„Tytuł wymyśli się później” – Rozdział 1

Gdyby przypadkowego przechodnia zapytać o najbardziej niesamowite miejsce na świecie, każdy oczywiście wymieni Radomsko. Powszechnie wiadomo, że znajdują się tam tajne składy broni chemicznej, ale ich dokładną lokalizację zna jedynie pan Hędzimir, pan Zbyszek, tajemniczy kierowca Matiza oraz Beyonce.

Jeśli brzmi troszeczkę… eee, dziwnie to już wyjaśniam o co kaman.

NASA10
Pewnie trudno w to uwierzyć, ale razem z i10 i Marcinem Sawoniukiem (stąd: NASA10), wpadliśmy na pomysł, aby napisać wspólny tekst metodą: każdy akapit pisze inny autor. Miała w ten sposób powstać logiczna i spójna historia. I w zasadzie nam się udało. Znaczy z „historią”, bo z „logiczną” i „spójną” to już nie za bardzo.

Poniżej znajdziecie pierwszy rozdział opowieści pod tytułem: „Tytuł wymyśli się później”. To absolutna, literacka perełka. Odwieczne konflikty, moralne dylematy, emocjonalne zawirowania, a wszystko to wzbogacone o zachwycające opisy przyrody i malowane słowem, niezwykle plastyczne i wielowymiarowe portrety bohaterów – tego wszystkiego u nas nie znajdziesz. Ale będzie sporo dobrej zabawy, w duchu kompletnego absurdu, lub sąsiad.

Nasza wrodzona złośliwość nie pozwoliła na to by „następny w kolejce” miał łatwo. Możecie zgadywać który akapit w czyjej głowie powstał, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Wasze uwagi czy sugestie w komentarzach dotyczące czegokolwiek (np. formy, czy dalszego ciągu) są mile widziane. Miałbym też w związku z tym do Was prośbę. Niestety nie pamiętam jaką.

Gdybyście czuli niedosyt, to dokładnie ten sam tekst można jeszcze raz przeczytać na:

epizody   komary

Po tym przydługim wstępie, serdecznie zapraszam na spotkanie z… tego na razie nie udało nam się ustalić, ale usilnie nad tym pracujemy 🙂

„Tytuł wymyśli się później”

Rozdział 1.


Czasem zdarza mi się jeździć samochodem po Polsce.
Ot – trochę pojeżdżę, a trochę postoję w kłębach dymu spod maski, przy czym proporcje jazdy do postoju – mam wrażenie – ustalane są za pomocą zwykłej, dwudziestościennej kostki do gry w RPG-i przez jakiegoś szeregowego urzędasa w miejscu, gdzie generalnie zarządza się Ziemią. Niektórzy mówią, że to kwatera Boga w Niebie, a niektórzy, że Najdoskonalszy Durszlak Latającego Potwora Spaghetti. Grunt, że często wyrzucają niekorzystne dla mnie wyniki i stoję. Czasem jednak jadę. Czasem, kiedy już jadę, zdarza mi się zabierać po drodze autostopowiczów. Najczęściej młode kobiety z bladą twarzą, w nocy, spod cmentarza spowitego takim dymem – ni to mgła, ni to oddech zombie, którzy zawsze ukradkiem patrzą zza krzyża spode łba. No ok, różnych mi się zdarza zabierać nieszczęśliwców i tak naprawdę rzadko spod cmentarza, bo autostopowicze głupi nie są i umieją przekalkulować swoje szanse podwózki z sąsiedztwa nekropolii. W każdym razie bez względu na to kogo zabieram, zawsze mam wrażenie, że wydarzy się któraś z urban legends.

Ale się nie wydarza. Dłuższy czas nie mogłem dojść czemu. W końcu postanowiłem porozmawiać o tym ze znajomymi. Pięciu z nich stwierdziło, że cierpię na urojenia paranoidalne i powinienem zrobić badania u psychologa. Szósty zaś, Zbyszek, odstawił piwo, podrapał się po głowie i oznajmił:
– Urban legends nie przydarzają się kierowcom Matizów.
– A ta historia o wyciąganiu TIR-a z zaspy?
– A tak… rzeczywiście…
Po czym pochyliliśmy się nad głównym powodem naszego spotkania – planami magazynów broni chemicznej pod Radomskiem. Musicie bowiem wiedzieć o mnie jedno…

To było dokładnie cztery, a może szesnaście i pół roku temu, nie jestem pewien. Miałem wówczas ciekawą, choć słabo płatną pracę. Przykręcałem kapsle od frugo i projektowałem promy kosmiczne dla NASA, a w wolnych chwilach pisałem projekty ustaw.  Kiedy stworzona przeze mnie w weekend ordynacja podatkowa przeszła przez sejmowe głosowanie bez jednej poprawki, pan Hędzimir oznajmił, że moje szkolenie dobiegło końca.

– Twoje szkolenie dobiegło końca – oznajmił pan Hędzimir.
– Wiem – odparłem – narrator wspomniał o tym dwie linijki wyżej.
– To ty jesteś narratorem, ciołku! A teraz się skup! Powieżam ci misję, niebezpieczną misję…
– Czy „powieżam” nie powinno być przez „rz”?
– Nie przerywaj mi do cholery! Powierzam ci niebezpieczną misję, a zależeć będzie od niej los całego wszechświata. Tu masz instrukcje – pan Hędzimir wręczył mi segregator w różowe kucyki – zapoznaj się z nimi uważnie. Najpierw jednak wybierz sobie pojazd, który od tej pory stanie się twoim mobilnym domem.
Pan Hędzimir otworzył bramę hali garażowej. Minąłem dwa lamborghini, caracala, jumbo-jeta, atomowy okręt podwodny, chwilę zastanawiałem się nad wypasionym modelem campera z Beyonce w zwiewnym fartuszku w pakiecie, ale moją uwagę przykuła pozornie niepozorna maszyna stojąca na lewarku, tuż pod ścianą z napisem: „środki III klasy toksyczności”. Samochód zachęcająco kusił zielenią. Widząc, że tracę zainteresowanie camperem, Beyonce zrobiła zatroskaną minę i powolutku schyliła się, aby poprawić wiązanie koturna. Jeśli jej fartuszek miał coś zasłaniać, to ni cholery mu to nie wychodziło. Podszedłem bliżej, musiałem dotknąć tych bajecznych kształtów. Taaak, małe, zielone auto spełniało moje oczekiwania.
– Dobry wybór – pan Hędzimir chrząknął, a następnie dwie minuty próbował zatrzymać nagły atak kaszlu. Kiedy się uspokoił, wręczył mi mapę województwa łódzkiego.
– Praca nie jest może tak pasjonująca jak przykręcanie nakrętek, ale czasami będziesz mógł na trasie wyrywać fajne autostopowiczki. Na przykład spod cmentarzy.
Przytaknąłem bez przekonania i otworzyłem segregator. Pierwsze zadanie wyglądało na łatwe – Radomsko. Teraz musiałem tylko zwołać naszą drużynę czyli Siedmiu Wspaniałych. Fakt, iż pięciu z nich żyło jedynie w mojej wyobraźni, nie umniejszało jej teamworkowej siły. Chyba każdy już się domyśla kim jestem, więc nie ma sensu abym dalej ukrywał swoją tożsamość. Nazywam się…
Zresztą to nieistotne, bo w zasadzie co jedenaście godzin nazywam się inaczej. Specjalnie zintegrowane z Matizem Commodore 64 losuje za pomocą skomplikowanego algorytmu typu „ping pong” nowe nazwisko, a podłączona do niego drukarka igłowa drukuje nowe dokumenty. Przyznaję, że nie jest to idealny system, bo dane losują się bez polskich znaków, przez co potrafię się nazywać Bo?ydar Ma#lanka, a papiery z igłówki w niczym nie przypominają oryginalnych, ale na szczęście w Polsce taka ordynarna podróba przechodzi bez cienia podejrzenia, tylko niewinni muszą się tłumaczyć.

Zatem wziąłem plany magazynów broni chemicznej i bez zbędnej zwłoki (oraz bez zbędnych zwłok) ruszyłem w kierunku Radomska, gdzie punktualnie o 16:42 miałem wyrzucić plany do kosza przy przystanku Krasickiego/Poprzeczna. Był tylko jeden problem. Na 15:30 miałem umówioną wizytę u kardiologa (wolałem się zbadać, po tym jak pan Hędzimir krzyczał do mnie na szkoleniu „Nie masz serca!”) w Łodzi. Stanąłem wobec decyzji, czy czekać kolejne siedem miesięcy na miejsce w kolejce do specjalisty, czy też ryzykować losy świata, nie utylizując punktualnie planów…

Ale żeby dobrze zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazłem musimy cofnąć się nieco wcześniej:
„Był tylko jeden problem. Na 15:30 miałem umówioną wizytę u kardiologa…”
Nie, nie. Dużo wcześniej:
„W rozpaloną ognistą kulę płynnej skały uderza meteoryt wyrywając z niej miliony ton płonącej magmy. Ta wirując wpada  na orbitę…”
Nie aż tak wcześnie.
Musimy cofnąć się do dnia moich narodzin…

Ech, jak wtedy było zimno. Moja mama wraz z ojczymem, nie byli w stanie znaleźć żadnej miejscówki. Mimo zaawansowanej ciąży, nigdzie nie chcieli jej przyjąć. W rejonowym szpitalu ordynator rozłożył bezradnie ręce:

– Przepraszam, ale nie mamy miejsc. Limit z NFZ się wyczerpał i nie poradzę. Ale …prywatnie możemy porozmawiać.
Ojczym się wkurzył. Powiedział mamie, że zabierze ją do powiatowego. Po drodze zatrzymali się w jakimś obskurnym zajeździe. Pech chciał, że trafili na kompletny sajgon! W pobliskim gospodarstwie wybuchł pożar i rolnicy przyprowadzili część swojej trzody na podwórze, żeby się stwory nie rozbiegły po okolicy. I właśnie wtedy zaczęły się skurcze. Wkurzony ojczym dzwoni do mojego, wpływowego ponoć, taty, który poza tym, że uwiódł mamę, nigdy się w jej życiu nie pojawiał. Mówi mu jak się sprawy mają i żeby może ruszył tyłek i trochę pomógł, bo dziecko zrobić łatwo, ale z wzięciem odpowiedzialności jest jakby gorzej. Zagroził mu testami DNA i alimentami, no i tata zmiękł. Coś tam mruknął i powiedział, że spoko, że się nie przecież wypiera i że zaraz prześle im jakieś wsparcie.
Tym „wsparciem” okazała się cholerna kometa!
Łapiecie klimat? Dookoła masakryczny syf, mama krzyczy bo jej odeszły wody, przez podwórze przewalają się jakieś owce i inne krowy, ludzie biegają w panice nie wiedząc co robić, zimno w cholerę, a ten, kurdę, kometę przysyła. To że się urodziłem zakrawa niemal na cud. Ale spoko – 10 w skali Apgar. A to nie koniec. Ledwo mama ochłonęła, a tu jej się do pokoju pakuje trójka bliskowschodnich emigrantów z ofertą „ziakupu po okazijniej cienie” jakiegoś podejrzanego ziela, dragów i monet nieokreślonego pochodzenia. Ojczym wyrzucił ich na pysk, ale ogólny rejwach sprawił, że zacząłem płakać. Na to wpada jakiś strasznie zirytowany dresiarz z piętra i mówi, że albo zamkniemy wszyscy ryje, albo urządzi rzeź i nie będzie pytał kto winien, kto nie. Sami rozumiecie, że w takich warunkach…

…moja babcia – sprzątająca trzy razy w tygodniu biura KC w Łodzi, źle zrozumiała przez telefon pytanie od samego sekretarza, pragnącego się dowiedzieć, czy zna jakiś sposób żeby wywabić mające ze trzydzieści lat plamy na fotelach wymontowanych z promu kosmicznego w Omsku i przesłane do jego biura jako meble użytkowe. Babcia w tym hałasie usłyszała, że ma za trzydzieści lat dostarczyć plany magazynów broni chemicznej w Radomsku, więc odpowiedziała zdziwiona że tak, tak, załatwi to. Po piętnastu minutach zorientowała się, że mogła coś poplątać, więc zadzwoniła do KC, żeby wyjaśnić sprawę. W międzyczasie jednak zmienił się sekretarz, który nie chciał zaczynać swojej kariery od demaskowania jego niewiedzy, więc na pytanie babci, czy dobrze zrozumiała instrukcje, odpowiedział że to tajne, ale skoro taki dostała rozkaz, to oczywiście ma go wykonać. Dlatego trzydzieści lat później nachylałem się ze Zbyszkiem nad planami, które miały być wyrzucone do kosza już kilka lat temu, ale w ostatniej chwili odwołano rozkaz. Wizytę u kardiologa też.

c.d.n.

  • http://bwotr.pl/ Bookworm

    Poje…grało Was??? To przez tę zaoszczędzoną wczorajszą sekundę jakieś oszczędności mi tu wprowadzacie? Że niby teraz mogę czytać JEDEN z TRZECH a nie trzy różne wpisy u (powstań) czołowych wieszczy polskiej blogosfery (padnij, byle z twarzą w kierunku Poznania). Ale ok.

    W końcu jak obliczyłem, takich trzech jak Was dwóch, to i tak nie ma ani jednego. Chociaż zaraz… Franciszek K. też tak policzył kopiując (pardon, „twórczo interpretując”) 1/3 z Was i co? I co? Delta X wyszła mu stanowczo większa niż się opłacało. A granica podążyła w kierunku najbliższego zakładu karnego.

    Dobra, dobre to macie, ale przyspieszcie proces twórczy, bo to CDN zwiastuje tygodnie niecierpliwości (a tymczasem komary rypią).

  • Borygo

    Tylko uważajcie. Pootwieracie wątków jak George R. R. Martin i będzie bieda jak to skończyć.

    • therion

      No problem. Pieprznie się atomówkę i się będą wątki rozwiązywać z prędkością rozchodzenia się fali uderzeniowej. 🙂

      • http://bwotr.pl/ Bookworm

        No. A potem to już będzie tylko: „karaluchy rypią”. I świecą 🙂

        • therion

          Opadł pył i widzę nagle
          Karalucha co ma żagle
          Drugi z banjo śpiewa szanty
          To prusaki są mutanty.
          Z każdą bombą całkiem ślicznie
          Rozwijają się muzycznie
          Atom wszak ma wiele zalet
          Jeszcze dwie – napiszą balet…

    • J.

      Na rogu krasickiego i poprzecznej jest teraz poradnia zdrowia psychicznego – przypadek? 🙂

  • Pingback: „Tytuł wymyśli się później” – Rozdział 2 | NAGATO()