentami nieprzyjemnie mżyło, a do tego, jak na tą porę dnia, było szarawo. Nie miałem kontenera obiektywów, aby dostosować jakiś do tych warunków i zdjęcia wychodziły po prostu słabe. Już miałem zacząć malkontencić, kiedy odezwał się Remi:
– Wiesz co, ty to masz cholerne szczęście! Dwa tygodnie temu całe Ontario stało, nie dojechałbyś tutaj przez zaspy. Od tego czasu niemal codziennie nas tu mrozi, a dzisiaj trafiła ci się taka super pogoda.
Ugryzłem się w język. Popatrzyłem na niebo, chmury zaczęły się rozchodzić i pojawiły się delikatne promienie słońca, a jako zwiastun dobrej pogody przysiadła koło nas mewa.

Problem w tym, że ręce miałem tak zgrabiałe, że nie miałem już ochoty na robienie kolejnych zdjęć, a poniższy, przypadkowo nagrany komentarz, mówi sam za siebie 🙂

****************************************

Nowa zagadka:
Generalnie w miejscowościach takich jak Niagara Falls niemal wszystko jest tak urządzone, aby wyciągnąć z kieszeni przyjeżdżających gości możliwie jak największe sumy. A związana z tym zagadka, pojawia się na poniższym filmiku (dla niecierpliwych, około 3:00).

***************************************************

W części drugiej (TUTAJ) – Czy można przeżyć upadek z Niagary? Dlaczego prawdziwy kolor rzeki i wodospadów wymaga graficznego „podkręcania”? Skąd pomysł aby w mroźnym klimacie budować „kanadyjskie”, lekkie, drewniane domki? Zapraszam 🙂

 

W drugiej, ale z pewnością nie ostatniej części spaceru po Sydney, poznacie niesamowitą uliczną kontorsjonistkę, zobaczycie prawdziwych „morskich kanarów” i będziecie świadkami wyzwania rzuconego australijskim surferom na jednej z najbardziej znanych plaż na świecie – Bondi Beach. Nie, na desce pływał nie będę – na tym się nie znam, ale sądzę, że i tak będzie ciekawie 🙂

#1. Circular Quay

Centrum Sydney jest bardzo zwarte. Od dworca głównego, do będącego turystyczną mekką Circular Quay jest może ze 20 minut piechotą. Tam właśnie znajduje się większość atrakcji miasta w tym Opera, most, ogród botaniczny i przystań promowa. Będąc na miejscu odnosi się wrażenie, że wszyscy ciągną właśnie tutaj. Przy nabrzeżu cumują rotacyjnie największe wycieczkowce świata.

sydney-45

Na nabrzeżu z kolei wystawiają się różnego rodzaju uliczni artyści. Jedni prezentują swój talent manualny…

sydney-43

inni  muzyczny…

sydney-64

…a wielu wykonuje spektakularne pokazy rodem z Mam Talent.

sydney-55

Zazwyczaj tego typu występy nie przykuwają jakoś specjalnie mojej uwagi, ale w tym przypadku poświęciłem jakieś pół godziny, aby zobaczyć, czy niespecjalnie filigranowa kobieta…

sydney-48

…po szeregu dość specyficznych akrobacji z przypadkowymi przechodniami…

sydney-46

…naprawdę ma zamiar zmieścić się w takiej oto skrzynce:

skrzynka — kopia (2)

Tutaj rezultat tej próby. Efekt finalny pojawia się w 11 minucie,  ale przyznaję, że o ile zawsze skracam filmiki do góra trzech minut, ten jeden ma ich czternaście. Warto zobaczyć całość choćby tylko po to, aby przyjrzeć się stronie warsztatowej. W jaki sposób australijska kontorsjonistka gromadzi sporą publiczność, buduje świetną atmosferę, robi ab-so-lut-nie przezabawny pokaz i do tego wplata na tyle ciekawie zaaranżowaną prośbę o datki, że ludzie sami sięgają po portfele. Marketingowy geniusz!

Ale miałem pisać o czymś innym.

 

#2. Prom

Aglomeracja Sydney jest w znacznej większości ulokowana w szerokim i bardzo nieregularnym ujściu rzeki Parramatta, natomiast od strony wschodniej, miasto graniczy z oceanem, a w zasadzie z Morzem Tasmana. Dlatego też bardzo popularną formą komunikacji miejskiej są promy.

sydney-50

Z przystani na Circular Quay wypływają promy we wszystkich możliwych kierunkach. Część z nich to stateczki raczej zabytkowe, ale zdecydowana większość, to szybkie łodzie motorowe.

Prom

Oczywiście niemal wszyscy pasażerowie, a na pewno wszyscy turyści okupują pokłady zewnętrzne. Roztacza się z nich naprawdę przepiękny widok na wybrzeże.

sydney-32 — kopia

W czasie rejsu na Garden Island, trudno mi było skupić się na krajobrazach. Otóż moją uwagę przykuwała jakaś matka-kretynka, która niemal całą drogę próbowała chyba pozbyć się dziecka. Kamerę włączyłem krótko przed przystankiem końcowym, więc nie zarejestrowały się naprawdę niebezpieczne sceny – kiedy chłopczyk był sadzany na rurze od zawietrznej i momentami trzymany tylko …jedną ręką.

Czy skoczyłbym gdyby chłopca zwiało? Oczywiście. Chociaż szanse jego uratowania byłyby bliskie zeru.  Prom płynął z prędkością 46 km/h co oznacza że w ciągu sekundy pokonywał 12-13 metrów. Moja reakcja z definicji byłaby opóźniona o jakieś 3 sekundy, a to oznacza, że nie potrafiący pływać maluch, musiałby przynajmniej 20 kolejnych sekund utrzymywać się na powierzchni spienionego nurtu kilwateru.
Dobrze, że to tylko teoria.

Od Garden Island aż do Gdzieśtam Dalej na Wschód, płynąłem innym promem. Tu z kolei w pewnym momencie na pokładzie zapanował lekki popłoch. Mianowicie pojawiły się najprawdziwsze kanary.

sydney-34 — kopia

Było to o tyle dziwne, że w Sydney nie ma chyba możliwości aby wsiąść na prom nie okazując wcześniej biletów. Widać co jakiś czas trafiają się jednak gapowicze. Zastanawiało mnie, co robią jak takiego złapią?

 

#3. Bondi

bondi

Po drugiej stronie zatoki Watsona znajduje się Bondi Beach. Po Waikiki, to kolejna plaża uchodząca za najbardziej znaną na świecie. Mekka surferów i całego tego słonecznopatrolowego lansu. Cóż, urzeka, ale żeby nie było zbyt landrynkowo, napiszę o …rozczarowaniach.

Rozczarowanie nr 1. Pierwsze wrażenie podobne jak w większości tego typu sytuacji, znaczy obiekt na filmach/zdjęciach wydaje się po prostu większy. Bondi bez problemu da się ogarnąć w całości wzrokiem. Ma wszystkiego pewnie kilometr długości, w najszerszym miejscu może będzie miała siedemdziesiąt metrów. Piasek – bałtycki, może odcień jaśniejszy. Słowem takie Świnoujście.

W wodzie pełno misiów, większość zawzięcie ćwiczy surfing.

sydney-65

Rozczarowanie nr 2. Oczekiwałem fal jak w Point Break, takich wiecie, co to zawijają się w tunel i spokojnie człowieka nakryją, a tu, panie, Bałtyk. Fale wprawdzie są, ale przy porównywalnych, nawet nasi ratownicy wywieszają białą flagę (btw, o ‚flagach’ będzie za chwilę).

sydney-38

Rozczarowanie nr 3. Może i plaża i fale jak nad Bałtykiem, ale oczywista przewaga Bondi nad Świnoujściem leży oczywiście w temperaturze wody. Znaczy powinna. Szybko się przebrałem i ziuuuu do oceanu.
Po same kurdę kostki.

temp bondi(z lewej temperatura powietrza, z prawej wody, pół minuty po wyciągnięciu zegarka z oceanu) 

Wyskoczyłem szybciej niż wszedłem. Może trudno uwierzyć, ale latem nasz Bałtyk jest… cieplejszy. Tak, wiem, że średnioroczna temperatura wody w Bondi jest o kilka stopni wyższa, ale wtedy (koniec października) tych stopni było tam tylko 19! Trzeba być desperatem żeby w czymś takim, godzinami ćwiczyć ‚jazdę’ na deskach. Tym bardziej mnie dziwiło, że wśród ćwiczących największą grupę stanowiły kilku- i kilkunastoletnie dziewczynki.

sydney-36 — kopia

Jakby miały problem ze zrozumieniem, że woda jest naprawdę zimna i nieprzyjemna.

 

#4. Wyzwanie

Jako, że z kąpieli nici, przeszedłem promenadą z południa na północ. Piątkowe popołudnie, słońce świeci, tłum się zagęszcza. Niunie na wrotkach, lanserzy na deskorolkach i wszechobecni japońscy turyści. Doszedłem do fit-station, takiej jakby siłowni na powietrzu. Co ciekawe, za sprzęt robiły tam wyłącznie drążki do podciągania i różnego rodzaju poręcze.
Na „station” jak na filmach: bojki się popisują, niunie prezentują. Usiadłem na ławce, czyszczę obiektywy i obserwuję jak kilku gości próbuje ćwiczyć tzw. flagę. Utrzymują góra ze dwie sekundy i koniec, ale fakt, ćwiczenie jest naprawdę trudne. Po chwili, jeden z nich dosiadł się do mnie. „Zostaw ten aparat meeen, to miejsce do ćwiczeń, trochę się poruszaj” zagaduje. Korciło mnie już wcześniej, czekałem na impuls, na znak-sygnał. Podaję aparat gościowi i mówię, żeby zrobił mi zdjęcie. Jako, że mój rekord przy fladze to około 8 sekund, nonszalancko dodaję, że nie musi się spieszyć.

sydney-40

Niestety moja silniejsza, lewa ręka jest przeciążona i jako podporowa odmawia posłuszeństwa. Dookoła pojawiają się ironiczne uśmiechy. Tracę twarz. Zmieniam stronę – nie mam wyjścia, pęknę, a wytrzymam przynajmniej te 8 sekund.

sydney-41

Sztuczny uśmiech i liczymy – 1, 2…  …8, 9, 10… i odpadłem. Oklaski zewsząd. Polish Power wymuskane mięczaki! Łapiąc oddech pytam od niechcenia czy ktoś przyjmuje wyzwanie?
– Max tak potrafi  – rzuca mój towarzysz  –  a nawet dłużej, mejt. Zaraz przyjdzie. Wołajcie Maxa!
Po chwili nadchodzi. Cóż, wypisz, wymaluj Matthew McConaughey. Metr dziewięćdziesiąt, zbudowany jak grecki bóg, filmowy wzorzec australijskiego surfera. Wygląda jakby pół życia spędził na desce, a drugie pół na siłowni. Przyszedł i …usiadł koło mnie.
– Eee, a flaga mejt? – pytam.
– Flaga? Jaka flaga? – sufer patrzy na mnie zdziwiony – to nie dla mnie, meeen, musisz poczekać na Maxa.

Właściwy Max zjawia się po minucie. Jest również wysoki i w zasadzie na tym podobieństwa się kończą. Facet ma zielony t-shirt, przeciwsłoneczny daszek i …pięćdziesiątkę na karku.

Nie tego się spodziewałem. Max wydaje się trochę skrępowany, ale rozlegające się zewsząd okrzyki „Max! Max!” robią swoje. Trochę się boję, że zrobi sobie krzywdę. Max jedną ręką chwyta drążek, drugą opiera się o słup i wykonuje …najdoskonalszą flagę jaką w życiu widziałem. Utrzymuje ją kilkanaście sekund, po czym jakby dla zabawy, lekko, bez wysiłku przeskakuje między rozwieszonymi co dwa metry drążkami.

 

max(niestety kamerę włączyłem ciut  za późno, wcześniej po prostu mnie zatkało)

Usiadłem sobie cichutko i wróciłem do czyszczenia obiektywów 🙂

Epilog (dopisany 27.04.2015r.)

Internet to jednak niesamowite miejsce. Aż do dnia publikacji tego artykułu (czyli dobrych kilka miesięcy)  zastanawiałem się kim był ów tajemniczy Max, pięćdziesięciolatek o sprawności marvelowskich superbohaterów.
Zasadniczo, prawie każdej osobie przewijająca się w moich reportażach zmieniam imię, ale tu zrobię wyjątek i ujawnię prawdziwą tożsamość.
Facet naprawdę ma na imię Marcus (to wiedziałem), ale, jak wspomniałem, nie miałem pojęcia kim jest. Dzięki jednemu z wpisów w komentarzach (dzięki wielkie @ambicja!) moja ciekawość została zaspokojona.  Jeśli chcecie zobaczyć jak można wyglądać i co można osiągnąć w tym wieku wejdźcie na stronę Marcusa: http://www.marcusbondi.com/

Warto też obejrzeć krótki film:

Czyli  jednak żaden wstyd, że odpadłem. Uff… 🙂

…………………………………………….

 

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi 🙂

 

 

Najsłynniejszy gmach w Sydney i w ogóle w całej Australii. Niektórzy twierdzą, że architekt wzorował się na żaglach, inni że na pomarańczy. Jednak kiedy przyjrzeć się bliżej, trudno nie odnieść wrażenia, że inspiracją było zupełnie coś innego.
A może …za dużo JoeMonstera 🙂

A jak było naprawdę? Może najpierw krótkie wprowadzenie.

Niby nią nie jest, ale jak kogoś zapytać o stolicę Australii, 9 na 10 osób wskaże Sydney (ta jedna powie, że Melbourne, co zresztą też nie jest prawdą). Miasto czy raczej aglomeracja, powszechnie jest kojarzona w zasadzie z czterema rzeczami: Operą, mostem Harbour, Sydney Tower i plażą Bondi. Na krótki pobyt wystarczy,

#1. Opera.

Każdy kto przyjeżdża do Sydney musi zobaczyć/dotknąć/odwiedzić (w zależności od zasobów czasowo-gotówkowych) gmach Opery. Takie są zasady. Ta najsłynniejsza budowla w Australii i jeden z najbardziej znanych gmachów na świecie, powstawała w niesamowitych bólach.

Na ogłoszony w 1954 roku konkurs – wpłynęły 233 projekty. Główną nagrodę (5000 GBP) wygrał rok później później duński architekt Jørn Utzon, mimo iż …projektu nie dostarczył, a jedynie wizualizację. Kamień węgielny wmurowano dopiero po czterech latach, w 1959r. Niestety i to okazało się zbyt szybko, bo wielu architektonicznych założeń nigdy wcześniej nie wdrażano w praktyce, co powodowało konflikty i przestoje na placu budowy, na którym, zdaniem wyspiarzy, panował kompletny bur… znaczy bałagan. Po kolejnych kilku latach, poziom irytacji sięgał zenitu, co skrzętnie wykorzystywali politycy: nie dość że Duńczyk, to jeszcze guzdrała. Co gorsza cholernie droga guzdrała.

W 1966r. Utzon obraził się na Australijczyków i opuścił w niesławie kontynent. Budowę ukończono po czternastu latach od jej rozpoczęcia. Finalnie szacowany koszt (102 mln UAD) stanowił równowartość dzisiejszych 860 mln UAD czyli 2,6 mld PLN. Jak za jedną, nawet tak niepowtarzalną konstrukcję, to sami przyznacie – trochę dużo. Z otwarciem gmachu czekano do moich narodzin czyli do 1973r. Było bardzo uroczyście, brytyjska królowa i w ogóle, i wszyscy nagle stwierdzili, że Opera jest po byku, tylko …Duńczyka nie zaproszono.

Utzon na rehabilitację musiał czekać bardzo długo. Opera w ciągu kilku lat stała się symbolem kraju i nie można było zamieść roli architekta pod dywan. W 1985r. nadano mu Order of Australia, a w 2003 otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu w Sydney. W tym samym roku wręczono mu też „architektonicznego Nobla” czyli Nagrodę Pritzkera (trzydzieści lat po otwarciu Opery).
Zdążyli, Jørn Utzon zmarł pięć lat później.

Wbrew krążącej powszechnie opowiastce o obieranych pomarańczach, jej kształt ma właśnie kojarzyć się z tym, z czym się kojarzy czyli z muszlą i żaglami, stanowić swoiste połączenie morza z lądem. Nieszczęsne „pomarańcze” pojawiły się znacznie później, w fazie projektowej, kiedy Utzon tłumaczył jak chciałby połączyć poszczególne elementy. Mając motyw (żagiel i muszlę), architekt szukał najlepszej jego zdaniem formy i padło na wycinki kuli

Budynek z oddali, od strony zachodniej wygląda przepięknie, a z mostu Harbour, szczególnie wieczorem, wręcz zjawiskowo.

Pech chciał, że akurat w czasie mojego pobytu przeprowadzano jego remont, więc im bliżej się podchodziło, tym bardziej malało wrażenie. Trudno wymagać aby w nowoczesnym gmachu jego wnętrze urządzono w stylu barokowym, jednak surowość sklepienia, zaskakiwała. Betonowe podciągi. Zwykłe schody. Jakoś tak dziwnie.

Na placu budowy wywieszone były przykazania dla ekip remontowych:

Mnie przekonywały 🙂

Płynąc Parramattą na wschód, w stronę ujścia można obejrzeć gmach w zasadzie z każdej strony. Jak widać od północy prezentuje się on mniej okazale.

Podobnie jak od strony południowej (widok z ogrodu botanicznego):

Niestety, nie miałem szczęścia. Dosłownie dwie osoby przede mną wykupiono ostatni bilet na West Side Story, a nie pomyślałem, aby wcześniej dokonać zakupu przez Internet. Pozostałe przedstawienia, na które były bilety (łącznie w gmachu znajduje się sześć sal koncertowych) zalatywały ckliwym sucharem. Co gorsza drogim, ckliwym sucharem.
Nic, może następnym razem.

#2. Most

Budowany od 1923 i oddany do użytku w 1932r. Harbour Bridge należy do najbardziej znanych mostów na świecie. Dzisiaj nie należy wprawdzie do najwyższych (134 m), czy najdłuższych (1149 m), ale z pewnością zapada w pamięć. Powszechnie kojarzony z najbardziej na świecie spektakularnym, noworocznym pokazem sztucznych ogni.

Harbour Bridge łączy centrum z Północnym Sydney. Chodnik dla pieszych biegnie po wschodniej stronie.

Jak każda tego typu konstrukcja, Harbour Bridge przyciąga jak magnes samobójców i żadnych adrenaliny traceurów różnorakiej maści. Aby umożliwić chętnym „zaliczenie” mostu, istnieje możliwość skorzystania z oficjalnych, bezpiecznych wycieczek po łukach, z pełną asekuracją oczywiście.
Oczywiście wszystko co „oficjalne” jest z definicji traktowane z pogardą przez freerunnerów, czy rodzimych i przyjezdnych, domorosłych kaskaderów. Dlatego też, przed „nieoficjalnymi” wycieczkami, a także przede wszystkim przed skokami desperatów w nurt Parramatty, most zabezpieczony jest w swoisty sposób.

Dotykałem – nie jest pod napięciem.
Trochę przygnębiające skojarzenia, ale Australijczykom to zdaje się nie przeszkadzać. Zasadniczo, wspinanie się na most jest generalnie surowo zabronione. Na południowej stronie wisi takie ostrzeżenie:

Na północnej z kolei, mają promocję:

A kogo można spotkać w okolicach mostu?


#3. Hektor i jego pan.

Centrum Sydney jest ładne, tak za dnia jak i wieczorem. Miałem ochotę zrobić kilka zdjęć o zmierzchu od północnej strony Harbour Bridge. Rozstawiłem statyw i czekam na zachód słońca.

Pierwszy pojawił się jakiś starszy gość. „Zdjęcia czy film, mejt?” „Zdjęcia” „Super widok, mejt. Skąd jesteś? Mogę ci w czymś pomóc?” Szok! Podziękowałem, pogadaliśmy. Bardzo miło.
Nie minęło pięć minut kiedy zatrzymał się jakiś jogger. „Fajny sprzęt, mejt. Skąd jesteś?” „Z Polski” „Wow, moi rodzice pochodzą z Litwy…” itd. znowu sympatyczna rozmowa.
Kolejne pięć minut i pojawił się ON. Razem z psem. Pieskiem raczej.
Stanął koło mnie i chwilę mi się przyglądał.
Coś zwróciło moją uwagę.
Jego ręka. Cholerna, lewa ręka…
Żaden mężczyzna orientacji większościowej, nie trzyma z boku ręki zgiętej w łokciu pod kątem prostym i luźno opuszczoną dłonią. ŻADEN! Wygląda to mnie więcej tak:

Łudzę się jeszcze, że gość może ma jakiś skurcz w łokciu.
– Heeektor! Heeeeektooor! Come here, sweetie, come my darling!”
Czyli to jednak nie skurcz.
Koleś bierze Hektora na ręce i podchodzi do mnie rozkołysanym krokiem.
– Ou, robisz zdjęcia?
Sherlock. Wystarczył mu widok aparatu, statywu i gościa naciskającego migawkę aby błyskawicznie połączyć fakty.
„Ano robię, MEJT” – mówię odsuwając się lekko.
„Ja też robię. Czasami. Ale nie umiem takich wiesz, nocnych, tak jak ty robisz.”
Milczę. Odczepżesz się. Koleś stawia Hektora na ziemię i podchodzi jeszcze bliżej.
„Ale śliczne smugi! To światła samochodów, nieprawdaż?”

Nie, UFO. Wszedłem na chwilę na żargon techniczny z nadzieją że się odczepi. Pokiwał głową bez zrozumienia i znowu zaczął gadkę falsetem.
„Hektor, chodź tu, darling! Ale czemu robisz zdjęcia w tamtą stronę?”
Zgłupiałem, przecież to oczywiste. „Bo tam jest opera i most” mówię wskazując je palcem.
ON dotknął osłony obiektywu. „Och no tak, ale północna strona też jest ładna…” po czym spojrzał mi w oczy i dodał powoli „…i ja tam mieszkam.”
Nie, ON nie wylądował na OIOM-ie. Hektor zresztą też nie.
Wystarczyło spojrzenie, wsparte warknięciem o treści: „get the fuck out!”.
Brrr….

**********************

W drugiej części (TUTAJ) możecie przeczytać o wyzwaniu rzuconym wymuskanym surferom na plaży Bondi, zobaczycie dziewczynę która mieści się w trochę większym pudełku po butach, będą także kanary w nietypowym środku miejskiej komunikacji oraz poznacie pewną matkę aspirującą do tytułu Kretyna Roku.

***********************

I zagadka.

Oto zdjęcie zrobione z nabrzeża Garden Island w Sydney właśnie, przez które …miałem nieprzyjemności (nadgorliwy strażnik trochę zbyt poważnie podchodził do swojej pracy). Pytanie brzmi jak brzmi nazwa powodu owych „nieprzyjemności”, mile widziany także typ i klasa 🙂

Sosnowe wyspy w zatoce Matsushima to jeden z trzech, zaliczanych do kanonicznych, najpiękniejszych japońskich widoków (Nihon Sankei). Kiedy w 2011 w północno-wschodnie wybrzeże Japonii uderzyło tsunami, zatoka znajdowała się dokładnie pośrodku fali uderzeniowej. Wydawało się, że los malowniczych, ale niewielkich wysepek jest w zasadzie przesądzony.

Jak mawia Radek Kotarski: „nic bardziej mylnego”.

#1. Matsushima.

Pociąg zatrzymuje się kilkaset metrów od wybrzeża. Oczekiwałem jakichś widocznych, lub chociaż maskowanych śladów nieodległej w końcu katastrofy. Kompletnie nic. Port, okoliczne domy, parki, drogi, lotnisko, dworzec i w końcu wyspy wyglądają tak, jakby nigdy nic złego się tu nie stało. Gdyby nie informacje medialne, i umieszczone w Internecie zdjęcia, trudno byłoby uwierzyć, że ten rejon był miejscem najpoważniejszego trzęsienia ziemi i tsunami w dziejach Japonii. Teren jest uprzątnięty do ostatniej gałązki i dzisiaj, podobnie jak przed marcem 2011, w zasadzie wszystko w Matsushimie znowu „kręci się” wokół wysepek. W sumie trudno się temu dziwić. Nikt tutaj nie zapomniał o tragedii, ale nikt też nie uprawia tam martyrologicznego ekshibicjonizmu.

matsushima-7

 

Dojście do portu zajmuje kilkanaście minut. Chyba każdy kto widzi pierwszy raz Sosnowe Wyspy choćby na krótką chwilę zamiera. Faktycznie sprawiają wrażenie nierzeczywistych. Trudno wręcz uwierzyć, że podobna kompozycja powstała bez ingerencji człowieka. Będąc na miejscu odczuwa się wrażenie deja vu. Chyba przez zakodowany w podświadomości obraz, wykreowany przez Camerona w Avatarze.

 

matsushima-8

Wysepek jest wszystkiego 260, chociaż tych widocznych i najbardziej charakterystycznych, pewnie nie więcej niż 100, zbudowanych głównie z białego piaskowca i skały wulkanicznej. Mimo, iż ich powierzchnia wydaje się być wybitnie nieprzyjazna jakimkolwiek formom życia, zdecydowana większość z nich jest porośnięta sosnami.

matsushima-10

Japończycy, dla których wszystko kręci się wokół jakiejś symboliki, nie byliby sobą, gdyby nie wyznaczyli czterech punktów widokowych z których roztaczają się najwspanialsze ponoć widoki na owe wyspy. Poszczególne miejsca nazwali następująco (to nie żart, one naprawdę tak się nazywają):
– Niesamowity Widok (sokan)
– Piękny Widok (reikan)
– Wspaniały Widok (yukan)
– Wielki Widok (ikan)

Poświęciłem trochę czasu aby odwiedzić dwa z nich i o ile cały kompleks faktycznie wywołuje niesamowite emocje, o tyle widoki z rekomendowanych miejsc, są delikatnie mówiąc przereklamowane. Niezapomniane wrażenie natomiast zrobił na mnie krótki, godzinny rejs promem pomiędzy wyspami.

mapka2

Trasa zataczała niemal idealne koło i przebiegała w taki sposób, że zarówno z jednej jak i z drugiej strony widać było przepiękną kompozycję w jaką wyspy się układają.

matsushima-27

Wysepki wielkości przedpokoju sąsiadują z wyspami niewiele mniejszymi od stadionu.

matsushima-4

Pomiędzy nimi pływają motorówki. Ich zadaniem jest… nie, nie przewożenie ludzi. Jedyne co mają robić, to w momencie, w którym pod kilka ustalonych wcześniej lokalizacji podpływa prom, wywołać falę, która w spektakularny sposób „uderzy” w wysepkę, wywołując „ochy” i „achy” wśród promowych pasażerów.

matsushima-3

Oczywiście „ochy” i „achy” milkną, kiedy pierwotna i wtórna fala dociera do promu i zaczyna nim znienacka bujać. Cóż, praw fizyki pan nie zmienisz 🙂

matsushima-2

A jeśli ktoś chciałby zobaczyć jak wygląda „Pandora w prawdziwym 3d”, poniżej krótki film z rejsu:

#2. Fuukura.

Po zejściu na ląd, istnieje możliwość aby na wejść na kilka leżących blisko brzegu, większych wysp. Zasadniczo najlepiej chyba udać się na wyspę Fuukura, na którą prowadzi charakterystyczny, długi, czerwony most.

 

Pani na „bramce” oprócz sprzedaży biletów na wyspę, zajmuję się także sprzedażą słodyczy, przekąsek i lodów. Namawia mnie usilnie na jakieś egzotyczne w smaku lody włoskie. Decyduję się na …ziemniaczane.

Widoki z samej wyspy są przepiękne – i tu proszę abyście uwierzyli mi na słowo.
Niestety, nie zachowało mi się ani jedno zdjęcie i ani jeden film z Fuukury. Omyłkowo je wykasowałem, sądząc że wcześniej zrobiłem back-up.
Jak można się domyślić – nie zrobiłem.

Nadszedł wieczór i przyszedł czas na powrót do Tokio. Czekała mnie jeszcze przesiadka w miejscu które nie cieszy się ostatnio dobrą sławą.

#3. Fukushima.

Pociąg powoli zbliżał się do Fukushimy. To miasto napawało mnie lękiem, okazało się że całkowicie niepotrzebnie.
Na peronie zobaczyłem kotka. Mały, różowy, kulał na jedną łapkę, ale chyżo biegł na pozostałych pięciu. W sumie musiał uciekać, bo gonił go szczur wielkości dobermana. Chyba szczur, przez te skrzydła trudno się było połapać. Na szczęście kotka uratowała jaszczurka, za którą dzieci nie wiadomo czemu wołały ‘gojira’. Stwory, jedno po drugim, wchodziły do kanału burzowego, którego zawartość jaśniała neonowym blaskiem.
„Też to widziałeś?” – zapytał stojący koło mnie dwumetrowy karaluch.
Obudziłem się.

Pociąg powoli zbliżał się do Fukushimy. Miasto jak miasto – nic nadzwyczajnego. Ludzie promiennie uśmiechnięci. Nawet zrobiłem sobie zdjęcie – trochę dziwnie wyszło, ale to pewnie wina aparatu 🙂

fukushima

A całkowicie serio, mocno zdziwiły mnie „tłumy” na dworcu. Była godzina japońskiego szczytu (18:30), a hala główna wyglądała jak poniżej:

Wszystko to wyglądało strasznie niepokojąco, chociaż …mógł to być po prostu zbieg okoliczności.

Zazwyczaj na swoje wyprawy zabieram dozymetr (licznik Geigera). Tym razem jednak byłem zmuszony do redukcji każdego niemalże grama bagażu, który nie był absolutnie niezbędny w czasie mojej ubiegłorocznej eskapady i dlatego urządzenie zostało w domu. Szkoda, bo chciałbym wiedzieć, jak kształtuje się rzeczywisty poziom promieniowania w mieście uchodzącym za dalekowschodni Czarnobyl.
Następnym razem.

#5. Z powrotem w Tokio.

Dotarłem do „kapsuły” chwilę przed 22. Włączyłem messengera żeby raz jeszcze podziękować Yui za ubiegły wieczór. Odwzajemniła uprzejmość i powiedziała, że jej tata był zachwycony moją wizytą, co zabrzmiało naprawdę szczerze. Chwilę powspominaliśmy stare czasy, a następnie przeszliśmy do czasów „nadchodzących”. Dowiedziałem się między innymi, że Yui za kilka dni wylatuje do USA do… narzeczonego.
Nie „narzeczonego”, tylko takiego prawdziwego, co to i pierścionek dał i się oświadczył.
No masz… taka niemiła niespodzianka dla fanów, JoeMonster okryje się kirem chyba.
„Przesyłaj zdjęcie” mówię. „Zweryfikujemy kto zacz.”

Oczekiwałem amerykańskiego kartofla i szykowałem się na grzecznościowe: „O, wygląda na …sympatycznego”, a tu…

yui bran

Okazało się, że Bran (bo tak koleś ma na imię) wygląda jak cholerny hollywoodzki gwiazdor.
Z gitarą w dodatku.
No nic… Yui chyba nie potrzebowała słów otuchy czy pocieszenia 🙂 🙂

**********************************

Skoro jesteśmy przy Yui. W poprzednim wpisie poruszyłem temat karaoke. Dziewczyna naprawdę śpiewa ładnie, ale za żadne skarby nie chce się zgodzić abym opublikował chociaż krótki fragment jej występu. Nic na to nie poradzę, ale wierzę, że w nieodległej  przyszłości, uda mi się zaprezentować chociaż kawałek jej możliwości wokalnych. Może Bran pomoże mi ją przekonać?
A skoro (czasowo przynajmniej) Yui się nie pojawi, to może zaproponuję małe zastępstwo.

#6. Wokalistka z Osaki.

matsushima-12

Uliczny performance jest w Japonii bardzo popularny. Różnej maści wokaliści czy b-boye lubią prezentować swoje umiejętności w pobliżu dworców, większych centrów handlowych czy popularnych stacji metra. W przeciwieństwie do zachodnich wykonawców, wielu z nich nie prowadzi bezpośredniej zbiórki pieniędzy, ale zachęca do przyjścia na koncert, pokaz, w ostateczności chociaż do wejścia na swoją stronę internetową, twittera czy inny fanpage. Poziom artystyczny takich popisów jest bardzo nierówny. Kiepscy amatorzy konkurują z niemal profesjonalistami. W większości lokalne boys- i girlsbandy wykonują covery japońskich i zachodnich wykonawców głównego nurtu.

Ale czasami trafia się na coś takiego jak to:

Nie jestem znawcą japońskiej muzyki, szczególnie współczesnej, ale to …mi się podobało. Nawet bardzo. Nie mam pojęcia kto śpiewa tą piosenkę w oryginale, ale to wykonanie anonimowej dziewczyny z Osaki, cały czas chodzi mi po głowie. A może ktoś z Was wie skąd pochodzi ten utwór?

Cameron tworząc świat Pandory na potrzeby Avatara, inspirował się wieloma ziemskimi krajobrazami, uchodzącymi za unikatowe. Jednym z bardziej zapadających w pamięć filmowych pejzaży, były wiszące wyspy. Zanim jednak zobaczymy miejsce, na którym ów krajobraz był wzorowany, zatrzymamy się na chwilę w Tokio, u dobrej znajomej JoeMonsterowców. Yui.

Japonię odwiedzałem głównie z uwagi na moją fascynację historią tego kraju. Tym razem jednak zamierzałem zobaczyć Nihon Sankei czyli trzy, uchodzące za najpiękniejsze, japońskie krajobrazy. Dlaczego akurat te widoki zostały wyróżnione, kiedy Japonia, gdzie się nie obejrzeć, wręcz obfituje w zapierające dech pejzaże? Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi: „coś trzeba było wybrać”. Selekcji dokonał w XVII wieku konfucjański uczony Shunsai Hayashi, który podjął się wówczas pieszej wędrówki przez cały kraj. W swojej książce „Nihonkokujisekikō” wyróżnił trzy lokalizacje: Sosnowe Wyspy w zatoce Matsushima, Niebiański Most Amanohashidate i Pływającą Bramę Torii w Miyajimie. Ale najpierw było…

#1. Tokio

Nim wyruszyłem w trasę szlakiem Sankei, musiałem zostać jeden dzień w Tokio. Przy okazji postanowiłem zobaczyć się ze znaną bojownikom z wcześniejszych publikacji, Yui Toratani. W dniu przylotu umówiłem się z Yui na kolację. Bez podtekstów gwoli jasności. Jako, że Tetsuo, tata Yui, prowadził kilka przystanków od mojej „kapsuły” mały bar, to umówiliśmy się od razu na miejscu.

Tokio liczy, jako aglomeracja, 35 mln mieszkańców. Szansa na przypadkowe spotkanie znajomej osoby jest niższa niż trafienie szóstki w lotto. Wysiadam na jakieś zapomnianej przez Buddę stacyjce, gdy słyszę najpierw zdziwione, a za chwilę uradowane: „Simon-san? SIMON-SAN!”

Odwracam się i nie wierzę. Mizuno, szef telewizyjnej ekipy z TV Tokyo, z którą miałem przyjemność współpracować w rok wcześniej. Wpadamy sobie w objęcia. Mizuno jechał właśnie do domu, a że mieszka kilka przecznic od knajpy prowadzonej przez tatę Yui, to chętnie do nas dołącza. Wchodzimy do lokalu.

Co ciekawe Yui nie pracuje już w telewizji, więc również się z Mizuno nie widuje. Kika miesięcy wcześniej przeniosła się do amerykańskiej firmy logistycznej i jest ze zmiany zadowolona. Jednak najważniejszą zmianą w jej życiu jest poznanie jinsei no ai. O co chodzi? O tym na końcu 🙂

#2. Tetsuo

 

Knajpa Testuo Toratani’ego jest rzeczywiście nieduża, ale ma ten niepowtarzalny, japoński klimat. Wszyscy bywalcy w zasadzie się znają. Jest głośno i hałaśliwie w fajnym tego słowa znaczeniu. Na stoliku lądują japońskie przysmaki, w tym sashimi. Czym jest sashimi? Cóż…

Dobre, ale nie mogłem zapomnieć, że to wszystko jest surowe.
Zresztą jedzenie jak jedzenie. Niestety abstynent w towarzystwie nie-abstynentów (delikatnie mówiąc), zawsze jest poddawany próbom „wyleczenia”. Przyznaję, że nie doceniłem Japończyków. Wszystkie moje „nie”, „dziękuję” „naprawdę dziękuję” spływają po nich jak woda po kaczce. W końcu poddaję się i deklaruję, że chociaż spróbuję. Tak na dwa palce.

„Aaaaaa! Dawać szklankę, dawać sake!” Leją mi po japońsku:

Wypijam dwa łyki. Ani to dobre, ani (nawet w mojej ocenie) mocne. Ot jak wino. Spróbowałem i wystarczy. Moi gospodarze są chyba zawiedzeni – ale cieszą się, że wypiłem chociaż trochę. Yui wie, że to z mojej strony duży ukłon.
Sami Japończycy dość szybko się upijają. Dwie, góra trzy szklanki sake wystarczą, aby przeszli od fazy „opanowany biurokrata” do „niezniszczalny”. Na szczęście po drodze przechodzą przez fazę „bogaty”, więc przynajmniej nie musiałem martwić się o rachunek.
Podobnie jak w Polsce, faza „niezniszczalny” niesie za sobą kilka implikacji. Jedną z nich jest wzrost poziomu odwagi.
„Idziemy do karaoke?” – słyszę bardzie stwierdzenie niż pytanie.
„Jasne!”

#3. Karaoke

Spacer trwa dość krótko. Bar karaoke znajduje się naprzeciwko baru Tetsuo.
Dopiero tam zrozumiałem, dlaczego karaoke traktowane jest przez Japończyków z takim namaszczeniem. Oni:

a) naprawdę lubią śpiewać i
b) wbrew pozorom, robią to dobrze (ale oczywiście nie wszyscy).
Tetsuo mimo braku znajomości angielskiego, brawurowo śpiewa Change the world Claptona – i …robi to dobrze (niestety głucho – brak zgody na audio):
Yui śpiewająca… pojęcia nie mam co, ale jakie to ma znaczenie 🙂
Zaśpiewała nam w sumie kilkanaście japońskich piosenek, w tym kilka w duecie z tatą i bez słodzenia powiem, że ma dziewczyna talent.


Tak, mam nagrania, ale nie otrzymałem zgody na ich publikację. Próbuję Yui przekonać, ale idzie opornie.

Rozchodzimy się grubo po północy – wracam do „kapsuły”.

Rano otrzymuję wiadomości o „terrible hangoverach”. Uśmiecham się w myślach – na szczęście problem mnie nie dotyczy. Idę na dworzec. Czas na spotkanie z Nihon Sankei.

#4. Nihon Sankei

Trudno powiedzieć jakimi kryteriami Shunsai Hayashi się kierował, ale fakt, że Nihon Sankei do dzisiaj uchodzą za jedne z najbardziej malowniczych i spektakularnych widoków jakie można zobaczyć na japońskich wyspach.
Tak przynajmniej twierdzą okoliczni restauratorzy, przewodnicy, właściciele pensjonatów oraz producenci i sprzedawcy pamiątek.
Problem w tym, że owe niezapomniane widoki rozmieszczone są dość daleko od siebie…

…i trudno byłoby „obskoczyć” je w jeden czy nawet dwa dni, tak więc jeśli ktoś chciałby „zaliczyć” całą trójkę, musi minimum trzy dni na to poświęcić. Jakie robią wrażenie? Trudno powiedzieć, każdy jest inny. Z pewnością, widziałem wiele widoków bardziej przykuwających uwagę, ale na pewno każdy z „sankeiów” coś w sobie ma. Dzisiaj zapraszam pierwszy z nich.

#5. Matsushima

Pamiętacie wiszące wyspy w Avatarze Jamesa Camerona?

Wiele miejsc na ziemi aspiruje do bycia spiritus movens tej wizji, ale jedna miejscówka wybija się zdecydowanie ponad pozostałe. To kompleks sosnowych wysepek położonych w zatoce Matsushima na wschodnim wybrzeżu Japonii.

#6. Tsunami 2011

W drodze nad zatokę, pociąg przejeżdża przez Fukushimę i Sendai, miasta-symbole katastrofy sprzed trzech lat. W marcu 2011 r. pas wybrzeża, pośrodku którego znajduje się zatoka Matsushima, przyjął na klatę główne uderzenie tsunami. Fale powstały w wyniku najpotężniejszego trzęsienia ziemi, jakie kiedykolwiek dotknęło Japonię i zarazem czwartego co do siły jeśli chodzi o trzęsienia ziemi na świecie (od momentu rejestracji ich skali, czyli od 1900 roku).

(im intensywniejsza czerwień, tym wyższa fala)

Epicentrum znajdowało się 70 km od wybrzeży Sendai – Matsushimy, na głębokości 30 km pod powierzchnią oceanu. Szacowana siła to 9 stopni w skali Richtera. W wyniku wstrząsu, Honsiu (największa wyspa Japonii), przesunęła się na wschód o 2,4 metra. Wytworzona fala sięgała w epicentrum nawet 40 metrów wysokości (przy brzegu zmalała do 10 metrów), a w rejonie Sendai woda wdarła się aż 10 km w głąb lądu.

Największe, nie znaczy najtragiczniejsze w skutkach. Pomijając długofalowe następstwa uderzenia w elektrownię jądrową w Fukushimie, to w porównaniu do podobnej katastrofy jaka miała miejsce w Indonezji w 2004 roku, czy na Haiti rok wcześniej, liczba ofiar była znacznie niższa. Bilans tragedii w Japonii to 16 tys. zgonów oraz 9 tys. osób rannych i zaginionych. W Indonezji liczba zabitych i zaginionych sięga 300 tys, w Port-au-Prince przekraczała 320 tys. Swoją drogą w tym makabrycznym rankingu prowadzą Chiny, gdzie w 1556 r. miało miejsce najtragiczniejsze trzęsienie ziemi w historii. Według szacunków historyków, straciło wówczas życie ponad 800 tys. mieszkańców prowincji Shaanxi.

Wysepki wokół Matsushimy przynajmniej w teorii miały raczej zerowe szanse. Nie było ich jak zabezpieczyć. O tempie poruszania się fal i kompletnej bezradności Japończyków świadczy fakt, że Siły Samoobrony (Japonia oficjalnie nie posiada armii) nawet nie miały czasu, aby podnieść z płyty lotniska w Matsushimie nie tylko wymagające większego zachodu myśliwce, ale również wiele lekkich samolotów, a nawet śmigłowców.

Szczęście w nieszczęściu, że legendarne wysepki były w pewnym sensie chronione przez stosunkowo wąski przesmyk zatoki, której ukształtowanie zadziałało jak swoisty falochron. Dziesięciometrowe fale zdewastowały nabrzeże, a wysokość i siła tych, które wdarły się w głąb Matsushima Bay, była znacznie osłabiona (nie przekraczały 3 metrów).

Nie obeszło się jednak bez strat materialnych.
Wysepki nie są duże. Powierzchnia większości z nich nie przekracza kilku arów. Nie są również wysokie, a znajdujące się na nich sosny, koleją rzeczy nie mogą być głęboko zakorzenione. Nawet osłabione fale dokonały znacznych spustoszeń, tak wśród wysp jak i na przystani.
Rok później udało się przywrócić nabrzeże do stanu sprzed katastrofy.
Trzy lata później, trudno byłoby powiedzieć, że jakiekolwiek tsunami miało tutaj miejsce.

#7. Pierwsze wrażenie

Kiedy dotarłem do Matsushimy i wyruszyłem w rejs promem…

…zrozumiałem co miał na myśli siedemnastowieczny japoński poeta Matsuo Basho, kiedy napisał był najbardziej znany wiersz poświęcony Sosnowym Wyspom. Przytoczę go w całości:

松島や
ああ松島や
松島や

I w tłumaczeniu:

Matsushima, ach!
A-ach, Matsushima, ach!
Matsushima, ach!

I jeszcze przekład na polski „turystyczny”:

O ja pier…lę!
O k…a!
Ale zajebiście!

********************************************

W części drugiej (
TUTAJ):
Jak wyglądają dzisiaj Sosnowe Wyspy? Jak wygląda jinsei no ai czyli amerykański narzeczony Yui? A także, (z uwagi na to, że chwilowo mam problem z uzyskaniem od Yui zgody na publikację filmików z karaoke), w zastępstwie zaśpiewa zjawiskowa dziewczyna, którą nakręciłem na ulicy przed sklepem Yodobashi w Osace. Zapraszam.

 

Nowa zagadka:

Kiedy zatrzymałem się na dworcu w Fukushimie, moją uwagę przykuło takie duże …coś.

Komuś przychodzi do głowy co to może być i do czego może służyć?

W Houston w zasadzie nic nie ma. No może poza Centrum NASA (o którym kiedy indziej). I dobrym jedzeniem. I, zazwyczaj, przyjemną pogodą. I sympatycznymi ludźmi. I niskimi cenami. I… tysiącem różnych, innych „i”.
Z drugiej strony, ile bym tych „i” nie wymienił, prawda jest taka, że Houston nigdy nie będzie Rzymem, z niezliczoną ilością turystycznych atrakcji. Houston to po prostu takie …miasto do życia. A jak je zapamiętałem?
Hm…  🙂

 

#1. Samochód.

W Houston czy ogólnie w Teksasie, nie ma za bardzo jak się poruszać bez samochodu. Poza bardzo ścisłym centrum, budynki wszędzie są niskie, powierzchnie ogromne, a odległości dalekie. Z ciekawostek – wokół niektórych osiedli, szczególnie na obrzeżach, w ogóle nie buduje się chodników, bo nikt by z nich nie korzystał.  Z różnych powodów o których napiszę kiedy indziej, odradzano mi też korzystanie z transportu publicznego. Wypożyczenie auta na lotnisku było w zasadzie koniecznością, szczególnie jeśli główną atrakcją którą chce się zobaczyć, jest położone, wbrew potocznemu wyobrażeniu, kawał drogi od Houston –  Centrum NASA.

texas (1 of 1)-4

Wróćmy jednak na lotnisko.
Kilkupoziomowa, olbrzymia wypożyczalnia na lotnisku robi wrażenie. Rezerwując wcześniej samochód przez Internet, zaskoczyła mnie absurdalnie niska cena (9,98 USD/dzień), ale jak to zazwyczaj bywa, okazało się, że diabeł tkwił w szczegółach. Kolejka na godzinę czekania. Trzech doradców, jeden obsługuje – jakby przechodzili szkolenie w ZUS-ie. W końcu przychodzi moja kolej. Uśmiechnięty Murzyn zagaduje z uśmiechem:

– Pierwszy raz u nas, sir?
– Aha.
– Welcome to Alamo!
– Aha.
– Numer rezerwacji? Ok… już podpisujemy umowę. Cena wynosi 9,98 USD za dobę czyli 39,92 USD za cztery dni, zgadza się?
– Aha.
– Do tego doliczamy podatek taki, podatek śmaki, podatek owaki i kilka opłat. Razem będzie …82,26 USD.
– Jebnąć ci?
– Excuse me, sir. I don’t understand. What does „yebnontchtchee” mean?
– Pytałem, czy się pan nie pomylił.
– Nie. To już prawie wszystko. Sugeruję wykupienie ubezpieczenia, które, gdyby coś stało się z samochodem, zdejmuje z pana całą odpowiedzialność, sir. Będzie miał pan spokój, bo tu CZĘSTO coś się dzieje z autem.
– Ile?
– Och, na cztery dni to tylko 45 USD. Poproszę prawo jazdy i kartę.
– Aha. Nie walisz mnie pan w rogi czasami?
– Zielony, pin, zielony.

texas (1 of 1)-14

Miało być 40 dolarów, wyszło 130. Nic, sczytuję umowę i polisę.
Chwila…
Ta ostatnie zawiera zapis, iż NIE obejmuje odpowiedzialności za ewentualne szkody na ciele i mieniu wyrządzone osobom trzecim, czyli nie ma naszego cholernego OC (CDW). Podnoszę wzrok i cedzę przez zęby.

– Możesz mię pan to wyjaśnić?
– No właśnie chciałem o tym z panem porozmawiać, sir. Gorąco rekomenduję wykupienie polisy CDW. Koszt to jedyne 39 USD. Razy cztery dni to wyjdzie …160 USD bez czterech dolarów. Mogę prosić kartę?
– Wiesz co? Obejdzie się. Jaki to samochód w ogóle? Kluczyki poproszę.
– To nierozsądne. Jak będzie miał pan wypadek albo coś, to…
– Samochód i kluczyki!
– Dziżas jaki nerwowy. Auto proszę sobie wybrać na parkingu. Kluczyki są w stacyjce.

#2. Autostrady.

Pięć, siedem, czasami osiem pasów w jedną stronę. Rozjazdy w zasadzie nie rzadziej niż co kilometr. Niektóre pasy czasami zmieniały się w płatne drogi „superekspresowe” i choć pewnie trudno w to uwierzyć, ale nawet takie szerokie jezdnie w godzinach szczytu były czasami kompletnie zakorkowane. Dla mieszkańców Houston, to codzienność. Mnie cały ten pozorny chaos z początku przytłaczał. Szybko jednak odkryłem, że najbezpieczniej było trzymać się  środka. Powód był prozaiczny – co kilkaset metrów, a najdalej co kilka kilometrów prawe i/lub lewe pasy zamieniały się w pasy zjazdowe lub przechodziły we wspomniane drogi płatne (toll roads). Jadąc środkiem unikałem kłopotliwego zajeżdżania drogi.  Z czasem jazda po teksańskich autostradach bardzo mi przypasowała. Nie lubię specjalnie porównań typu „gdzieś tam jest lepiej niż u nas”, ale patrząc choćby tylko infrastrukturę drogową… tam po prostu JEST lepiej.  Nie widziałem nigdzie na świecie tak rozwiniętego, tak, wbrew początkowemu wrażeniu, uporządkowanego systemu drogowego jak w Houston i mimo, iż nie przepadam za prowadzeniem samochodu, zacząłem odczuwać przyjemność z samej jazdy.

 

#3. Hostel.

„Własny” samochód i gęsta sieć dróg, dawały mi rzadką w mojej podróży możliwość swobodnego wyboru miejsca noclegowego. Nie byłem ograniczony bliskością dworców lub przystanków komunikacji miejskiej. Mogłem śmiało wybierać w znacznie szerszej ofercie.  Po trzech dniach pobytu u Karoliny i Hirka, grzeczność nakazywała opuścić ich gościnne progi i przenieść się do jakiegoś hostelu możliwie blisko centrum Houston.
– Ale masz upatrzone jakieś miejsce – pyta Hirek?
– Aha, nawet zrobiłem już rezerwację! Dobre rekomendacje i, co mnie zdziwiło, zadziwiająco niska cena, nawet jak na Teksas.
Uruchamiam mapę w smartfonie. Hirek chwilę się jej przygląda. Zmniejsza skalę i patrzy na okolicę. Lekko marszczy brwi, dziwnie się uśmiecha i szepcze dwa słowa do Karoliny.
– O co chodzi? – pytam.
– Nie, nic takiego, fajny hostel – mówi Tscharna.
– Przecież nigdy w nim nie był. O co naprawdę chodzi?
– Eee… no jakby ci to powiedzieć… to taka nasza „tęczowa” dzielnica…
Świetnie.

 

lokacja hostelu

Kiedy podjechałem pod wskazany adres, ciężko się zdziwiłem.

  • Po pierwsze miejsce znajduje się w pobliżu centrum Houston, ale kompletnie się bliskości centrum nie odczuwa. Niska zabudowa, zerowy ruch samochodowy.
  • Po drugie, hostele zazwyczaj z zewnątrz wyglądają mało zachęcająco (ten wyglądał niemalże jak dworek) i z reguły nie mają też swojego, wewnętrznego parkingu.
  • Po trzecie, infrastruktura (tarasy balkonowe przy pokojach, pokój bilardowy, sala kominkowa, duży basen itd.).
  • Po czwarte, fajny klimat nie mający związku z „tęczowością” dzielnicy.

Generalnie Morty Rich Hostel (bo tak brzmi jego nazwa) jest na wskroś nietypowy. Z zewnątrz wygląda jak wspomniany dworek, czy okazała willa położona na zielonej wyspie. Zresztą opisywanie mijałoby się z celem. Zapraszam na krótki spacer.

Tu w ogóle wszystko sprawiało wrażenie nie z tej bajki.
Okazałe domy w cenie chatek w Europie, apartamenty w cenie klitek w Londynie,  bezpłatne autostrady rodem z filmów science-fiction, hostele spełniające kryteria trzygwiazdkowych hoteli w cenie posiłku w McDonaldzie, w sklepach frykasy w cenach z Biedronki, benzyna w cenie 1,8 zł/litr,  czy lejące się strumieniami półdarmowe piwo. A to tylko znikoma próbka tego co Houston może zaproponować backpackerom, czy w ogóle odwiedzającym to miasto. Gdyby jeszcze nie ten naciągacz z Alamo…

I całkowicie serio. Houston jest najszybciej rozwijającym się miastem w Teksasie i prawdopodobnie w całych Stanach Zjednoczonych.
Dlaczego? Czym różni się od innych?
Trochę statystyki.

#4. Houston.

Wszystkie dane poniżej dotyczą wyłącznie Houston. Nie USA, nie Texasu. Tylko samego, cholernego, Houston.
Za chwilę będzie jasne, dlaczego mówią o nim „obrzydliwie bogate miasto, obrzydliwie bogatego stanu.
Od czwartego punktu, lepiej usiąść 🙂

  1. Miasto zostało założone w 1836r. a więc liczy sobie dopiero 180 lat.
  2. W 1850 Houston zamieszkiwało 2,4 tys. osób. Dziś zamieszkuje je 2,1 mln mieszkańców, a wliczając teren aglomeracji, ich liczba oscyluje wokół 6,0 mln. Od 2000r. ilość mieszkańców przyrosła o 26%!
  3. Na terenie aglomeracji używa się 90 języków i aż 92 kraje posiadają w Houston swoje placówki konsularne.
  4. Produkt Regionalny Brutto jaki wypracowała aglomeracja Houston w 2006r. wyniósł 326 mld USD i był wyższy niż PKB takich krajów jak Austria, Arabia Saudyjska czy …Polska.
  5. Gdyby Houston było niepodległym państwem, stanowiłoby 30 gospodarkę świata, a tylko 21 krajów (poza USA) posiada PKB wyższe niż PRB aglomeracji Houston.
  6. Koszt utrzymania (CLI) jest o 9% niższy niż amerykańska średnia, a same tylko koszty mieszkaniowe (zakup, czynsze, opłaty, najem) są niższe aż o 21%.
  7. W Houston ma siedzibę ponad 5000 firm działających w sektorze energetycznym.
  8. 23 firmy z Fortune 500 mają swoje centrale w Houston (jednie w Nowym Jorku jest ich więcej).
  9. W lutym 2015r. stopa bezrobocia w Houston wynosiła… 4,3% wykazując tendencję spadkową

Dla osób z potencjałem, Houston, czy szerzej Texas, może być z całą pewnością swoistą ziemią obiecaną. Możliwości jakie oferuje to miasto są (przynajmniej na obecną chwilę) niemal nieograniczone. Mimo, iż powszechnie wiadomo, że gospodarka Texasu w dużej mierze jest oparta na węglowodorach widać, że Houston dobrze przygotowuje się na ewentualne załamanie rynków paliwowych.

A jak postrzega Houston i ogólnie Teksas nasza rezydentka, czyli Karolina?

 

A jako, że zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do Tscharnej, czas na zamknięcie wątków.

Epilog („poświntuszymy”).

Pewnie niektórych zaintrygowało, co Tscharna miała na myśli proponując w poprzedniej części owe świntuszenie i co się dalej działo z Suzy. Hm… niestety rozczaruję pewnie sporą część czytelników, ale kompletnie nie będzie to miało nic wspólnego z tym, o czym pewnie pomyśleliście.

Otóż Karolina wraz z mężem mają absolutnego, kompletnego zajoba na punkcie …świnek morskich. Ich całkiem pokaźny apartament, jest w gruncie rzeczy wybiegiem dla Phobosa i Deimosa (a w zasadzie Phobos i Deimos, gdyż to „one” są) dwójki przypominających pluszaki stworów.

texas (1 of 1)-6

texas (1 of 1)-5

 

Rozmowy o czym by się nie toczyły niemal za każdym razem zdryfowywały w stronę guinea pigs. Tuż przed wizytą, Tscharna przesłała mi takie coś: „Jeszcze jedno – mam nadzieję,że lubisz świnki morskie. Bo nas jest zasada- przychodzisz w gości – dostajesz świnkę morską do głaskania. Bez wyjątków. Dziewczynki są bardzo towarzyskie i jeszcze nikogo nie udziabały”. No i miała rację – nie udziabały 🙂

A co do Suzy… cóż. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Było miło i sympatycznie, po czym …rozeszliśmy się do domów.

 

********************

Następna relacja z Houston będzie dotyczyła głównego celu mojej wizyty w Teksasie, czyli NASA.

 

Korzystałem z danych publikowanych na stronach:

http://www.bls.gov/eag/eag.tx_houston_msa.htm
http://www.houstontx.gov/abouthouston/houston-facts-and-figures

No i oczywiście z bloga Karoliny: http://kowbojki.blogspot.com/

Dotychczasowa podróż wydrenowała mi kieszeń, musiałem zacząć oszczędzać. Przyszedł czas na Teksas. Gdzieś mi się przewinęło, że mieszka tam niejaka Tscharna, jedna z aktywniejszych komentatorek JM. Pomyślałem, że może mnie przygarnie na kilka dni. Zwróciłem się do niej mailowo tymi słowy: „Nie znamy się, Mała, ale nie masz chyba nic przeciwko, abym wbił do Ciebie na kwadrat?” Odpisała: „Jasne! Może nawet trochę po-świn-tu-szy-my…”

 

„Poświntuszymy??” – trochę mnie przytkało.
„Aha. Spoko, mój mąż nie będzie przeszkadzał.”

Wszystkie teksty kursywą pochodzą z jej bloga.

Listopadowa sobota. Dzwonię, że powinienem być wieczorem w Houston, samochód wypożyczę na lotnisku i koło 21 do nich dojadę. Karolina (bo tak Tscharna ma naprawdę na imię) mówi, że może być mały problem ze względu na…

#1. Pogoda

Lato zaczyna się w marcu, a kończy w połowie listopada. W czasie zimy jest jakieś 10 stopni. Raz na dekadę trzy dni popada śnieg. Większość osób poniżej trzydziestki z Teksasu, nigdy w życiu nie lepiło bałwana, chyba, że …na komputerze.

„Eee… ale jaki problem?” – pytam zaniepokojony.
„W zasadzie to… chodzi o lądowanie. Mamy tu, ehem… tornado warning”.
Zajebiście.
Dwie godziny później, kołysząc się na wszystkie strony, samolot zbliża się do Houston. Dookoła regularne uderzają błyskawice.
Ziuuu… Boeing wpadł w dziurę, pilot funduje nam „zero gravity” dla ubogich. Wszyscy się drą. Po chwili na pokładzie zapada cisza. „Our father, who art in heaven…” Oglądam się do tyłu. Blackmetalowiec z odwróconym pentagramem postanowił się nawrócić. Z przodu wytatuowana hipiska intonuje „the Lord is my shepherd…”.
Jakiś Polak pośrodku szepcze „k***a, tylko nie teraz!”.
A nie, to ja.
Z drugiej strony pocieszam się, że póki z głośników nie słychać „Allahu Akbar” – jest nadzieja.
Jebs!
Znaczy wylądowaliśmy. Cali. Burza oklasków, jak podczas czarteru do Hurghady. Na zewnątrz wciąż pada i wieje przeraźliwy wiatr. Wszystko ustaje w ciągu …kwadransa. Idę w stronę wielkiej jak stadion wypożyczalni samochodów, i rozglądam się za szyldem biura Alamo, w którym robiłem rezerwację. Generalnie przytłacza mnie…

#2. Przestrzeń

Houston to nie Szykago lub Niu Jork. Nie ma tu wielu bloków, wieżowców, drapaczy chmur, oprócz biurowego downtown. Nawet między osiedlami domków jednorodzinnych jest dużo przestrzeni. Nigdy w życiu nie byłam w mieście, w którym można widzieć tyle nieba nie zasłoniętego blokami i wieżowcami.

Aha, fajnie, póki nie musisz gdzieś trafić. Bez nawigacji. Na przykład do Karoliny, na drugi koniec miasta. Spocony jak mysz, przedzieram się przez gąszcz autostrad z pierdyliardem pasów we wszystkich kierunkach, gubiąc orientację na każdym wielopoziomowym skrzyżowaniu, czyli średnio co kilometr.

Moje wyścigowe auto przy teksańskich pick-upach, wygląda jak idziesięciowy Matiz.

Boję się przekroczyć 70 km/h aby nie wpaść na kogoś, lub aby ktoś nie wpadł na mnie. Nastroju nie poprawiała mi świadomość, że nie mam wykupionego OC. Zresztą brak OC był najmniejszym problemem. Większym mogli być…

#3. Ludzie

Tak zwana południowa gościnność to nie mit, a że Polaków w Teksasie mało, to jesteśmy nadal uznawani za ludzi egzotycznych i takich światowych Europejczyków, że proszę siadać. Każdy tu ci pomoże, zagada, zachwyci się, że „jejujej, ty z Europy, witamy w Teksasie”.

Kiedy wsiadłem do samochodu, Tscharna raz jeszcze zadzwoniła do mnie z małym ostrzeżeniem. Otóż w sobotę wieczorem połowa kierowców lubi jeździć po Houston napruta. Niby obowiązuje tam jakaś antyalkoholowa polityka, ale nawaleni kierowcy, póki nie spowodują kolizji/wypadku, jeżdżą całkowicie bezkarnie. Co gorsza, ze swoich półciężarówek takiego auta jak moje, nawet nie zauważą. Gdyby jednak doszło do stłuczki, ostrzegła mnie abym broń Boże nie wdawał się w pyskówkę. Czemu? Ponieważ ta sama połowa najczęściej wozi w swoich samochodach…

#4. Broń

Tutaj nie podchodzisz do trąbiącego na ciebie frajera pytając się, czy ma jakiś problem. Według prawa, samochód jest przedłużeniem domu, a we własnym domu masz prawo się bronić. Czy mówiłam już, że prawie każdy ma broń w samochodzie?
A ile sztuk broni ma gospodarstwo domowe w Teksasie?
To bardzo proste: obliczamy na podstawie charakterystycznych przedmiotów znajdujących się w obejściu:
-za pickupa na podjeździe dajemy 1 sztukę
-za flagę USA dajemy 1 sztukę
-za flagę Teksasu: 2 sztuki
-za flagę konfederacji: 3 sztuki plus przynajmniej 1 automatyczna
Sumujemy i włala!

Znaczy trzeba uważać na pick-upy. Problem w tym, że niemal wszystkie auta wokół to pick-upy, a na dodatek większość jest oklejona flagami. Cóż, jeśli do tego dodać, że półki w zwykłych sportowych sieciówkach wyglądają m.in. tak:

…to można się czuć niepewnie (dobrze widzicie: „z uwagi na wysoki popyt nie sprzedają więcej niż 10 opakowań amunicji jednorazowo”). Zaś co do kierowców, to plagą nie jest jeżdżenie na gazie. Plagą jest ulubiony sport ekstremalny Teksańczyków czyli SMS-owanie podczas jazdy. Podsumujmy: jadę autostradą, a otaczają mnie napruci, uzbrojeni, rozkojarzeni (ale gościnni) psychopaci, w pieprzonych czołgach.

Wow! Lubię to!

#5. Standard życia

Za 140 tys. USD, można kupić trzypokojowy dom, pół godziny drogi od Houston, plus 14 akrów ziemi, (kilka razy taniej niż identyczny dom godzinę drogi od Wrocławia). Cena wynajmu dużego mieszkania w Houston na strzeżonym osiedlu z siłownią, basenem itp. jest porównywalna z mieszkaniem wielkości klatki dla świnki morskiej w ch**wej dzielnicy Londynu. W mieszkaniach jest tez dużo przestrzeni. Garderoba jest wielkości sypialni w niejednym londyńskim mieszkaniu. Stopa bezrobocia w Teksasie to ca. 5 procent, VAT 9%. Ceny ubrań, elektroniki itp. to jakieś 3/4 tego co w Europie, a piwo jest tanie jak cholera, więc można tanio dać sobie w palnik oblewając fakt, że mamy szczęście żyć w Teksasie.

Dojazd do karolinowego osiedla (w zasadzie kondominium) z lotniska zajął mi dwie godziny. Miejscówka, nawet po ciemku, delikatnie mówiąc, robi wrażenie. A następnego dnia mogłem nakręcić amerykańską edycję Nagato Cribs 🙂

Cofnijmy się jednak do dnia przylotu. Była 22-23. Dzwonię do Tscharnej, że jestem na miejscu. W słuchawce słyszę: „Aaa świetnie. Tylko, że w domu nikogo nie ma, jesteśmy na imprezie. Wbijasz z nami, nie ma to tamto. Zaraz po Ciebie podjedziemy. Mam nadzieję że jesteś głodny?” Konia z kopytami bym zjadł, ale grzecznie mówię, że nie. Okazuje się, że w Houston nie mówi się „nie” jeśli ktoś proponuje…

#6. Jedzenie

Pełnokrwiste steki, bryskiet wołowy w sosie barbecue, który śni się po nocach, Meksykańskie jedzenie z dużą ilością sera, kwaśnej śmietany i fasoli, oraz tanie i przepyszne owoce morza. Pieniądze nie dają szczęścia, ale pozwalają na zakup pół kilograma raków w stylu Cajun, a to jest mniej więcej to samo. A! 30% Teksańczyków jest otyłych, czyli ma BMI powyżej 30. tak więc możemy wpieprzać te wszystkie frykasy. A i tak będziemy czuć się piękni i cudni.

Zostałem odebrany i zawieziony do położonego niedaleko, pobliskiego pubu czy klubu. Cóż mogą robić mieszkańcy „obrzydliwie bogatego miasta obrzydliwie bogatego stanu” w sobotni wieczór? Jeść i pić. W jednej chwili zgubiłem moją zgubioną wcześniej wagę. Każdy dzień pobytu kosztował mnie wa kilogramy.

Jedzenie jedzeniem, ale podpytuję Karolinę o co kaman z tym świntuszeniem?
„Spokojnie wszystko w swoim czasie. Najpierw jednak chciałabym jednak abyś kogoś poznał.”
Przy stole siedzi siedem osób, wśród nich bardzo ładna dziewczyna, tak amerykańska, jak tylko amerykańska blondynka być może. „Poznajcie się” mówi Karolina. „To jest Suzy”:

Dwa, dwa, dwa, jeden. Suzy była jedyną osobą bez pary. Przypadek?
Hm…


W
części drugiej – znajdziecie kilka niesamowitych ciekawostek na temat Houston, nieco więcej o teksańskich autostradach, o „waleniu rogi”, o tym jak wygląda hostel na wypasie (chociaż w „tęczowej” dzielnicy). Ach, no i oczywiście w końcu… poświntuszymy.

Zagadka z historycznym tłem.

Co łączy nóż pokazany na poniższym zdjęciu z… wypożyczonym przeze mnie samochodem.

Z góry proszę wszelkie dexteropodobne myśli odrzucić – błędny trop. Marka, typ i kolor auta, też nie mają żadnego znaczenia.

BLOG KAROLINY: http://kowbojki.blogspot.com/

Lecąc na O’ahu, w zasadzie moim jedynym celem było zobaczyć Pearl Harbor. Rezerwując nocleg szukałem miejscówki, która znajdowałaby się możliwie blisko. Spełniający moje oczekiwania (dobre rekomendacje/niska cena) hostel, ulokowany był w Waikiki, dzielnicy Honolulu, której z uwagi na renomę ekskluzywnej, nie planowałem specjalnie odwiedzać, a która okazała się jednym z najfajniejszych miejsc w jakich przyszło mi przebywać.

waikiki (1 of 1)-9

#1. オアフ島 (O’ahu)

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po przyjeździe na O’ahu, a do Honolulu w szczególności, jest olbrzymia ilość… Azjatów. Stanowią blisko 40% populacji, z czego 13% to Japończycy. Dodatkowo wrażenie „azjatyckości” potęgują japońscy turyści będący bez wątpienia najliczniejszą grupą narodowościową odwiedzającą ten stan. W sklepach akceptowana jest płatność w jenach, a znajomość japońskiego jest mile widziana przez pracodawców.

waikiki (1 of 1)-10a

W pobliżu większych atrakcji, japoński słychać zresztą było równie często jak angielski. Odnosiłem wrażenie, że gdyby dzisiaj Japonia miała zaatakować Pearl Harbor, nie potrzebowałaby ani jednego lotniskowca. Wystarczyłoby „pingwinie”: 紳士は、島を取る! („Panowie, przejmujemy obiekt!”)

ART (1 of 1)-2

#2. Waikiki Beach

Zdaniem miejscowych „najbardziej znana plaża na świecie”, wielkością na kolana nie rzuca. Ma dokładnie 981 metrów długości, a jej uśredniona szerokość wynosi 25 metrów (w najszerszym punkcie ma 52 metry). W słoneczne dni wygląda malowniczo, szczególnie jeśli spojrzeć w stronę charakterystycznej sylwetki wygasłego wulkanu Diamond Head. Efekt nieco psują (moim zdaniem oczywiście) wystające na tyłach wieżowce.

ART (1 of 1)-5

Gdybym miał porównywać, to na przykład plaża w Świnoujściu jest zdecydowanie ładniejsza, ale to Waikiki ma w rękawie jokera. Temperatura powietrza nigdy nie spada tutaj poniżej 20º i nie rośnie powyżej 30, a wody nie spada poniżej 24º i zazwyczaj trzyma 26º. Nadto, w przeciwieństwie do Bałtyku, gdzie to zjawisko pojawia się tylko zimą, na O’ahu przez cały rok występują długie fale, magnes dla surferów. Zawodowców i tych …z przypadku.

Waikiki Beach jest podzielona na dwie, mniej więcej równe, strefy – „wypoczynkową” z murowanym falochronem, oraz otwartą na ocean, część „surfingową”. Jeśli ktoś w strefie surferów spodziewa się wysokich fal zawijających się w tunele to… nie ten adres. Waikiki Beach to przede wszystkim plaża do lansu. Surferzy przez duże „S” jeżdżą na niemal pozbawione infrastruktury północno – wschodnie wybrzeże O’ahu, na plaże Haleiwa i Waimea. To, póki co, zdecydowanie nie mój poziom.

ART (1 of 1)-3

 

#3. 2569 Cartwright Road 

Przylatując na O’ahu byłem z lekka zaniepokojony. Taka Japonia pod względem wydatków jest przewidywalna do bólu. Wystarczy minimum dyscypliny, aby bez stresu poruszać się w zabudżetowanych ramach. Australia, co mnie kompletnie zaskoczyło, okazała się jakieś dwa razy droższa niż Japonia i tego samego obawiałem się po Hawajach. Jak się okazało – nie było tak źle. W Waikiki, czyli najbardziej wypasionej dzielnicy Honolulu, przy malutkiej Cartwright Road, 150 metrów od plaży i tyle samo od ZOO, pomiędzy Hyattami, Marriottami, Sheratonami, Hiltonami i innymi pięciogwazdkowcami, znajduje się znajduje się hostel The Beach Cośtam.

ART (1 of 1)-4

Współczynnik poleceń na TripAdvisorze i HostelWorld w relacji do oferowanych cen, wyglądał niezwykle zachęcająco, a sam hostel był nie tylko fajnie zlokalizowany, ale także bardzo przyjemnie urządzony i miał …przemiłą obsługę.

Pięciodniowy pobyt na O’ahu kosztował mnie dokładnie 1054 zł, wliczając w to m.in. noclegi, wyżywienie, transport po wyspie, wypożyczenie desek, dwudniowy wstęp do Pearl Harbor, zwiedzanie pancernika Missouri, łódzi podwodnej Bowfin, muzeum Sił Powietrznych, wstęp na rafę koralową Hanauma i parę pomniejszych wydatków jak np. wejście na Diamond Head.

 

Dla zainteresowanych.
Pod koniec maja pojawi się artykuł (pewnie więcej niż jeden), w którym rozpiszę jak zaplanowałem każdy etap podróży, ile zakładałem, że będzie mnie kosztował mnie dzień pobytu w danym kraju, ile naprawdę kosztował i jak wyglądała cała eskapada od strony organizacyjnej. Bez ściemniania, wydatki oparte o rzeczywiste rachunki. Tekst będzie także wzbogacony o podróżnicze tips & tricks.

Oczywiście wszystko zależy od oczekiwań. Mój wariant podróży absolutnie nie nadaje się na romantyczny wypad we dwoje, więc jeśli ktoś planuje wylot na Hawaje w podróż poślubną, to powinien przygotować się na zupełnie, ale to zupełnie inną skalę wydatków.

 

#4. Je suis Samir (et je suis Algérien)

Kiedy się zameldowałem, przypomniało mi się że musze poradzić sobie z tym samym problemem co w Cairns – przepełnionymi kartami pamięci i brakiem możliwości ich zgrania. Komputer w recepcji odpadał – blokada portów USB. Odebrałem klucz i wszedłem do pokoju. Towarzystwo bardzo sympatyczne, trójka Niemców i Francuz. Widzę, że ten ostatni trzyma na kolanach netbooka. Patrzę na niego łapczywie (na netbooka, nie Francuza) i pytam (Francuza nie netbooka) czy pożyczyłby mi sprzęt do zrobienia backupów. Ku mojemu zdziwieniu, koleś natychmiast podaje mi komputer. „Thank you! You are my personal Jesus!” krzyczę uradowany.
Śniady Francuz podniósł wzrok.
„Mam na imię Samir” mówi „i tak właściwie to pochodzę z Algierii”.
Reszty możecie się domyśleć.

 

samir

Okazało się jednak, że Samir nie tylko nie wysadził nas wszystkich w powietrze, ale okazał się jednym z najsympatyczniejszych gości jakich spotkałem w czasie całej podróży. Obieżyświat pełną gębą, przy którym moje wojaże przypominały co najwyżej spacer wokół osiedla.

Uruchomiłem procedurę kopiowania – patrząc na pasek postępu, przewidywany czas ukończenia przypadał chyba na rok 2067. Padnę z nudów i z głodu. Samir jakby czytał mi w myślach. Mówi, że właśnie idzie do najpopularniejszej restauracji w Waikiki i jeśli chcę, mogę iść z nim. Pytam, czy Waikiki + „popularna restauracja” nie równa się „kosmiczne ceny”?
Francuz się śmieje – „Chodź, przekonasz się!”.

 

#5. Marukame Udon

Maszerujemy Kuhio Avenue. Po obu stronach witryny sklepów, poprzetykane cepeliowymi stoiskami i wejściami do markowych hoteli. Po przejściu mniej więcej kilometra zatrzymujemy się przy jakimś markecie. „Food Pantry” mówi Samir. „Jedyny market na dzielni z normalnymi cenami. Żabki (ABC Stories, Lawsony) omijasz, to sklepy dla jeleni. Jeśli chcesz zaopatrzyć się w coś sensownego do jedzenia i nie przepłacać – kupujesz tutaj”.

ART (1 of 1)-12

To może nie do końca do jedzenia, ale nie chodzi o szczegóły. Pytanie brzmi, co abstynent robił na dziale alkoholowym? Mianowicie szukał polskich akcentów 🙂 Jeśli chcecie zobaczyć przegląd różnych półek w Food Pantry, przydługawy filmik na końcu. 

A’propos jeleni. Sto metrów za Food Pantry widzimy kolejkę jak przed iSpotem w przeddzień premiery nowego iPhona.
– Za czym to towarzystwo stoi?
– Nie pytaj tylko stawaj na końcu. Jesteśmy na miejscu. To Marukame Udon, najlepsza knajpa w Waikiki.
– Chyba sobie jaja robisz? Przecież to …japoński lokal a kolejka co najmniej na pół dnia czekania.
Samir omiótł tłum wzrokiem.
– Eee… nie więcej niż czterdzieści minut. Dzisiaj i tak jest mało ludzi.

Marukame jest faktycznie japońską restauracją serwującą (głównie) ichnie odmiany zup, na grubym makaronie zwanym udon. Mimo, iż takich lokali  są w Japonii setki jeśli nie tysiące, połowę kolejkowiczów stanowili właśnie Japończycy. Tęsknią za domem, czy co?
Kiedy weszliśmy do środka, spojrzałem na menu, cenowo było naprawdę przystępnie.
Po chwili przetarłem oczy ze zdumienia.

ART (1 of 1)-8

Spojrzałem jeszcze raz.
Wiedziałem już, że czego bym nie zamówił, na pewno nie będzie to…

ART (1 of 1)-7

Aż strach pomyśleć co znaczy, że na „ciepło” albo, że „large”. I kto się na to „składał”? Cała kuchnia wraz z zapleczem?
No to musieli chłopaki być niesamowicie wydajni.
Zamówiłem… już nie pamiętam co to było, ale na pewno nie to co powyżej:

 ART (1 of 1)-9

Śmiem twierdzić, że danie było lepsze niż w Japonii. Powód był prosty – zupy były doprawiane trochę pod amerykański gust, więc nie były w smaku tak specyficzne, jak dania serwowane na przykład w Tokio.
Kiedy opuściliśmy Marukame, nadal dziwnie się czułem, wiedząc że serwują tam coś, co nazywa się bukkake. Wtedy zobaczyłem witrynę jednej z „żabek” i stwierdziłem, że albo za dużo JoeMonstera, albo z Hawajczykami naprawdę coś jest nie tak:

 ART (1 of 1)-10

 

#6. To jest mój PIN

Następnego dnia jechałem do Pearl Harbor. Dobrze, że zgrałem wcześniej zdjęcia i filmy na twarde dyski, dzięki czemu mogłem karty pamięci zapełniać na nowo. Plan wyrobiłem aż nadto. Cholera, błędne koło z tym zgrywaniem, znowu  musiałem prosić Samira o pomoc. Niestety z tego co pamiętałem, Francuz wspominał, że wróci bardzo późno, a może nawet następnego dnia. No i dupa…
Tymczasem wchodzę do pokoju. Patrzę, na moim łóżku leży notebook, a na notebooku kartka:

ART (1 of 1)

Kiedy wpisałem PIN, pojawił się, jakiś arabski wers i czerwony licznik odliczający od 10 do 0.
Nie miałem nawet jak uciec.

Żartuję 🙂
Samir, merci beaucoup!

**********************************************

I  filmik z Food Pantry o którym wspominałem w #5. Jeśli ktoś chciałby zorientować się mniej więcej jakie są ceny w tym markecie to zapraszam.  Przepraszam za jakość, niestety nie ustawiłem aparatu jak należy i w efekcie ciągle ucieka ostrość. 

Generalnie stronię od wszelakich używek. Bez specjalnego powodu. W zasadzie pijam tylko kawę, a i to niezbyt często. Dlatego zderzenia z moimi „negatywami” zwykle miewają ciekawy przebieg. Pierre zawstydziłby Boba Marleya, każdego wieczora rozmawiał z wielkanocnym zającem, za to rano nigdy się budził.
On zmartwychwstawał.

Najpierw tło dla właściwej historii.
Przed wizytą na hawajskiej Big Island spędziłem kilka dni na O’ahu. Nocowałem w dość przyjemnym hostelu w malowniczej dzielnicy Honolulu, Waikiki.

Pokoje na moim piętrze były wszędzie podobne, czteroosobowe, dwa piętrowe łóżka, kuchnia i łazienka. Z uwagi na łączoną rezerwację, jednego dnia nakazano mi się z rana przenieść z jednego pokoju do drugiego. Znaczy „z rana” hawajskiego – była 10. Otwieram drzwi, robię dwa kroki. Wszędzie straszny bałagan, porozrzucane ciuchy, buty jakieś, cała podłoga chrzęści, gdzie się nie ruszysz wszędzie piasek.

„Cholerni surferzy” myślę. Dziwne, łóżko ma wolny „dół”, co się w zasadzie nie zdarza. Nikt specjalnie nie lubi spać „na górze” (poza mną). Odkładam plecak, zamiatam piasek i kładę się na chwilę, bo wzięło mnie przeziębienie. Powoli odpływam, kiedy… tadam, drzwi otwierają się z hukiem i zjawia się ON. Wysoki jak tyczka i przeraźliwie chudy Francuz, nazwijmy go Pierre. W gębie, która żyletki nie widziała z rok, papieros (zgaszony, w hostelu obowiązuje kategoryczny zakaz palenia), oczy nieprzytomne, wygląda jakby był na permanentnym haju.
– Hej maaan, co na górze?
– Dzięki, jak się robisz?
– Dzięki.
(dosłowne tłumaczenia angielskich pozdrowień brzmią porąbanie, nie? :))
– Pierre, Francja. Surfujesz?
– Szymon, Polska, nigdy nie próbowałem.
Francuz się ożywia.
– To się zbieraj maaan, za 10 minut na dole!
– Yyy… a sprzęt? Zresztą nie potrafię, nigdy nie pływałem na czymś takim, no i chory jestem.
– 10 minut maaan! Na dole! Weź dychę na deskę.
Chory czy nie, poszedłem.

Do Waikiki Beach, czyli zgodnie z folderami: „najbardziej znanej i najpopularniejszej plaży na świecie”, z hostelu było jakieś 100 – 150 metrów.

Pierre był stuprocentowym maniakiem. Do dziesiątej przytomniał, do piętnastej surfował, a od piętnastej dawał w palnik, aż do urwania filmu. Nie chciałem wiedzieć czym.
Odmieniał go kompletnie surfing – od momentu wyjścia z hostelu w niczym nie przypominał zombie sprzed raptem kilku minut. Fale ujarzmiał na poziomie wyczynowym, a nauczycielem był świetnym – już w drugiej godzinie udało mi się zrobić pełny „slide”. Zabawa niesamowita, ale o tym kiedy indziej.

Koło 15 zdajemy sprzęt i chwilę rozmawiamy. Pytam go jak długo przebywa na Hawajach.
– Trzy miechy, maaan, wcześniej siedziałem w Kanadzie.
– Czym się zajmujesz?
– Czym popadnie. Jakiś lunch?
Ostrożnie mówię, że nie jestem głodny.
– Spoko luz, zdrowy posiłek. Dwa razy „krwawa Mary” i trochę dymu. Dasz radę!
– NAPRAWDĘ nie jestem głodny.
– Co jest, maaan? Nie lubisz pomidorów? Same witaminy!
Co za koleś! Wróciłem do pokoju. Tym razem ja naniosłem piasku. Pierre zniknął.
Nadszedł wieczór.

Wizyta na plaży pomogła o tyle, że przeszedł mi katar. Koło 23 kładę się spać. Koło pierwszej, powoli… otwierają… się… drzwi.

Wiecie jak to jest, jak ktoś na fazie próbuje zachowywać się cicho, ale ni cholery mu nie wychodzi? No to teraz było gorzej. Pierre księżycowym krokiem, hacząc o wszystko, o co się dało, dotarł do drabinki. Na łóżku miał nieziemski burdel. „Jeśli zacznie go po ciemku sprzątać”, pomyślałem, „pobudzi wszystkich w promieniu sześciu przecznic”. Wkuty wstałem, włączyłem latarkę i świecę na te jego klamoty. Pierre zastygł w bezruchu. Nagle słyszę nieprzytomne:
– Maaaan, światło… Światło się pojawiło…
– Nie „się pojawiło”, tylko włączyłem latarkę!
– Aha… – po czym ruchem zgarniającym zrzucił wszystko na podłogę, a następnie …kopnął to pod łóżko. Pod moje łóżko. Było mi wszystko jedno. Pierre wlazł jakoś na górę, a ja próbowałem zasnąć.

Nagle do mojego odetkanego nosa dotarł podejrzany zapach. Znowu włączam latarkę, zaglądam pod łóżko, a tam między rozsypanymi pieniędzmi, ręcznikami, zegarkiem i nieużywanymi od tygodni butami leży niewielka brązowa, foliowa torebka. Wstaję wkuty na maksa i szarpię Francuza za ramię.
– Wstawaj, k…a! Złaź na dół! Zabieraj ten staff stąd! To nie cholerny Amsterdam, nie mam ochoty na nalot DEA!
– What? What’s goin’ on? Jaki staff? O czym ty mówisz?
– A co to k***a jest? – pokazuję mu torebkę.
Pierre patrzy kilka sekund, próbując skojarzyć.
– Aaa.. to moje brudne skarpetki, maaan – otwiera paczuszkę, zgniły odór odrzuca mnie na drzwi łazienki.
– Zamknij ten szit!!! I schowaj to gdzieś, a najlepiej wyrzuć!
– No problem, maaan… – zawartość torebki wylądowała …pod jego poduszką.
Położyłem się, ale coś nie dawało mi spokoju. W Waikiki niemal nikt nie nosił skarpetek, wszyscy chodzili w sandałach albo klapkach. Z duszą na ramieniu pytam Pierre’a, jak długo to hoduje:
– Since Canada, maaan. No time for laundry…
Zasnął.
Ukryłem twarz w dłoniach.

*********************
Dwa dni później, koło czwartej nad ranem, musiałem opuścić hostel i jechać na lotnisko. Staram się możliwie cicho wyjść z pokoju. „Bon voyage”, słyszę. Pierre (z nieodłączną fajką) oparł się na łokciach i ułożył palce w shakę. „Nara, mordo!” – też zrobiłem shakę, w końcu chyba zasłużyłem na to prawo. Francuz opadł na poduszkę i odpłynął.

Na pełen respawn miał jeszcze sześć godzin.

„Pierre” ma oczywiście inaczej na imię, ale faktycznie jest Francuzem, a cała historia naprawdę miała miejsce. Niestety, nie wziąłem do niego namiarów, by zapytać o zgodę na publikację wizerunku, stąd bipy i „ganje” w filmach.

************************

Epilog.

Jak mogłem się tak pomylić? Cóż…
Kiedy następnego dnia umieściłem powyższą historyjkę na Facebooku, moi przyjaciele nie omieszkali tego skomentować, ale znaleźli też racjonalne wytłumaczenie:

Zapraszam na drugą część. Motyw przewodni: Hawaje nie muszą być drogie. Zobaczycie jak wyglądał mój hostel, poznacie muzułmanina, którego przywitałem porównaniem do Jezusa i zobaczycie (jak to skomentował @Atheist), „najważniejszą japońską tradycję”, czyli …bukkake 🙂

 

I czas na zagadkę 🙂

Jako że nadeszła Wielkanoc, będzie zagadka typu easter egg.
Jak wszyscy wiedzą, w zeszłym miesiącu zmarł niestety genialny Terry Pratchett. Można pisać epitafia, można wspomnienia, można też złożyć mu hołd nieco inaczej.
Spróbujcie znaleźć go na jednym z powyższych zdjęć (krajobrazowych, dla ułatwienia).
60 sekund?

W Hilo, stolicy hawajskiej Big Island, niedaleko mojego hostelu znajdowała się ichnia Wojskowa Komisja Uzupełnień (Army Career Center – ACC). Była niedziela, punkt był nieczynny. Moją uwagę przykuły jednak okienne witryny. Przystanąłem zaintrygowany, jakąż to ofertę składa Wielki Brat swoim obywatelom, że nader chętnie się do armii zaciągają. Postanowiłem trochę ten temat zgłębić.

#1. Przynęta.

W każdym oknie ACC znajdował się plakat, folder lub choćby ulotka zachęcająca do wstąpienia do armii, obiecująca w zamian złote góry (o tym na końcu).

mauna (1 of 1)-24

Uśmiechnięci żołnierze, dumne dziewczyny, szczęśliwe dzieci…

mauna (1 of 1)-26

…oraz twarde spojrzenia sealsów…

mauna (1 of 1)-22

…mają budować obraz fajnej przygody w przyjemnej atmosferze. A gdyby to kogoś nie przekonywało, wszędzie przewijają się „szeleszczące” argumenty.

mauna (1 of 1)-23

Ale nie, nie… żadnych ekstra poborów poza żołdem – nie jesteśmy przecież najemnikami. To tylko rozłąkowe, jakieś dodatki dla rodziny, opieka zdrowotna, ubezpieczenie, środki na kształcenie dzieci, może nawet ciebie, albo …tego co z ciebie zostanie jak wrócisz. A jeśli nie, rodzina otrzyma gratyfikację, wraz ze złożoną w trójkąt, gwiaździstą flagą.

#2. Kredo.

W centralnym miejscu wisiało…

mauna (1 of 1)-35

Kredo Amerykańskiego Żołnierza – koniecznie wielkimi literami. W (niemal) dosłownym tłumaczeniu:

Jestem Amerykańskim Żołnierzem.
Jestem wojownikiem, jestem częścią zespołu.
Służę narodowi Stanów Zjednoczonych, żyję Wartościami Armii.
Misja jest zawsze moim priorytetem.
Nigdy nie akceptuję porażki.
Nigdy się nie wycofuję.
Nigdy nie zostawiam poległych towarzyszy.
Jestem zdyscyplinowany, twardy fizycznie i psychicznie, wyszkolony i biegły w wykonywaniu bojowych zadań i ćwiczeń.
Zawsze dbam o moją broń, mój ekwipunek i o siebie.
Jestem ekspertem i jestem profesjonalistą.
Zawsze i wszędzie jestem gotów do walki z wrogami Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Jestem strażnikiem wolności i amerykańskiego stylu życia.
Jestem Amerykańskim Żołnierzem.KREDO AMERYKAŃSKIEGO ŻOŁNIERZA

W sumie nie bardzo wiem po co się tak rozpisywali, na dobrą sprawę można to przecież ująć w trzech punktach:

Jestem Zajebiście Zajebisty!
Moja racja jest najmojsza!
Nie wk***aj mnie, bo ci przypie…olę!ZMODYFIKOWANE KREDO AMERYKAŃSKIEGO ŻOŁNIERZA by Nagato

I całkowicie serio.
Można mieć polew z ich podejścia, ale Amerykanie NAPRAWDĘ wierzą w swoje ideały, NAPRAWDĘ ufają swojej armii, NAPRAWDĘ darzą ją olbrzymim szacunkiem i NAPRAWDĘ ją lubią. Mają po temu powody – czego by nie mówić, US Armed Forces przewyższają siły zbrojne innych państw w niemal każdym aspekcie. Wyciągnięto i dobrze odrobiono lekcje z Pearl Harbor, Omaha, Okinawy, Korei, Wietnamu, Afryki czy Bliskiego Wschodu.

mauna (1 of 1)-17

Z jakim rezulatem?

 

#3. Hegemonia.

Zastrzegam z góry – nie oceniam polityki ani zasadności wykorzystania sił zbrojnych USA na arenie międzynarodowej. Nie oceniam także następstw takich operacji, jak i kosztów osobowych czy finansowych ich przeprowadzania. Nie oceniam również strony moralnej i etycznej. Oceniam jedynie skuteczność prowadzonych działań militarnych, a tą można najprościej wyrazić słowami: gdzie nie wjadą, tam rozjadą. 

Rokrocznie rząd USA wydaje na zbrojenia więcej środków niż kolejnych 9 krajów razem wziętych (sic!), w tym takich mocarstw jak Chiny, Rosja, Niemcy czy UK.

mauna (1 of 1)-19

Nawet pomijając arsenał nuklearny, Amerykański Żołnierz (wielkimi literami, a jak :)) ma do dyspozycji zasób ultranowoczesnych zabawek, wystarczający aż nadto do wdrażania swojego kredo. Według danych z roku 2014, siły zbrojne USA posiadają na stanie m. in.:

  • 10 300 głowic nuklearnych, w tym 5300 aktywnych, gotowych do użycia – ilość wystarczająca do kilkukrotnego wywrócenia planety na lewą stronę.
  • 10 atomowych superlotniskowców klasy Nimitz i (wkrótce) Ford – czyli tyle, ile zwykłych lotniskowców posiadają wszystkie pozostałe kraje na świecie razem wzięte.
  • 8700 czołgów M1 Abrams – obecnie najczęściej „testowanych” czołgów na współczesnych polach walki – póki co żaden nie został zniszczony w boju i jedynie kilka zostało uszkodzonych.
  • 3300 samolotów bojowych (w tym 185 myśliwców piątej generacji) – dla porównania: Chiny 1500/2, Rosja 1900/4, UK 222/0, Niemcy 423/0
  • 6400 śmigłowców szturmowych – czyli 76% światowych „zasobów”.

mauna (1 of 1)-27

I tak dalej, i tak dalej.

Warto też wspomnieć, że w ciągu ostatnich 20 lat amerykańska armia brała udział w prawie wszystkich możliwych konfliktach, we wszystkich strefach klimatycznych i w każdych warunkach pogodowych – takiego doświadczenia nie posiadają żadne inne siły zbrojne na świecie.

#4. Rekrutacja.

Mimo permanentnego uwikłania w różnorakie wojny i nie tak znowu niskiego prawdopodobieństwa powrotu do domu w skrzynce, siły zbrojne USA przyciągają sporo rekrutów i rezerwistów. Jak? Oto tabela rocznego, podstawowego uposażenia żołnierzy w służbie czynnej oraz rezerwy.

ARMIA - UPOSAŻENIE

Dotąd jest w miarę prosto, dalej dość trudno się połapać w różnych niuansach. Według goarmy.com,  żołnierze „czynni” mogą otrzymać  dodatkowo bonus (w 60% niepieniężny) o równowartości ok. $100 000 na pokrycie ubezpieczeń, składek emerytalnych, opieki rodzinnej, zdrowotnej, utrzymania i edukacji. Ponadto żołnierze w służbie czynnej mogą dorobić na udziale w misjach (do $40 000), na ukończeniu kursów sił specjalnych ($40 000), rangerów ($10 000), kryptologicznych ($20 000), itd.
Nie najgorzej mają też żołnierze rezerwy. Wystarczy dwa tygodnie w roku i jeden weekend w miesiącu (łącznie 36 dni) poświęcić armii, aby otrzymać wynagrodzenie podane w tabeli. Służba w rezerwie nie tylko nie wyklucza normalnej aktywności zawodowej ale zazwyczaj doskonale ją uzupełnia. Rezerwiści mogą również liczyć na wiele bonusów: podstawowy niepieniężny w wys. $20 000; za posiadanie wartościowych dla armii umiejętności $20 000 i kilka innych. Niemniej istotne jest to, że rezerwiści z zasady nie uczestniczą w działaniach bojowych poza terytorium USA.
Gdyby ktoś chciał sobie dokładnie wyliczyć ile miesięcznie/rocznie mógłby zarobić służąc w siłach zbrojnych Stanów Zjednoczonych, polecam oficjalny kalkulator Departamentu Obrony.

mauna (1 of 1)-25

Czy to kwoty duże, czy małe? Wszystko zależy od tego jaki kto ma potencjał i oczekiwania. Nie jest to raczej propozycja dla absolwentów dobrych uczelni, czy osób przedsiębiorczych, ale dla wielu Amerykanów służba w armii, choćby z powodów finansowych, jest na pewno opcją wartą rozważenia.

Obecnie siły zbrojne USA liczą 1,4 mln zawodowych żołnierzy w służbie czynnej oraz 0,9 mln rezerwistów (pobór powszechny zawieszono w 1973r.). Do tego dochodzą formacje milicyjne (Gwardia Narodowa i podobne) w których służy 0,4 mln ochotników. Razem daje to 2,7 mln żołnierzy z których 250 tys. pozostaje na misjach, kontyngentach i placówkach w 150 krajach świata. Jeśli do tego doliczyć tysiące „najemników” zatrudnionych w szesnastu tzw. armiach „komercyjnych” (PMC) i jeszcze uzmysłowić sobie, że ilość broni w prywatnych rękach jest równa liczbie obywateli USA, wliczając w to niemowlęta, to rysuje się obraz …jakiejś zbiorowej paranoi. 

Kiedy agregowałem powyższe dane, doszedłem do wniosku, że maksyma si vis pacem para bellum powinna się znajdować w preambule amerykańskiej konstytucji, jako lex suprema.
…..
Chociaż z tym vis pacem, to akurat różnie bywa…

Do tematu sił zbrojnych USA będę jeszcze kilka razy wracał przy innych okazjach.


#6. Demonstracja.

I na sam koniec, coś dla rozluźnienia 🙂

Napisałem wcześniej, że Amerykanie lubią i szanują swoją armię. Cóż, oczywiście nie wszyscy…

Zaraz za punktem rekrutacyjnym odbywała się masowa (khem, khem) demonstracja.
Licznie przybyła młodzież i okoliczni mieszkańcy, wyrażali swoją dezaprobatę dla imperialistycznej polityki USA, żądając pokoju, zaprzestania używania dronów i natychmiastowego wycofania wojsk okupacyjnych z …terytorium Królestwa Hawajów.

mauna (1 of 1)-32

Jak widać przy okazji protestujący domagali się uwolnienia Palestyny, ale spoko, z tym się nie pali.

mauna (1 of 1)-31

Aktywnie protestowały skrzynki prądowe, ale prym wiódł bez dwóch zdań trawnik…

mauna (1 of 1)-30

Akcję separatystów wsparły niedobitki Drużyny Pierścienia, czy czegoś w tym stylu:

mauna (1 of 1)-33

Profesor Staniszkis i Obi-wan niezwykle dynamicznie siedzieli w pozach medytacyjnych:

mauna (1 of 1)-34

Co tam się działo…  wystarczyła godzina siedzenia, aby Obi-wan poruszył kciukiem. To wywołało lawinę – już pół godziny później wychudzona prof. Staniszkis lekko odgięła mały palec. Riposta Obi-wana była natychmiastowa. W ciągu kolejnej godziny dwukrotnie uniósł podbródek. Niestety, nie dane mi było zaczekać do końca pojedynku, bo musiałem spieszyć na egzamin maturalny mojego młodszego syna, który powinien rozpocząć się …gdzieś w okolicach 2025r.

Mimo iż nie zaczekałem do końca, przypuszczam, że demonstracja nie przyniosła spodziewanych rezultatów. W chwili, w której piszę te słowa, Hawaje nadal pozostają pod okupacją, jako pięćdziesiąty stan USA.

*****************

Wykorzystałem dane publikowane na stronach: goarmy.com, nationmaster.com, military1.com, nationalguard.com i defense.gov

 

PS. Obiecany Park Wulkanów i reszta ciekawostek pojawi się niedługo w kolejnym, zdecydowanie bardziej hawajskim, wpisie, poświęconym Big Island.