Wyspa Shodoshima – część 1

Będąc poprzednim razem w Japonii zupełnie przypadkowo (brzmi dziwnie, ale to prawda) trafiłem na Shodoshimę, niewielką wyspę leżącą pomiędzy Shikoku a Honsiu. Shodoshima okazała się niesamowicie zjawiskowa i szukałem powodu, żeby ją ponownie odwiedzić.

Jako, że celem mojej wyprawy były miejsca o znaczeniu historycznym, na siłę coś tam znalazłem — wyspa była kamieniołomem pod budowę twierdzy Osaka, więc pretekst, kulawy, bo kulawy ale się znalazł.

Gdy pewnego wtorkowego poranka wyjeżdżałem z Nagasaki wszystko szło źle. Budzik nie zadzwonił, tramwaj podarł mi bluzę, a ekspres, którym jechałem się SPÓŹNIŁ! Cztery czy nawet pięć cholernych minut. W kraju zapanowała panika, papież zażądał wyjaśnień, ambasada Ugandy zerwała stosunki dyplomatyczne, sam cesarz przepraszał w telewizji, a premier rytualnie rozciął sobie brzuch. Tylko co mi po ich ofierze, kiedy te cztery minuty (lub pięć) podziałały kaskadowo na moje dalsze plany. Pociąg na który miałem się przesiąść już odjechał. Następny, niestety, przyjeżdżał dopiero po godzinie. Dalsza podróż z przeprawą promową zajęła kolejnych siedem zamiast czterech i kiedy wreszcie opuściłem port w Shodoshimie była prawie siedemnasta.

Wyspa jest niby nieduża, ale tylko jak ma się samochód.

Na nogach z plecakiem ponad 30 kg, każdy kilometr ciągnie się w nieskończoność, a ja zaplanowałem, że wejdę na poziom rezerwatu i rozbiję sobie namiot pośród makaków – to coś około 12 km od portu Tonoshima i jakieś 600 m ponad poziom morza. Niestety zaczęło się ściemniać i to niebezpiecznie szybko. Co gorsza, Shodoshima to nie Kiusiu. Temperatura spadła do ok. 5 stopni i zanosiło się, że w wyższych partiach gór, szybko spadnie do zera. Pomysł z namiotem nagle zaczął wyglądać mniej atrakcyjnie. Wyspę wprawdzie okalają porty połączone czymś w rodzaju ringu, ale przez góry przechodzą może ze dwie arterie. Rzecz jasna, żaden autobus na tej trasie nie jechał. Tak w ogóle to kursowały, ale o tej porze — nic.
I tak idę. Przeszedłem z latarką 7 km, ciągle pod górę. Ciemno, że oko wykol. Nawigacja nie działa, więc nie wiem gdzie jestem. Niby trudno się zgubić (dwie arterie), ale odgałęziających się dróg pomniejszych, które kończyły się nigdzie, było całkiem sporo. W dodatku, na mapie widać która droga jest główna, bo jest żółta czy czerwona i gruba — w realu, w nocy, w górach wszystko wygląda podobnie. I tak człapiąc dochodzę do skrzyżowania gdzie już naprawdę nie wiem gdzie iść.

Na „szczęście” jest drogowskaz.

Moja sytuacja się specjalnie nie zmieniła.

Wtem jedzie samochód. Pani kierowca widzi sierotę obcego pochodzenia, gapiącą się to na drogowskaz to na skrzyżowanie z nadzieją na objawienie. Zatrzymuje samochód i chwilę mi się przygląda. „Dokąd zmierzasz biały człowieku?” — pyta tak uprzejmie, jak uprzejmi potrafią być starsi Japończycy. Opcje są dwie, albo powiem prawdę, że idę do małpiego rezerwatu aby w nocy, niemal na mrozie, rozbić namiot żeby spać z małpami – i wyjść przy tym na kompletnego idiotę, albo skłamać i powiedzieć, że idę do najbliższego miasteczka, które było po drodze (Takinomiya). Wybieram wariant B.

„Aaa… a po co idziesz do Takinomii po nocy biały człowieku?” No masz! „Po to aby pójść dalej, dojść do rezerwatu, rozbić namiot i spać z małpami” odpowiadam, bo powoli zaczyna być mi wszystko jedno. Pani kierowca ma mimo wszystko niewzruszoną minę. „Rezerwat nieczynny, małpy śpią” mówi. „Wsiadaj gaijin-san podwiozę cię”. Och, jakżeż mi miło! Tylko dlaczego pani skręca? „Po nocy nie ma co iść, ciemno i zimno. Zabiorę gaijin-sana do swojego domu. Pewnie głodny?” Ło matko… Anioł!

 



Pani Imagawa (tak się nazywała), prowadzi z mężem farmę organiczną. U nas miałoby to przedrostek „bio” lub „eko” i przyrostek „naturalny” albo coś takiego. W sezonie goszczą turystów, którzy chcą sobie popracować i jeszcze im za możliwość pracy na takiej farmie zapłacić. Dziwne, ale ponoć działa. Gospodarstwo mają małe, wyglądające na trochę zaniedbane, ale bardzo… ciepłe. Ulokowali mnie w mniejszym domku (nazwijmy go „nr 2”), w którym w sezonie śpią wspomniani turyści. Kultura, piecyk, łóżko, świeża pościel, koc, drugi koc, poduszka, lampa, lampka, gniazdko i… wi-fi. Miło, ciepło i przytulnie — a miał być śpiwór, zimno i ciasnota. „Kolacja w domku obok za pół godziny, gaijin-san”. To ja może zapłacę, pytam. „Nie, nie — Ty nasz gość”.

Gospodarstwo (czy raczej budynki w obejściu) państwa Imagawów – w lewym górnym roku domek nr 2

Pół godziny później melduję się w domku nr 1. Mąż, pan Imagawa, rocznik ’47 jest ciut podejrzliwy.

Zasób japońskich słów mi się skończył, ale pan Imagawa chce poćwiczyć angielski, więc rozmowa może być prowadzona dalej. Angielski pana Imagawy jest dość osobliwy. Stosuje proste frazy ale głoski wymawia po japońsku, przez co trudno czasami zrozumieć o co chodzi. „Taaak? A skąd jest gaijin-san?” Z Polski mówię, gotów tłumaczyć gdzie to jest. Nie trzeba. Pan Imagawa rzuca na wydechu: Sziopan (Chopin), Łarzau (Warszawa), Barutik Zi (Bałtyk). Szacun. Do kompletu brakuje Lesia, więc pomocniczo pytam: Wałęsa? Cisza… Próbuję inaczej: Walesa? Waleza? Łaleza? Przeczenie — widać nie zna, chociaż… o tym kiedy indziej. „Po co gaijin-san przyjechał?” Zwiedzać pola bitew mówię. „Taaaaak? A jakich niby?” Teraz ja na wydechu rzucam z siedem nazw. Imagawa jest prawie pod wrażeniem. „A daimyo (możnowładców XVI — XIX wiecznych) zna?”. Rzucam z dziesięć nazwisk. Imagawa bierze z półki jakiś almanach historyczny, sprawdza co powiedziałem po czym na wyrywki rzuca pytania o osoby, miejsca, daty. Po dwudziestu minutach przesłuchania głęboko mi się kłania. Ha, nasi górą!

Pani Imagawa uszykowała kolację. Na stole stoi z dziesięć talerzy, może więcej. Większość wypełniona produktami ich farmy. Wszystko smakuje rewelacyjnie.

Rozmowa przy i po posiłku, toczy się jeszcze z godzinę i powoli mija dziewiąta. Gospodyni ma już w oczach wygaszacz, więc demonstracyjnie wstaję od stołu i się kłaniam, gotów położyć się spać.

I wtedy jakbym dostał obuchem przez głowę…

Pan Imagawa odkłania mi się, pokazuje na okno, później na drzwi i mówi, że mogę już iść… na autobus.

Dygresja. Pobyt w Japonii nauczył mnie kilku rzeczy. Oto dwie z nich. Pierwsza – jeśli Japończyk deklaruje, że coś dla ciebie zrobi, ale jest mu z tym niezręcznie, albo się rozmyślił, albo nie chce tego zrobić, wtedy tak poprowadzi rozmowę, aby nie urażając, przekazać odmowę, która pozornie… nie brzmi jak odmowa. Druga rzecz – jeśli nie wyświadczasz przysługi wzajemnej, lub jeśli za przysługę nie płacisz – nie masz prawa zapytać o powód takiego rozmyślenia czy odmowy.

Tak więc dziękuję raz jeszcze, wstaję ze zwieszoną głową i idę do drugiego domku spakować rzeczy, które już zdążyłem powyciągać. Zastanawiam się czym go uraziłem. Może moje popisy z historii mu nie przypasowały, może siedziałem zbyt wyluzowany, może cholera wie co? Czyli jednak zimny namiot. Tylko gdzie ja ten autobus znajdę, skoro nie jeżdżą po nocy? Ech, straciłem kolejne dwie godziny, ale chociaż było miło i posiłek był normalny. Upchałem rzeczy do plecaka, założyłem polar, kurtkę i idę pożegnać gospodarzy. Staję w drzwiach a pan i pani Imagawa wytrzeszczają oczy w niemym zdumieniu. „Gdzie gaijin-san idzie? Czymś gaijin-sana uraziliśmy?” gadają jedno przez drugie. Teraz ja zgłupiałem. „You said: ‚you can take a bus’, so I am going to take a bus” mówię. „No!” krzyczy pan Imagawa. „You can take a bus now!”. Nosz do cholery, przecież właśnie idę! Ale pan Imagawa chwyta mnie za rękę i prowadzi do trzeciego domku gdzie widzę balię i prysznic. „You can take a bus!”. Aaa… widać dla niego nie było różnicy między „bus” a „bath”…

Kłaniamy się wzajemnie z dziesięć minut przepraszając się już na końcu nie wiadomo za co. Po czym pan Imagawa sam bierze mój plecak (30 kg) i zanosi go do domku nr 2. Wraca po chwili i pyta czy mam wieżę. Wieżę? Patrzę na spodnie… no raczej jak zawsze, ale takie pytania zazwyczaj poprzedza kolacja i kino. Poza tym orientację mam większościową, a stan cywilny zajęty – bez urazy. Imagawa-san wskazuje na łazienkę.

„Tower, tower! Do you have tower?” Aaa… jasne. Mam ręcznik, więc dziękuję.
Kąpiel — wow! Jak pomyślę, że miało być… Ale nie było.

* * * * *

Reszta o Shodoshimie, o tym co mnie tak w niej urzeka – czyli niepowtarzalnych krajobrazach, dalej o państwie Imagawa, nieco o małpich zwyczajach, niesamowitych zbiegach okoliczności, a także co ma Jezus ze Świebodzina wspólnego z tą małą wyspą – w kolejnym wpisie 🙂