Kwiecień to zdaniem wielu najlepszy miesiąc na podróż po Japonii. Dla osób przyzwyczajonych do umiarkowanego klimatu, warunki pogodowe są optymalne. Nie odczuwa także nadchodzącej, świąteczno-wakacyjnej migracji Japończyków. Ale niewątpliwie największą atrakcją jest fenomen znany jako „hanami”. To starojapoński zwyczaj, któremu trudno nie ulec, chociaż na pozór brzmi banalnie – zbiorowe podziwianie kwiatostanów wiśni i śliwy.


W podróży przez hanami nie będą nam jednak towarzyszyły ślicznotki tylko uosobienie japońskiego maczyzmu, czyli Saigo Takamori. Razem będziemy szukać idealnego kwiatu. Oczywiście, pewnym utrudnieniem może być fakt, że Saigo nie żyje od ponad wieku, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Saigo Takamori był przywódcą ostatniego powstania samurajów, tzw. rebelii Satsuma pod koniec XIXw. Na kanwie jego losów Edward Zwick nakręcił znakomity film (Ostatni Samuraj), gdzie w rolę Saigo (w filmie – Katsumoto) wcielił się Ken Watanabe. Wizerunek Takamoriego w filmie jest wprawdzie mocno wyidealizowany, ale można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że podobnie jak większość Japończyków podziwiał doskonałość i ulotność kwiatów wiśni.

Wiśnia japońska (sakura), zwana u nas wiśnią piłkowaną to drzewo dość powszechnie występujące w dalekowschodniej Azji, charakteryzujące się bardzo charakterystycznym kwiatostanem, kwitnącym najczęściej od marca do maja. Sakura występuje w kilku odmianiach a różnice pomiędzy nimi potrafi dostrzec nawet laik.

Zasadniczo najczęściej można spotkać odmiany o różowawym zabarwieniu płatków, kwitnące bardzo obficie, a w okresie wiosennym niemal pozbawione liści. Są jednak gatunki kwitnące na biało, o mniejszym zagęszczeniu płatków lub na przykład zdecydowanie bardziej ‚zielone’. Zasadniczo im bardziej na południe, tym kwiaty były ładniejsze, ale może to tylko moje subiektywne wrażenie. Należy wziąć pod uwagę, że front kwitnienia nie rozkłada się równomiernie w całym kraju, tylko przesuwa się od południa na północ w horyzoncie miesiąca.

Wiadomości o pojawieniu i przemieszczaniu się kwitnienia, przekazują wszystkie stacje TV w formie naszej „mapy pogodowej”.

Najbardziej znany festiwal hanami jeśli tak można to określić odbywa się w tokijskim parku Ueno.

To jeden z największych publicznych, japońskich parków miejskich. Co do jego „urody”, można się spierać – w mojej ocenie są ładniejsze, natomiast w kwietniu trudno byłoby znaleźć bardziej biało-różowy krajobraz niż tutaj. Powód jest pochodną liczb, liczba wyraża ilość drzew sakury, a tych jest tu podobno aż 2200.

W centralnym miejscu parku najbardziej znany stoi pomnik w Japonii przedstawiający nikogo innego tylko Saigo Takamoriego. Saigo był uczestnkiem praktycznie wszystkich zajść i katalizatorem większości zmian zachodzących w dziewiętnastowiecznej Japonii. Był dowódcą armii cesarskiej w wojnie prowadzonej przeciwko niewydolnemu i słabemu szogunatowi (wojna Boshin) a dziesięć lat później przywódcą wspomnianej wyżej rebelii Satsuma, skierowanej przeciwko cesarskiemu rządowi (ale bynajmniej nie przeciwko cesarzowi).

Zawsze wierny zasadom i nieprzejednanie walczący o utrzymanie klasowego status quo. W przeciwieństwie do filmowego wizerunku, nie gardził bynajmniej nowoczesnym jak na tamte czasy uzbrojeniem, czy umundurowaniem, natomiast zgodnie z nim, był nie tylko wodzem, ale także poetą (tworzył pod nazwiskiem Saigo Nanshu).

Hanami celebruje się na różne sposoby, ale najpopularniejszy to spotkania w gronie rodzinnym lub w gronie znajomych w parkach. Depcząc sobie po głowach, wszyscy walczą o co atrakcyjniejsze kawałki trawnika, niczym nie przymierzając rodacy w Łebie w lipcu, rozkładają się jak na niebieskich plandekach, wyjmują prowiant oraz napoje i rozpoczynają wielogodzinną nasiadówkę.

Słowo „napoje” jest w zasadzie kluczem. Dla wielu to okazja do bezpardonowego uwalania się w trąbę, w myśl przyświecającej hanami zasadzie: „cośtam cośtam, życie takie ulotne, cośtam płatki kwiatów czy coś, wow”. W takim duchu wielu Japończków obchodzi tzw. yozakura, czyli „nocne” hanami. Z definicji powinna być to nocna kontemplacja kwiatów przy świetle lampionów, ale ile można na kwiaty patrzeć (zdjęcia dzięki uprzejmości Yui):

Oczywiście hanami ma także szerszy wymiar niż tylko jedzenie i picie. Mieszkańcy nierzadko urozmaicają posiedzenia grą na tradycyjnych instrumentach – wtedy naprawdę można poczuć klimat.

W Osace spotkałem się także ze znanymi także i u nas grupami etnicznymi, których występy gromadziły naprawdę sporo widzów. Chwytliwe, trudno się nie zatrzymać.

Kwitnące wiśnie są ozdobą każdego zrobionego w tym czasie w Japonii zdjęcia, budząc ducha fotografa w każdym kto trzyma w ręku choćby komórkę. Trudno nie ulec temu trendowi. Nie ma budynku, czy obiektu, którego zdjęcie nie byłoby przyozdobione na zdjęciu gałązką sakury, przy czym nie ma znaczenia czy to zamek, wulkan czy dworzec. Wszystko musi być obligatoryjnie „udekorowane”.

Mnie też się udzieliło, ale gwoli usprawiedliwienia, zdecydowana większość „ukwieconych” przeze mnie obiektów to budowle historyczne.

Zazwyczaj równolegle do powiedzmy „głównych obchodów”, toczy się cała gama atrakcji towarzyszących. W efekcie odnosi się wrażenie, że hanami to niemal niekończący się festiwal, w czasie którego każdy może odnaleźć coś dla siebie. Miłośnicy sztuki mogą na przykład podziwiać występy starojapońskiego teatru (no):

I w nieco dłuższej wersji:

Dla odmiany znacznie bardziej oryginalnie przedstawiały się występy tancerek w bardzo niejapońskim tańcu:

Natomiast Saigo byłby zadowolony widząc dzieci i młodzież w czasie turnieju najbardziej z kolei japońskiej z japońskich sztuk walki czyli kendo (tak, tak, to samo w którym Yui posiada 4 dan). Inna sprawa, że zapalczywość z jaką kilkuletnie maluchy krzyżowały shinai i nacierały na siebie jeżyła włosy na głowie.

Uczestnicy turnieju nie biorący w danym momencie udziału w walkach, intensywnie trenowali w dwudziestokilkustopniowym upale. Sens, na moje, średni, ale ja jestem z Europy:

 

Na koniec krótka historyjka z hanami w najstarszej stolicy Japonii, Nary

Przybyłem tam aby zwiedzić buddyjskie chramy i pałac cesarski. Miasto jest o tyle specyficzne, że po centralnym parku biegają swobodnie jelenie shika – nieco większe od naszych saren, porównywalne wielkością z danielami – o nich zresztą kiedy indziej.
W każdym razie jedna z dróg wiodących do przyświątynnego parku była zamknięta z uwagi hanami właśnie. Z drugiej strony widać było wyraźnie spacerujących turystów, ale mnie nikt wpuścić nie chciał. Grzecznie acz stanowczo informowano mnie że „ashita” (jutro). Ależ mnie wzięło…

W czasie mojej, mało subtelnej, próby forsowania przejścia „bokiem” …nikogo to nie obeszło. Okazało się, że park nie jest zamknięty, nie „nie chcieli mnie wpuścić”, tylko poinformować, że bramę dekorują, a „jutro” oznaczało, żeby przyjść i podziwiać następnego dnia, jak będzie oficjalny „hanami piknik”.

Kiedy w cywilizowany sposób w końcu zjawiłem się w parku i usiadłem na ławce, przysiadł się do mnie dziwak. Pomyślałem, że kolejny misiu, który chciałby poćwiczyć angielski, ale po wymianie pięciu zdań na krzyż, zorientowałem się, że jego angielski jest jakieś dwa razy lepszy od mojego i z pewnością treningu nie potrzebuje. Kiedy próbowałem wejść na „konwersacyjny” japoński, mój rozmówca w przeciwieństwie do większości Japończyków, zamiast wyrazić radość, że gaijin mówi coś więcej niż „arigato”, uciekał do języka Szekspira. Nie mam specjalnie wyczulonego słuchu, ale kiedy zdarzyło mu się powiedzieć dłuższą frazę po japońsku była ewidentnie „skażona” koreańskim akcentem.

Pierwsza myśl – „agent Kima”…
Druga – „agent Kima w czasie werbunku”
Trzecia – „agent Kima w czasie werbunku, trzeba spuścić wp…ol”
Pomyślałem, włączę aparat – będzie dowód, że moje działałanie było uzasadnione. I wtedy mój rozmówca sięgnął po coś do torby i zdradził mi, że… pisze wiersze.

Okazało się, że Hideo Asano (co sprawdziłem później w sieci) jest japońskim, acz prawdopodobnie koreańskiego pochodzenia, piszącym po angielsku pisarzem i poetą. Co ciekawe, wbrew pierwszemu wrażeniu, bardzo znanym. Podróżuje po świecie, zwiedza bardzo ciekawe miejsca, żyje w dość osobliwy sposób, a poglądy ma na prawo od Korwina. Tak więc dowiedziałem się między innymi, że obecnie Japonią rządzi banda złodziei, że wszyscy wszystkich okradają, że on nie ma możliwości by swobodnie tworzyć bo tak jest – jego okradają najbardziej. Co ciekawe, im dalej szła rozmowa, tym chętniej go słuchałem, bo facet był wbrew pozorom bardzo oczytany i niesamowicie inteligentny.

Hideo-san normalnie zarabia na sprzedaży swojej twórczości – najczęściej przez internet, bądź w drodze „direct marketingu” – czyli zaczepiając turystów i oferując im swoje wiersze. Teraz było trochę inaczej, bo po dwóch godzinach wspólnego siedzenia na ławce i konwersacji głównie na temat nuklearnych rajdów w ’45 (a tu poglądy mieliśmy zbliżone), po prostu mi zostawił tomik, niczego nie chcąc w zamian. Powiem, że różnych oryginałów spotykałem w Japonii, ale Asano-san był jedyny w swoim rodzaju. Jakieś pięć lat temu był podobno internetowy klub „Zaczepionych przez Hideo Asano”, goście z całego świata się wymieniali spostrzeżeniami, komentowali. Szkoda, że już nie działa.

Jak się hanami kończy… Cóż, nie dalej niż po miesiącu, płatki zaczynają gwatłownie opadać przekształcając się w tzw. „biały deszcz”. Wiśnie japońskie nie owocują (z reguły), więc o sakurze zapomina się do następnego roku.

A tak wygląda „schyłkowe” hanami na terenie parku w Himeji (znany z odcinka o zamkach).

Planowałem zakończyć znalezieniem idealnego kwiatu sakury. Może powiem tak, oglądałem ich wiele w wielu, wielu miastach, miasteczkach, parkach, ogrodach, wsiach i bezdrożach. I jestem skłonny przyznać rację Saigo, który zauważył tą zależność dopiero, kiedy przyszło mu odejść.

 

Pomijając czasy bardzo zamierzchłe i że się tak wyrażę korzenie korzeni, zasadniczo uznaje się, że ninjutsu i klany ninja wywodzą się ze środkowej Japonii – dawnej prowincji Iga (obecnie prefektura Mie) i południowej części byłej prowincji Omi – regionu Koga (obecnie prefektura Shiga). Dodatkowo z uwagi na fakt, iż największa obecnie organizacja nauczająca ninjutsu (Bujinkan) oparta jest na fundamentach szkoły Togakure-ryu, uznaje się, że trzecią kolebką jest mała wioska niedaleko Nagano o nazwie Togakushi (nosząca dawniej nazwę Togakure właśnie).

W każdej z tych miejscowości już od dworca biją w oczy wszechobecne ninjagadżety. Jak na ironię, najbardziej tajemniczy styl i wiecznie pozostający w cieniu wojownicy, mają dzisiaj najbardziej hałaśliwą i rzucającą się w oczy reklamę w historii. Po wyjściu z dworca w Iga przeciskasz się między takimi atrakcjami:

…a z dworca w Koga, nawet nie trzeba wychodzić:

W każdej z tych miejscowości znajdują się bardzo ciekawe muzea i w każdej czeka na zwiedzających masa atrakcji dodatkowych. Zbudowane lub odtworzone zostały tutaj „ninja yashiki”, czyli najeżone schowkami, pułapkami czy zapadniami domy, w których ninja, podobno, kiedyś mieszkali. Dzisiaj celowo bez zdjęć i filmów – wszystko, obiecuję, pojawi się wkrótce w naprawdę przystępnej formie.

W pobliżu muzeów pobudowano także tematyczne parki dla dzieci, z atrakcjami które bądź kojarzą się z tradycją shinobi:

…bądź z tą tradycją nie mają wiele wspólnego, ale są po prostu fajne:

Szkoda, że nikt mnie nie uprzedził, że przy mojej masie, wózek osiągnie pierwszą kosmiczną. Nikt też nie powiedział, że lepiej jest po drodze hamować, a amortyzującą poduszkę wypełniono, na moje odczucie, śrubami.

Ale zabawa jest tylko dodatkiem, ja przyjechałem tam w innym celu.
We wszystkich muzeach dominuje kolekcja „tematyczna”. Można tu znaleźć broń różnego rodzaju i przeznaczenia, w tym najpopularniejsze „gwiazdki”:

Poza tym spora część ekspozycji jest zazwyczaj poświęcona „odzieży roboczej”:

W masowej kulturze, za najpowszechniejszy strój ninja, uważany jest shinobi sozoku z charakterystycznym kapturem odsłaniającym jedynie oczy. Właściciele i administratorzy muzeów i parków, a także filmowcy, pisarze czy ilustratorzy mają świadomość, że prawdy w tym tyle ile w deklaracjach wyborczych kandydatów na europosłów, ale nikt z tą fikcją nie walczy. Wręcz przeciwnie – aktywnie wspiera się taki wizerunek:

I właśnie od kwestii stroju zacznę podróż po poszczególnych miejscowościach.

#1. Togakushi

Planując realizację swojego materiału, miałem zaplanowane, aby poszczególne odcinki kręcić właśnie we wspomnianym shinobi sozoku (bez kaptura rzecz jasna). Efekt tej przebieranki mnie lekko zaskoczył. Japończycy, a szczególnie dzieci, byli wniebowzięci 🙂 Oto krótki fragment z programu „Why did you come to Japan” (dalej WDYC2J):

Mała prawie nóg nie pogubiła 🙂 W samym muzeum nie było inaczej:

Jak na Krupówkach, brakowało mi tylko białego futra.

W takich miejscach jak to, rolę „zakopiańskiego misia” zazwyczaj pełni, znacznie popularniejszy tutajtengu, będący częstym motywem towarzyszącym klanom shinobi. W Togakushi, Iga czy Koga jest w on zasadzie wszechobecny. Kim jest tengu?

To długonose… (powiedzmy, że chodziło o nos), bóstwo, goblin, mitologicznie powiązane z klanami ninja (między innymi). Motyw tengu bardzo często przewija się w japońskiej kulturze. Pojawia się w filmach, książkach, komiksach, ale także na …pomnikach, również w miejscach które z ninja nie mają nic wspólnego.

Dlaczego o nim wspominam? A, mam do gościa sentyment – tak się nazywa moja sekcja i taki też mam „oficjalny” pozajoemonsterowy pseudonim.
Bez skojarzeń proszę.

#2. Koga

Jako, że towarzyszyła mi ekipa TV Tokyo, pojawiło się mnóstwo dodatkowych możliwości, otwarło się kilka zamkniętych drzwi, a z uwagi na powszechny brak znajomości angielskiego, mój konwersacyjny japoński podniosłem na poziom ekspert …dzięki pośrednictwu Yui Toratani.

Kiedy dojechaliśmy do Koga, okazało się, że w poniedziałki muzeum jest nieczynne. Pech… normalnie musiałbym pocałować klamkę, ale Mizuno gdzieś zadzwonił i za chwilę pod bramę podjechał samochód z panem Shunichiro Yunokim, właścicielem parku i zarazem kustoszem muzeum.

Nie dość, że cały park, muzeum i kustosza miałem na wyłączność, to jeszcze okazało się, że Yunoki-san jest spadkobiercą jednej z tradycji Koga-ryu i jednym z największych ekspertów w zakresie historii klanów ninja na świecie.

Muzeum – bajka. Dom ninja – najbardziej realistyczny ze wszystkich (na końcu będzie mała historia z tym związana). Wiedza pana Yunoki – klękajcie narody, a do tego „prywatna” tłumaczka. Usiedliśmy koło dziesiątej rano. Moi towarzysze byli ożywieni jak rzadko. Malowane słowami obrazy i niesamowite historie, pobudziłyby wyobraźnię najbardziej znudzonych laików. Mizuno z TV Tokyo (było nie było, telewizji produkującej m.in. serial Naruto), zdradził mi później, że nie miał pojęcia, że własna przeszłość może być tak fascynująca. Poniżej – dla pasjonatów raczej, fragment w którym Yunoki prostuje moją wiedzę na temat najbardziej znanego epizodu z historii klanów ninja – czyli „przemytu” przyszłego szoguna Tokugawy w asyście shinobi, przez terytorium Iga.

Skończyliśmy przed zmierzchem, jakieś 30 GB nagrań później. A jeszcze do wieczora pojechaliśmy na historyczny cmentarz na którym, leżeli pochowani przywódcy różnych klanów oraz ich co bardziej znani wojownicy.

Kiedy znaleźliśmy się ponownie na dworcu, moją uwagę przykuła pewna nieścisłość. We wszystkich książkach czy filmach (w tym japońskich) poświęconych ninja z tej prowincji, używa się nazwy Koga, natomiast nad dworcem, w rozkładach jazdy czy w googlemaps ta sama nazwa figuruje jako Koka:

Skąd ta, pozorna jak się okazuje, rozbieżność – wyjaśni Yui:

 

#3. Iga

Trochę inaczej było w Iga, najbardziej znanej praojczyźnie klanów ninja. Gospodarz, pan Hanzo Ukita był zaskoczony i zarazem zachwycony naszą obecnością.

Okazało się również, że oprócz nas (w sensie – TV Tokyo), pojawiła się tam inna ekipa z kamerą. Patrzę, twarze znajome, kaliforniski akcent – nie wierzę… Jonathan Legg i chłopaki z Discovery Channel, z programu Road Less Traveled. Od razu zrobiło się jakoś tak bardziej światowo.

Oprócz podobnej do tej z Yunoki-sanem, długiej rozmowy, Ukita-san wraz ze swoją grupą demonstracyjną, zorganizowali dla nas specjalny pokaz (mimo, iż było już po sezonie). Zebrali zaskoczonych, krzątających się po parku turystów na widownię, a następnie dali naprawdę fantastyczne przedstawienie. Uwagę na arenie przykuwała kunoichi (po naszemu „nindżadziunia”) Mio – prywatnie absolwentka gimnastyki tokijskiego AWF. Poznałem ją przelotnie w 2011 (zdjęcie z lewej), ale dopiero teraz (zdjęcie z prawej) miałem okazję normalnie z nią porozmawiać.

Czego by nie powiedzieć, wyładniała przez te dwa lata i jakby trochę urosła?

Tak czy tak dziewczyna jest bardzo sympatyczna a udzielając odpowiedzi na nie zadane pytanie, odpowiadam – nie, nic nie było 🙂

Poniżej mała próbka umiejętności grupy Ashura, czyli Mio vs. Hanzo Ukita w czasie pokazu (zwróćcie uwagę na „subtelną” oprawę dźwiękową):

Po pokazie i rozejściu się „cywilów”, na arenie zostaliśmy tylko my oraz Jonathan Legg ze swoją ekipą. I teraz zaczęło się najlepsze. Dali nam wszystkie zabawki, których używali, łącznie z mieczami kutymi przez jakichś starodawnych masta, abyśmy trochę się nimi pobawili. Oto Jonathan w czasie tameshigiri (próby cięcia). Chłopak pierwszy raz trzymał taki miecz w rękach…

…aż się wszyscy spocili kiedy go chował – to ostrze naprawdę przecina włos w powietrzu. A jak tnie autor artykułu? Wszystko w swoim czasie 🙂

Poza tameshigiri, mieliśmy okazję sprawdzić się w rzucaniu shurikenami. Zaczyna Mizuno z TV Tokyo:

Generalnie – fantastyczny dzień. Po wieczór rozeszliśmy się w naprawdę świetnych nastrojach.

Mała anegdota

Otóż po emisji programu (WDYC2J) z moim udziałem, Yui podesłała mi adres strony z jakimś forum, na której tenże odcinek był szeroko komentowany. Wpisy były rzecz jasna po krzaczkowemu, ale „Yoda”, czyli bingowy czy googlowy tłumacz automatyczny, całkiem nieźle dawał z tym sobie radę. Zaskoczyła mnie ilość wpisów – szła w tysiące i ich wymowa. Ogólnie, ludziom bardzo się podobało, że gaijin interesuje się ich historią, wielu zainspirowało spanie w namiocie na polach bitew, ktoś tam przytoczył w dziesięciu chyba postach całą historię Polski, pojawiło się kilkunastu ekspertów od wytykania jakichś chorych detali i drugie tyle punktujących tych co punktowali wcześniej – słowem jak u nas. Generalnie czytało się to bardzo, bardzo sympatycznie. Moją uwagę przykuł jednak jeden, niepozorny wpis. Mianowicie jakiś chłopak zwrócił uwagę na scenę, która była nakręcona w „domu ninja” w Koga.

Zwiedzający mają tam możliwość przemieszczania się między pomieszczeniami, systemem ukrytych przejść, a że przewroty w różnych formach stanowią bazę treningu ninjutsu, a ja osobiście bardzo je lubię, to postanowiłem, że owo przemieszczanie trochę sobie urozmaicę.

Otóż komentujący umieścił wpis który brzmiał (mniej więcej) tak:

programie cośtamcośtam w TV, jak jakiś bardzo podobny to tego gaijin, odwalał podobny show w jakimś muzeum”.

Na ten wpis odpowiedział mu inny, że też widział, że było zabawnie itd.” I koniec. Nikt już do wątku nie wracał. Chwilę się zastanowiłem – z pełnego komentarza wynikało, że miało to miejsce nie dalej niż rok dwa lata wcześniej. Im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej czerwieniły mi się uszy… Jedyne myśli jakie chodziły mi po głowie brzmiały: „przecież to niemożliwe” i „nikogo tam nie było, sprawdziłem kilka razy”. W czym rzecz. Otóż w 2011 r. wybrałem się między innymi na Dejimę (w Nagasaki), do dawnej holenderskiej faktorii. Przestrzeń muzeum jest dosyć spora (jak na muzeum) i wówczas byłem jednym z nielicznych zwiedzających. Jedno z pomieszczeń po prostu kusiło. Stary pokój, wyłożony tatami. Barierek nie było, ochrony nie było, butów nie miałem, więc zakładałem, że jeśli wejdę na środek i zrobię sobie jedno zdjęcie w samurajskim siadzie (seiza), to przecież nic złego się nie stanie. Nastawiłem aparat i usiadłem. Cóż, od siadu do przewrotów, a następnie salt i pokrewnych „niemuzealnych” zachowań był tylko krok.

Trwało to może z kwadrans, ale tak czy tak, na pewno nikogo w tym czasie w tym pomieszczeniu nie było. Czyli to chyba nie o mnie? Coś jednak nie dawało mi spokoju. Próbowałem znaleźć stronę tego „cośtamcośtam” programu, ale ichni internet jest jak dżungla, przebrnąć bez przewodnika – nie da rady. Zapytałem więc Yui, ale odpisała, że programu nie zna. Myślę, ok, pewnie nic takiego. Ale na wszelki wypadek zaczepiłem jeszcze jedną znajomą, Yuki. Ku mojemu zdziwieniu odpisała, że zna i że to jeden z jej ulubionych freak show, w którym prezentowane są między innymi zabawne nagrania z …monitoringów.

Dalej wolałem nie pytać.

Mimo wszystko łudzę się, że był to tylko zbieg okoliczności…

Legenda głosi, że ktoś kiedyś widział japońskie pole biwakowe. Ponoć niektórzy twierdzą, że na nich spali. Mnie jakoś nigdy na takowe trafić się nie udało, ale po prawdzie, nigdy ich nie szukałem. W końcu technicznie namiot czy hamak można rozbić wszędzie: w miejskim parku, buddyjskim chramie czy u stóp aktywnego wulkanu. Oczywiście, takie decyzje… niosą z sobą pewne konsekwencje i o tym będzie dzisiejsza opowieść.


Gwoli jasności – baza kempingowa w Japonii jest bardzo dobrze rozwinięta. Znajduje się tam nieco ponad 3000 pól namiotowych, wyposażonych (w zależności od lokalizacji, typu i ceny) w różne udogodnienia, jak łazienki, kuchnie, korty tenisowe, a nawet baseny itd.

Przyznaję jednak, że dla moich potrzeb korzystanie z takich przybytków byłoby pozbawione większego sensu, z kilku powodów:

1. Nigdzie nie zamierzałem spędzać więcej niż jednej nocy.
2. Nie miałem bladego pojęcia, o której godzinie na takim polu mógłbym się zjawić…
3. …nie mówiąc o tym, że musiałbym go wcześniej szukać.
4. Oprócz jednego, żadne nie znajdowało się w miejscu, w którym CHCIAŁBYM nocować.
5. Koszt pobytu na niektórych polach przekraczał koszt noclegu nie tylko w hostelach, ale także w „normalnych” hotelach.

Poniżej przykład warunków korzystania z pól namiotowych w kilku miejscowościach, które przewijały się przez różne odcinki.

Nie trzeba być orłem z matmy prostej, żeby zauważyć, że współczynnik cena/jakość w porównaniu do hoteli kształtuje się lekko krzywo. Mając to na uwadze, namiot za każdym razem rozstawiałem „na dziko”. Na pytanie, czy to legalne, odpowiedź brzmi – w zasadzie nie.

Nie ma w Japonii czegoś takiego jak ziemia niczyja. Każdy grunt do kogoś należy (własność państwowa lub komunalna jest tu traktowana bardzo serio) i każdy, nawet najdzikszy teren, plaża, góra, wyspa, wulkan czy las jest przez kogoś administrowany. Nawet jeśli owa administracja ma charakter wyłącznie nominalny, twoje zachowanie na danym terenie, czy ci się to podoba czy nie, musi podlegać narzuconym przez administratora regułom. Ergo, o ile owe reguły nie zezwalają na dzikie biwakowanie (a nigdy nie zezwalają), namiotu bez pozwolenia rozbijać nie wolno.

Co można zrobić w takim razie w takiej sytuacji? Są dwa wyjścia:
a) uzyskać zezwolenie,
b) uprawiać „partyzantkę”.

Ja to może i bym nawet o pozwolenie występował, tyle że najpierw nie wiedziałem, że w ogóle trzeba je mieć (zostałem uświadomiony dość późno), a później często nie miałem kogo o nie zapytać. Zostawała więc partyzantka.

Większość „biwaków” urządzałem na polach bitew okresu sengoku, jednak aby o tym opowiedzieć, ten cykl musiałby mieć jeszcze z jakieś dziesięć odcinków. Dzisiaj będzie raczej o zabawnych sytuacjach, związanych z nielegalnym biwakowaniem, w innych, „niebitewnych” miejscach..
Miałem zacząć od biwaku pod Fuji-san, ale wątek tak się rozrósł, że …musiałem go usunąć. Może kiedyś do niego wrócę. Na razie tytułem wstępu tylko krótki film.

Teraz natomiast zapraszam na krótką rundę po mniej znanych miejscach.

#1. Isahaya

Isahaya to średniej wielkości miejscowość na Kiusiu. Zatrzymałem się tam tylko dlatego, iż miasto było moim punktem przesiadkowym w drodze do Shimabary. Niestety dotarłem tam po 23.00, czyli na tyle późno, że żaden pociąg do Shimabary tego dnia już nie jechał. Jedyne co mi zostało, to znalezienie miejsca pod namiot, możliwie niedaleko od stacji kolejowej.

Na mapie widać było, że w odległości mniej więcej dwóch kilometrów znajduje się jakiś zielony większy teren, oznaczony jako Joyama Park.

Ruszyłem zadowolony w tamtą stronę. Znaczy zadowolony byłem dopóty, dopóki płaska zielona plama na mapie nie zamieniła się w stromą górę w rzeczywistości. Podminowany zacząłem ją obchodzić i po przejściu nadprogramowych kilkuset metrów natrafiłem na wąską ścieżkę prowadzącą w głąb. „W głąb czego?” O tym za momencik.
Ciemno, że oko wykol, plecak urywa ramiona. Dostrzegam w świetle księżyca jakieś krzewy, a dalej chyba małą wiatę i za nią jakby polanę. Uskrzydlony niemal biegnę w tamtą stronę. Mijam wiatę. Nieważne. Wpadam na jakiś znak. Nieważne. Wpadam do płytkiego rowu. „Po cholerę tu ten rów?” Nieważne. Jest miejsce! Płasko, zasłonięte, można się rozbijać. Zmęczony zasypiam od razu.

Rano zignorowałem budzik i wstałem dopiero koło 7.00. Wyglądam przed namiot – wow, polana piękna, zero ludzi, słoneczna pogoda. Wychodzę, zakładam buty stojące w przedsionku, pakuję luźno porozrzucane rzeczy itd.

Zbieram cały majdan i kolejno niosę pod wiatę, żeby oczyścić podłogę namiotu z ziemi i takich tam. W pewnym momencie zaintrygował mnie znak, który minąłem w nocy, a który stał obok wiaty. Podszedłem trochę bliżej, aby mu się przyjrzeć.
Cóż…

napis głosi:
NIEBEZPIECZEŃSTWO
ŻMIJE
Isahaya City Czuj Się Zaskoczony itd…

Mała lodowata gąsienica przebiegła mi wzdłuż kręgosłupa. Zarządziłem natychmiastowy przegląd zawartości plecaka. Wyglądało to mniej więcej w ten sposób:

Cóż, w życiu tak uważnie nie przeglądałem swoich rzeczy, normalnie jak blondynka w Zarze. Na szczęście żadnych sssyczących lokatorów nie było.

#2. Sakurajima

Sakurajima to chyba drugi najbardziej rozpoznawalny japoński wulkan po Fuji-san. Leży na najdalej na południe wysuniętej części Kiusiu, naprzeciwko Kagoshimy. Sakurajima jest wulkanem aktywnym, chyba od Fuji-san znacznie młodszym, bo od trzech stuleci, w czasie gdy Fuji milczał, jego południowy kolega „dochodził” trzy razy (w 1779, 1914 i 1946 roku), każdorazowo zalewając okolicę lawą i, de facto, zmieniając ukształtowanie terenu (w tym przekształcając wyspę w półwysep).

Od strony Kagoshimy można podziwiać wulkan praktycznie z każdego miejsca (chociaż najlepiej jest to robić z plaży Ise). Znaczy jedni podziwiają, inni klną. Problem leży w aktywności Sakurajimy. Czasami nawet kilka razy dziennie odbywają się takie seanse (gif przyspieszony sześciokrotnie):

Jeśli wiatr wieje od strony półwyspu, Kagoshima kaszle. Zresztą kaszel kaszlem – mnie się ciągle wydawało, że góra zaraz wybuchnie. Sama Ise mi się podobała. Czasami pojawiały się na niej jakieś oryginały wykrzykujące coś w kierunku wulkanu, ale oprócz mnie nikt w listopadzie tam nie leżakował. Cała plaża moja, a jako że nieco wcześniej stuknęła mi czterdziestka, chciałem sprawdzić, czy jeszcze dam radę i się nie połamię:

Po południu dopłynąłem na półwysep i zacząłem wspinaczkę w stronę wulkanu właśnie. Idąc od portu przez jakiś czas mija się lokalne gospodarstwa. Jako że powulkaniczne gleby są ponoć bardzo żyzne, uprawia się tu wiele rodzajów owoców i warzyw. Z owoców najpopularniejsze są cytrusy:

Natomiast jeśli chodzi o warzywa, to hoduje się tu na przykład rzepę.
Cóż, powiedzmy, że to efekt gleb wulkanicznych…

…a nie Fukushimy (aparat położyłem dla oddania skali).
Jakoś tak wolałem nie próbować.

Same gospodarstwa nie wyglądały na tyle zachęcająco, by rozbijać tam namiot, raz że właściciele patrzyli na mnie bykiem, dwa, że na co drugim domostwie wisiał taki oto plakat:

Dlatego też, na wszelki wypadek, postanowiłem jeszcze kawałek się wspiąć. Problem w tym, że powyżej, powiedzmy, linii zabudowań, ciągnie się piękny, ale mało przyjazny las bambusowo-tropikalny. Zachciało mi się egzotyki i postanowiłem podejść możliwie jak najwyżej. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje zamiary. Plecak okazał się zdecydowanie za duży na taką eskapadę i haczył o każdą możliwą gałąź, a mały scyzoryk to zdecydowanie nie maczeta, aby przeprawiać się przez coś takiego:

Po przejściu pewnie nie więcej niż dwóch kilometrów, co zajęło mi ponad godzinę, znalazłem prześwit z maleńką polanką, przez którą przebiegało coś w rodzaju wydeptanej ścieżki (na zdjęciu niewiele widać, ale ta ścieżka tam naprawdę jest).

„Pewnie lokalsi chadzają tędy po drzewo, czy po coś” – pomyślałem. Nawet jak mnie ktoś tu zobaczy, nikt nie powinien się przyczepić. Ogniska nie rozpalam, zieleni nie niszczę, śmieci nie zostawiam. Spox.

Rozstawiłem namiot zanim zaczęło się ściemniać…

…a następnie zjadłem gotowy posiłek kupiony w 7/11 (prawe zdjęcie zrobione nazajutrz, ale posiłek był taki sam).

W nocy las zaczął ożywać, rozbrzmiewając kakofonią niesamowitych dźwięków.

Nasłuchiwałem jakiś czas… a następnie położyłem się spać. Noc przyszła bardzo szybko, zasnąłem nie wiedząc kiedy.

Niuch…
Co to było? Eee, sen jakiś…
Niuch, niuch… Tryk. Coś mnie dotknęło przez ściankę namiotu.
WTF??? K… mać! Gdzie latarka? Co to jest?
Niuch, niuch, drap, drap, DRAP! – namiot się zakołysał.
K…! Gdzie ta cholerna latarka? JEST! Pstryk!
Szur, szur, szur, szur… – coś szybko odeszło. Pytanie na jak długo.
Spojrzałem na zegarek – druga w nocy. Wyjrzeć? A jak ten COŚ się przyczaił? Cholerna ścieżka – teraz skojarzyłem – nie była dla ludzi. Stwory ją sobie wydeptały. Tylko jakie stwory? Wegetariańskie czy …nie?
Tup, tup, tup. Szur, szur. Zwierzak wrócił z kolegą. Lub koleżanką, dla mnie bez różnicy. Słyszę jak się czają jakieś dwa metry dalej.
Czegoś się do mnie przyczepił?
Rozejrzałem się po namiocie. Holyszit! Wiem! Sushi i inne mocno wonne pierdoły z 7/11. Puste pudełko po kolacji i pełne pudełko na śniadanie, w temperaturze ca. 20 stopni, musiały być wyczuwalne aż do Kagoshimy. Za chwilę każdy czworonóg w okolicy będzie ciągnął do Restauracji pod Wściekłym Gaijinem. Te, które załapią się na sushi, zjedzą sushi, ale …co w takim razie będzie jadła reszta? Nie ukrywam, że wraz z kolejnym szur, szur zacząłem odczuwać coraz większy niepokój.
Przyszedł czas na melanż ostateczny.
Zgasiłem latarkę i poczekałem, aż stwory podejdą bliżej. Po paru minutach zaczęło się „niuchanie”, „trykanie” i drapanie ścianek namiotu. „Come closer my friends, come closer”. Kiedy cała konstrukcja zaczęła się bujać, zrobiłem…
Nie, nie wysadziłem się w powietrze, ani nie wyciągnąłem M60 z plecaka.
Zrobiłem coś znacznie… innego. Nabrałem powietrza w płuca, a następnie włączając latarkę, równocześnie uderzyłem z całej siły rękami i nogami w ścianki namiotu, wydając przy tym starosłowiański okrzyk bojowy: WYPIER…LAĆ!!!
„Niuchacze” i „trykacze” uciekając w popłochu chyba pozabijały się o drzewa, bo do rana żaden się nie pojawił.
Gwoli wyjaśnienia – do tej pory nie mam bladego pojęcia, co to było.

#3. Takamatsu

Takamatsu to jedna z czterech większych aglomeracji na Shikoku. Pojechałem tam bez większego celu, ot, chciałem zobaczyć jak wygląda ta „śródziemnomorska”, japońska wyspa. Tradycyjnie przyjechałem dość późno, a że akurat wypadał „tent day”, to musiałem znaleźć jakieś ustronne miejsce na biwak. Oczywiście gdybym zrobił to „za jasnego” …nie miałbym za bardzo o czym pisać. Ale, niestety, mam.

Najpierw było bardzo ciekawie. Malowniczy zachód słońca, później zagapiłem się na jakąś akcję z helikopterem. Ogólnie zeszło mi do wieczora. Nawet późnego.

Wcześniej zaplanowałem sobie, że namiot rozbiję w okolicy zamku, ale po dotarciu na miejsce okazało się, że zamek otacza „garden”, a nie „park”. O ile namiot w „parku” może jakoś ujdzie, o tyle namiot w „garden” na pewno nie – za coś takiego na pewno zobaczysz posterunek od środka (zdjęcie robione nazajutrz):

Tak więc zostało mi poszukać jakiegoś zielonego, nieuczęszczanego zbytnio, zasłoniętego terenu, najlepiej jak najbliżej dworca. Takich miejsc niestety w Takamatsu nie ma. Musiałem zatem obniżyć standardy i zrezygnowałem z „blisko dworca”. Wtedy pojawiło się kilka opcji, ale wychodziło, że do najbliższej „zielonej plamy” na mapie mam ze trzy kilometry. Dotarłem na miejsce, jak już było ciemno. Stoję przy drodze, oparty o barierkę i patrzę na ślicznie oświetlone miasto. Wyciągam aparat. Przy dłuższym czasie naświetlania więcej widać na fotografii niż w rzeczywistości, niestety wówczas nie obejrzałem zbyt uważnie zdjęć.

Pode mną widzę małą (jakieś 20 na 50 metrów) polanę, za nią płot, a za płotem nie wiem co, bo ciemno. Na lewo jakieś podświetlone na zielono domki, ale mniej intensywnie, więc pewnie okolica słabiej zaludniona.

Schodzę po schodach w stronę polany. Latarkę miałem wyłączoną, żeby nie przyciągała wzroku. Po omacku uderzyłem goleniem w jakiś kamień. Z bolącą nogą dowlokłem się w stronę oporowego muru i stwierdziłem, że rozbijam namiot tu gdzie stoję. Wiedziałem, że nie ma szans, aby ktoś mnie tu zobaczył. Od drogi zasłania mnie wspomniany mur, polana prowadzi donikąd, ergo, na pewno nikt nie będzie po niej chodził, a na pewno nie przed dziesiątą.
Namiot rozstawiony, czas na sen.

Nad ranem, parę minut po szóstej, słyszę jakieś głosy. Policja? Na szczęście nie. Ktoś tylko przechodzi trzy, cztery metry ode mnie! Apage satanas, myślę. Uff! Ucichło. Kilka minut później znowu ktoś przechodzi, głosów jakby więcej. Co się do cholery dzieje? Wyglądam z namiotu…
Jezu… czy raczej Buddo…
Kamień o który niemal roztrzaskałem nogę, zawierał informacje o sektorze i numerze alejki, zaś polana okazała się nowo otwartym, górnym tarasem miejskiego cmentarza. „Lokatorzy” leżeli na szczęście na tarasie niższym (nocne, zielone światło na zdjęciu powyżej), ale aby do nich dojść, odwiedzający musieli przejść koło mojej „kwatery”. W życiu tak szybko się nie uwijałem jak wtedy.

To jedyne zdjęcie, jakie byłem w stanie zrobić tego poranka.W tle, jak się przyjrzeć (zbliżenie na prawym ujęciu), widać moich „sąsiadów”.

Podsumowując. Generalnie w Japonii da się spać „na dziko” bez większych problemów.

Oczywiście ZAWSZE lepiej jest zapytać administratora terenu o zgodę (w większości przypadków taką zgodę się otrzyma) i/lub sprawdzić „za jasnego”, gdzie się namiot rozbija. O tym, jak się o taką zgodę pytać, aby ją otrzymać, jak rozwiązać problem wyżywienia i higieny – będzie w ostatniej części.