Portugalski podryw

W pewnym wieku niektóre rzeczy już się po prostu nie przytrafiają. Kiedy przeminą lata świetności (o ile takowe w ogóle były), człowiek patrzy na wiele zjawisk ze sporą dozą nieufności i najzwyczajniej w świecie nie wierzy, że, dla przykładu, seksowna dwudziestolatka może próbować go bezinteresownie uwieść. A jednak. W San Francisco, pewna urokliwa Portugalka przypuściła na mnie hormonalny szturm. Z uwagi na to, iż zdjęć owej dziewczyny (w zasadzie) nie posiadam, o pomoc w rekonstrukcji zdarzeń, poprosiłem jedną z najatrakcyjniejszych Bojowniczek z portalu Joe Monster, Monikę, znaną tam jako Czarka_Pieczarka

Na potrzeby sesji, za sanfranciszkańskie krajobrazy posłużyły nam Łazienki Królewskie.
Gotowi? Usiądźcie wygodnie, przygotujcie dobrą kawę, zaczynamy.
Jest listopadowe przedpołudnie, kamienica w centrum San Francisco.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze…

 

#1. Hostel Orange Village, 20 listopada, g. 10.29.

Otwarłem drzwi do pokoju – w świetle okna zobaczyłem niezwykle zmysłową sylwetkę.

czar_sylwetka2

– Cześć! – wyciągnąłem rękę – Szymon, Polska.
– Luisa, Portugalia – dziewczyna przytrzymała moją dłoń dłużej niż wypadało i uważnie mi się przyglądała – Na długo przyjechałeś?
– Trzy dni. Może cztery.
– Mhm… – widać, że coś kalkulowała w głowie – to łóżko jest wolne, te dwa zajmują jacyś Francuzi.

Zrzuciłem plecak i rozejrzałem się po pokoju.
– O, mamy łazienkę? Jest i własny prysznic! – szok, bywalcy hosteli wiedzą, że raczej nie jest to standardem.

– Taaak, ale na korytarzu jest lepszy – Luisa oparła się o poręcz krzesła, eksponując… no, wiadomo co.

– Lepszy?
– Większy znaczy. Tutaj …mieści się tylko jedna osoba.
WTF? Chyba się przesłyszałem.

Uwinąłem się w pięć minut. Nie bardzo wiedziałem co myśleć o współlokatorce, więc na wszelki wypadek ubrałem się jeszcze w kabinie. Wyszedłem, rozwiesiłem linkę między łóżkami i powiesiłem ręcznik do wyschnięcia. Sięgnąłem po buty.

– Wybierasz się gdzieś? – Portugalka wyglądała na rozczarowaną.
– The Haight, Przystań, park, most, Alcatraz… – zacząłem wyliczankę.
– Eee, so commercial. Może lepiej Castro?
„Cokolwiek to jest” pomyślałem.
– Sorry, ale mam raptem kilka dni i napięty plan.
– To zacznij od parku. Zresztą wiesz co, daj mi chwilę, pójdę z tobą.

#2. Golden Gate Park, 20 listopada, g.11.30.

czar_tree

Zbudowany w latach ‘70 XIX wieku park Golden Gate (GGP), odwiedza rocznie ok. 13 mln osób, co stawia go na piątym miejscu wśród najczęściej odwiedzanych parków w USA. Ma kształt wydłużonego prostokąta o powierzchni 4,2 km2 (to mniej więcej tyle, ile zajęłyby dwa Księstwa Monako). Do głównych atrakcji GGP zalicza się m.in. muzeum de Younga, największe na świecie muzeum historii naturalnej, jeden z największych zimowych ogrodów (Conservatory of Flowers), a także ogród japoński.

Zwiedzanie zaczęliśmy od tego ostatniego.

Luisie bardzo się podobało, mi, jak wynika z opisu powyżej, nieco mniej.

Aby ocenić specyfikę i docenić urok parku (nie tylko GGP, ale jakiegokolwiek) potrzebna jest chociaż chwila na kontemplację. Chyba w każdym można znaleźć coś ciekawego, nietypowego…

lub podziwiać lokalnych oryginałów.

Trudno jednak ogarnąć wszystko, jeśli niemal cały czas się biegnie.
A’propos biegania.

Mijały godziny i obecność trajkoczącej non-stop Luisy zaczynała być lekko irytująca. Miałem ochotę po prostu pobyć sam.
– Nie obraź się, ale muszę iść do biblioteki i zejdzie mi tam z kilka godzin.
– Ale mieliśmy pokarmić wiewiórki i kaczki…
– Innym razem. Zresztą tu nie wolno karmić wiewiórek. Na razie.
– …ale wiewiórki…

Było to mało grzeczne, a już z pewnością koło dżentelmeńskiego zachowania nawet nie stało, ale zostawiłem Portugalkę samą z jej przysmakami dla stworów. Z drugiej strony, jakby nie patrzeć, z zaplanowanych atrakcji udało mi się przez całe popołudnie z trudem zrealizować jedną.
Nie żebym szukał winnej.
Kiedy odchodziłem, widziałem, że obrażona Luisa kieruje się w stronę jednego z parkowych stawów.
Ruch w sitowiu świadczył, że kaczki „poczuły krew” 🙂

czar_kaczki2

#3. Hostel Orange Village, 20 listopada, g. 19.40.

Wieczorem zjawiłem się w pokoju. Francuzów jeszcze nie było, ale Luisa zdążyła wrócić. Siedziała na swoim łóżku i bawiła się smartfonem. Kiedy chciałem odwiesić rzeczy zgłupiałem. Obok moich koszul i kurtki, na wieszakach wisiała …portugalska bielizna.

– Sorry, ale to szafa na odzież wierzchnią, a nie salon Calzedonii.
– Linka między łóżkami się zerwała. Nie miałam gdzie tego powiesić.
– Ach, linka się zerwała? Alpinistyczny repsznur, wytrzymujący pół tony obciążenia, no pacz pani jaki pech…
– Zerwała się…
Nie chciało mi się tego komentować.

Luisa zmieniła temat.
– Widziałam, że masz nietypowy pokrowiec przy plecaku. To miecz?
– Treningowy.
– Mogę?
– Wolałbym nie…
Miecz jest stępiony (inaczej nie mógłbym go wozić po świecie), ale wciąż można zrobić nim krzywdę. Luisa obnażyła ostrze i z uwagą je oglądała.

 

– Wydawało mi się, czy mnie dzisiaj unikałeś?
– Możesz to schować?
– W parku. Sama zostałam.
– Możesz to schować i odłożyć, proszę…
Zzziiuuuu… ostrze zawirowało w portugalskich rękach. Dosłownie zawirowało, bo cholerny miecz się dziewczynie wysmyknął.
– Ups…
– Srups! Zaraz mnie coś trafi! Odłóż to proszę zanim komuś coś się stanie! – schowałem broń do szafy i poszedłem na miasto coś zjeść.

#4. Powell Street – Alcatraz – Fisherman’s Wharf – United Nations Plaza, 21 listopada, 10.00.

Nazajutrz postanowiłem wybrać się do Rybackiej Przystani. Samemu. Najszybciej można było tam dotrzeć albo tramwajem liniowym, albo …linowym. Cóż, być w San Francisco i nie przejechać się historycznym wagonikiem?

Kiedy dotarłem na pirs 33 z którego odpływają promy do Alcatraz, błogosławiłem Jeroma którego poznałem na Hawajach, a który polecił mi abym bezwzględnie zrobił zawczasu rezerwację w Internecie. Biletów w kasach nie było na kilka dni naprzód. Zresztą o Alcatraz będzie kiedy indziej, to temat na dłuższy, osobny wpis.

Wracając z rejsu, przeszedłem się po słynnym sanfranciszkańskim nabrzeżu, Fisherman’s Wharf. Mogłem się z Luisą nie zgadzać w wielu kwestiach, ale w jednym miała rację – dawno nie widziałem tak skomercjalizowanego i w sumie dość kiczowatego miejsca.

Chociaż widoki, jak zresztą niemal w całym północnym San Francisco, urzekały.

Jako że był piątek, postanowiłem drogę powrotną znacząco wydłużyć i zahaczyć o Plac Narodów Zjednoczonych przed miejskim ratuszem. Dlaczego?

czar_plaza

A tak wyglądał Plac koło godz. 16-17, czyli wbrew pozorom ZANIM się wszystko zaczęło (przy okazji na filmiku będziecie mogli zobaczyć „błąd w matriksie”):

#5. Hostel Orange Village, 21 listopada, g. 18.00.

Kiedy wróciłem do hostelu było już ciemno. Po otwarciu drzwi zauważyłem, że łóżka nr 1 i 4 są puste, Luisa zaś leżała na swoim, ubrana w… no powiedzmy, że w ogóle w coś. Plecak, który trzymałem w ręku, upadł na podłogę. Razem ze szczęką.

– Co to ma znaczyć?
– Daniel i Philippe wyjechali – Portugalka się przeciągnęła. – Chyba zostaliśmy sami.
– Taa, widzę.
– …
– …

I zapadła taka niezręczna cisza…
Jakby tu zacząć?
– Kim z recepcji mówiła, że za chwilę na dole będzie darmowa pizza.
– Że co?? Teraz chcesz iść??
– Słuchaj, pochodzę z Poznania, a to taka Szkocja tylko trzy razy bardziej. Jak słyszę „darmowa pizza” to wychodzi ze mnie Janusz.
– Jaki Janusz?? Teraz? Heloł! Oni wyjechali! A ja…

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Luisa dała nura pod pościel, a w progu stanął osobliwy duet.
– Woong, Korea.
– Yossi, Izrael.
– Jezu… – mruknąłem.
– To od nas – Yossi się uśmiechnął, Luisa wyjrzała spod kołdry.

Przedstawiliśmy się. Zaburczało mi w brzuchu.
– Na dole czeka darmowa pizza.
Dwa razy nie trzeba było powtarzać, chłopacy od razu byli gotowi do wyjścia.
– Idziesz z nami? – Koreańczyk zerknął pożądliwie na Luisę, która wyraźnie straciła humor.
– Nie jestem specjalnie głodna, ale smacznego.

#6. Hostel Orange Village, 21 listopada, g. 22.00.

Po imprezie w saloniku zostało raptem kilka osób. Totalne multi-kulti, brakowało tylko pingwina, a wszystkie kontynenty miałyby swoją reprezentację. Jako, że był z nami Yossi, a wśród gości znajdował się Naseer (lub Nasim) z Egiptu, draka wisiała w powietrzu. Nic bardziej mylnego – czekała nas serdeczna rozmowa i ciekawa dyskusja, zakończona wspólnym oglądaniem Fluffiego. Tak, odcinka o wizycie komika w Arabii Saudyjskiej.

Yossi, Woong i ja wróciliśmy do pokoju koło północy. Kiedy z lękiem otwierałem drzwi, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to uprzątnięte rzeczy Portugalki. Jezu, wyjechała! Nareszcie!

Zaraz, zaraz… Nie tak szybko. Kiedy podszedłem do swojego łóżka zobaczyłem napisaną przez Luisę niewielką kartkę.
Podchody się skończyły.
Propozycja była napisana wprost, bez owijania w bawełnę.
Desperacja – level master.

Już miałem ów świstek wyrzucić, kiedy wpadłem na pomysł, żeby całą historię opisać. Wtedy uświadomiłem sobie, że nie zrobiłem Luisie żadnych zdjęć, a taka opowieść będzie wymagała odpowiedniej oprawy wizualnej. Pomyślałem, że albo odezwę się na adres z karteczki, albo znajdę w Polsce godną dublerkę. Jak się pewnie domyślacie, zwyciężyła opcja numer dwa.

#7. Epilog.

Zasadniczo cała historia wydarzyła się naprawdę. Zgadza się i San Francisco, i hostel, i historyjki. Ba, nawet Portugalka jest prawdziwa, a jej imię poddałem jedynie lekkiej modyfikacji.
Jednak jak napisałem na wstępie, w pewnym wieku takie historie się nie przytrafiają, więc faktycznie jeden detal zmieniłem.
Otóż Luisa nie była ani tak śliczna jak Monika, ani zgrabna, ani, szczerze mówiąc, w ogóle jej nie przypominała. Cóż, tu rzeczywiście trochę poniosła mnie wyobraźnia…

 

To jak wyglądała? Oto krótki filmik, który nakręciłem mimochodem zaraz po przyjeździe (już wtedy coś mi zgrzytało).
Poznajcie prawdziwą Luisę:

Tak, niestety. Luisa miała naprawdę na imię …Luis i była, czy raczej był, „tęczowym” Portugalczykiem, który z jakichś niezrozumiałych powodów upatrzył mnie sobie na ofiarę.

Cholera, naprawdę jestem tolerancyjny, ale jak byście zareagowali na przykład, na wspomnianą w #3 wystawę, która naprawdę wyglądała tak (o karteczce nie wspominając):

czar_szafa

Mała refleksja. Mimo iż orientację mam większościową (tak większościową, że bardziej nie można – nawet serek jem heterogenizowany), w czasie całego wyjazdu, różne „tęczowe misie” próbowały mnie zaczepiać w sześciu krajach na trzech, pierdzielonych, kontynentach, a odpowiedniki Moniki jakoś, cholera, ani razu.

Co robię nie tak?

KONIEC
*****************************

czar_stand3

Chciałem bardzo serdecznie podziękować Monice za pomoc w realizacji tego pokręconego planu.
Świetna z Ciebie dziewczyna 🙂

 

#Post scriptum. Dwa słowa o sesji zdjęciowej.

Na serię zdjęć umówiliśmy się z Moniką w Warszawie. Miało nam to zająć jedno, grudniowe przedpołudnie, okazało się, że zajęło dwa pełne dni – niedzielę i poniedziałek. Nie, absolutnie nie było tak jak myślicie, zbereźnicy, ową niedzielę i poniedziałek dzieliły …dwa tygodnie 🙂 

czar_floor2

Dlaczego aż tyle? Powód prozaiczny – szlag trafił pogodę. I w jeden i drugi dzień praktycznie cały czas padało, a kiedy nie padało to nawet w południe było nie tyle pochmurno, co ciemno po prostu. Słońce przemykało niemalże okazjonalnie, wszystkiego było go może ze 20 minut.

czar_jezioro

Monika jest bardzo wdzięczną i fotogeniczną modelką, ale przy wszystkich zaletach ma jedną, powiedzmy, wadę.
W zasadzie to żadna wada. Raczej cecha.
Chyba każdy z nas zna kogoś, kogo wszystko bawi? No to Monika jest właśnie taką śmieszką, tylko „trzy razy bardziej”. Co gorsza jej nastrój się udzielał i myślę, że gdyby można było odzyskać czas, który straciliśmy na różnorakie, nieplanowane śmichy-chichy, zyskalibyśmy pewnie dobrych kilka godzin.

czar_smile2

 

A zresztą, dobrze, że go straciliśmy.
:))

 

 

 

  • http://djakdekiel.pl/ djakdekiel

    Co tu Pawli robi?:D

    • Nagato

      wszystko w swoim czasie 🙂

  • Czarka

    Yszty!
    Co to za kompilaaacja na końcu? O.O

    • Nagato

      Fajna nie! I nie mów że Ci się nie podoba! 🙂
      Wszystkim się podoba, a ona wydziwia. :))

      • Czarka

        Gdzież bym śmiała! To zaskoczenie, a nie wydziwianie.
        Nawet dla mnie (a może szczególnie dla mnie) cały ten artykuł jest małą serią niespodzianek. 😀

  • DonBolano

    No! W końcu! Nagato do niedzielnego śniadania! Super!

    • Nagato

      Rozpływając się w samozachwycie, zanim usiadłem do ostatniego przed publikacją, kontrolnego sczytywania tekstu, poprosiłem żonę o dobrą kawę (nie żeby jakiś męski szowinizm czy wręcz mizoginizm przeze mnie przemawiał – po prostu sam uległem awarii i niestety nie bardzo mogę się przemieszczać).

      • DonBolano

        No i zazdraszczam sesji z Pieczarką. Sam param się fotografią i takiej pięknej modelce zdjęć bym nie odmówił ;).

  • http://takuwazamja.blogspot.com/ www.takuwazamja.blogspot.com

    Śliczna jest ta Monika;) a i zdjęcia z podróży i informacje też nieczego sobie 😉

    • Nagato

      Ano śliczna… Może nie tak jak Luisa, ale na nasze warunki ujdzie 🙂
      Nie zaśmiecałem wpisu samą podróżą, bo tekst i bez tego był strasznie długi, a na wielowątkowość to sobie może G.R,R. Martin pozwolić, a nie okazyjnie piszący bezrobotny 🙂
      PS. Fajna strona (Twoja), bardzo lubię ten typ poczucia humoru 🙂

      • http://takuwazamja.blogspot.com/ www.takuwazamja.blogspot.com

        Dziękuję za komplement;) Miło coś takiego przeczytać od takiej sławy;)
        Czekam na kolejne opisy i zdjęcia z podróży! Gdzie się wybierasz jeśli można zapytać?

  • Caster

    Senkan Nagato jak zawsze w formie 🙂

    • Nagato

      No właśnie nie zawsze. Znowu zerwałem mięsień brzuchaty łydki (tym razem w lewej nodze) i pewnie znowu przez trzy miesiące nie będę mógł chodzić… 🙁
      🙂

  • therion

    Już ze dwa tygodnie jak nic nie pisałeś. Zaczynałem się martwić 😀 Wrócił! Nagato wrócił!

    • Nagato

      A wiesz, że w Wielkopolsce też czasami mówimy na kwartał „tydzień”. 🙂
      Wrócił! Wrócił! 🙂

  • pepe72

    Nagato, rewelacyjny odcinek. I jestem pełen podziwu, że facet koło 40 może dwa tygodnie z dziewczyną …

    Nawet ninja
    ;P

    • Nagato

      Pisząc tą frazę poprawiałem ją z pięć razy, za każdym zastanawiając się czy da się wysnuć inne wnioski niż te wynikające z samej treści. Wydawało mi się, że jest tak jednoznacznie napisane że bardziej się nie da.
      Jakżesz się myliłem… 🙂

      • pepe72

        Dzięki. Łatwo nie było, faktycznie się starałeś 😉

  • DonBolano

    A! Szymonie! Co z serią o japońskich militariach? Coś miałeś w planach, jeśli dobrze pamiętam.

    • Nagato

      Aaa… będzie kontynuowana. Materiału mam sporo, tylko obrobić trzeba 🙂

      • DonBolano

        No to czekam 😉

  • Sarr

    heheh, no nieźle :D. Fajna lektura, super zdjęcia. Naszej Redaktorki, notabene (m.in. http://www.swordcoast.pl).
    Też mi się takie sytuacje przytrafiały, niestety nie udało się jeszcze pojeździć po świecie tak daleko :). Może jeszcze nadrobię, mam nadzieję.

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Miałem tu wpaść i zrobić rozpierduchę, bo miał być tekst (rezerwowałeś na niego miejsce) i … WTF, mój czujny RSS Reader mnie nie powiadomił, że tekst jest! Zhakowałeś czasoprzestrzeń!
    Zysk jest taki, że jest masa ciekawych komentarzy prowadzących w ciekawe miejsca do ciekawych ludzi. Niestety czytam, że znowu kontuzja? Tak się to kończy gdy ktoś ma mięśnie. Bo gdy mięśni nie ma (tak jak ja) to życie staje się prostsze, choć szanse na napotkanie „Portugalki” maleją do zera 😀
    (a serek heterogenizowany lepiej od razu nazwę rezerwuj, w obecnej rzeczywistości dość prędko właśnie ta nazwa trafi do sklepów) 😉

    • Nagato

      Jeśli RSS nie zadziałał to halo proszę zgłaszać do tego-tamtego 🙂 Ja nawet do końca nie wiem co to jest, nie mówiąc o tym aby to coś ustawiać.
      PS. Kontuzja niestety taka sama jak półtora roku temu, z tym że tym razem nawaliła lewa noga. Uciążliwe i upierdliwe to w cholerę.
      PS2. Widzę, że strasznie wielu osobom spodobała się nazwa serków. Odnoszę wrażenie, że produkcja czegoś takiego, naprawdę miałaby wzięcie 🙂

      • http://bwotr.pl/ Bookworm

        Z tego wynika, że jesteś ninją z powołania, hakujesz coś o czym nie wiesz, po prostu włączasz opcję stealth a ona robi co ma robić 🙂 Ty nie odnoś wrażenia, tylko rezerwuj zanim Koło Mleczarek i Dojarek ręcznych z Ciechanowa zrobi to szybciej 🙂

  • http://www.nieidealnaanna.com Nieidealna Anna

    Ale świetna historia, chociaż szkoda że z tak smutnym finałem ..;) Żarcik. Co robisz źle? Jesteś za męski i „chłoptasie” mają na ciebie chrapkę 😉 Wciągnęłam się 🙂

    • Nagato

      Smutnym – nie smutnym… 🙂 Nie napisałem jednej rzeczy, żeby nie rozwadniać historii. Otóż przy zameldowaniu zrobiłem przegląd szpargałów i między innymi wyrzuciłem do kosza opakowanie po jakimś marsie czy innym snickersie. Poszedłem na obchód SF, a wieczorem, po powrocie zobaczyłem, że na wspólnym stoliku pojawiła się czekolada Lindta, otwarta i połamana jakby mówiła: „częstuj się”. Spytałem Luisa skąd się to wzięło, ale odparł że nie wie i że jak mam ochotę to nic się nie stanie jak zjem kostkę. Wydało mi się to dziwne i nie ruszyłem tabliczki, chociaż ochota była. Kiedy wrócili Francuzi, czekolada nagle zniknęła. Spytałem z ciekawości czy była ich, ale obaj zgodnie twierdzili że nie. Dziwne z czterech osób które mogły ją tam położyć a następnie zabrać, żadna (niby) tego nie zrobiła.
      Nie mam pojęcia czy czekoladę da się nafaszerować rophynolem czy czymś podobnym, ale jeśli tak, to dopiero wtedy mogłoby być „smutne zakończenie” :))

      • therion

        A po wszystkim w dobrym guście byłoby zostawienie przez Luisa czekoladek Merci 🙂 A ileż byśmy mieli wtedy tekstów z karnej ekspedycji do Portugalii w celu poszukiwania „Zeda” 😀

  • http://pociagdozycia.blogspot.com/ BasiaK

    Ja też znam osobę, którą wszystko bawi i uwielbiam jak mi się to od niej udziela. Stan kiedy się tak śmiejesz tak, że boli cię brzuch a z oczu płyną łzy jest wspaniały (o ile wystąpił naturalnie, bez wspomagaczy ) 🙂 Świetna historia, a w zasadzie świetnie opisana. Rewelacyjny pomysł. Miło się czytało i patrzyło. 🙂

    • Nagato

      Dziękuję 🙂 A Monika to właśnie taki typ. Nie sądzę, aby miała mi za złe publikację poniższego filmiku, na którym daje imiona …parkowym kaczkom. Też miało być w artykule, ale nie bardzo pasowało do treści.
      https://youtu.be/MHiQ4qtOzyA
      I tak było niemal cały czas 🙂

  • Claaudia93

    Też się nie dziwię się Luisowi. Bywamy na tej samej siłowni, i czasami mam okazję sobie na Ciebie popatrzeć. Widać że walke masz we krwi, a takiego kaloryfera jeszcze nie widziałam. Szkoda ze nie zrobiłeś ze mną tej sesji, ale chyba nie skonczyla bym tylko na zdjęciach 😛

    • Nagato

      Po przeczytaniu najpierw z zadowoleniem pomyślałem, że może jednak nie jest tak źle, skoro nie tylko „tęczowi” takiemu dinozaurowi troche pokadzą. Ale… jedna rzecz mnie zastanawia – te słowa o „kaloryferze”. Nigdy nie zdjąłem koszulki na hali, a do męskiej szatni dziewczyny nie mają wstępu – więc proszę, przekonaj mnie, że „Claaudia” nie jest tak naprawdę „Claaudiuszem”.

      • Claaudia93

        Możesz być pewien że Claudia 😛 A koszulka ci się z suwa jak ćwiczysz na kółkach

        • Claaudia93

          Zsuwa*