Wróżka z Cairns

Zacznę od tego, że gdybym miał wybierać miejsca, do których wróciłbym z prawdziwą przyjemnością, Cairns znalazło by się w moim prywatnym TOP 5. Niby nic specjalnego w tym mieście nie ma, ale ogólna atmosfera sprawia, że chciałoby się spędzić tam więcej czasu niż raptem kilka dni. O rafach, największej atrakcji dostępnej z Cairns, możecie przeczytać w części pierwszej. Teraz pora na…

Część 2 – W poszukiwaniu Klnącej Wróżki.

#1. Hostel

Kiedy pojawiłem się na lotnisku była piąta rano. Razem z samolotem z Osaki którym przyleciałem, pojawiły się dwa inne. Tak zgadliście – z Chin. Na mniej więcej 700 pasażerów którzy oczekiwali w kolejce na odprawę paszportowo-celną, tylko dziewięciu było pochodzenia nie-Azjatyckiego, w tym ja. Warczący na wszystkich strażnik, który nawet nie udawał, że uprzedzenia rasowe są mu obce, na widok mojego paszportu, podniósł wzrok, uśmiechnął się pełną gębą i rozpoczął …nagabywanie mnie na dłuższy pobyt w Australii. Stojący za mną w kolejce pasażerowie nie ukrywali irytacji, ale strażnika najwyraźniej to bawiło.

Z lotniska do, powiedzmy, centrum jest jakieś 5 km. Zgubić się w zasadzie nie było jak. Normalnie poszedłbym pieszo, ale ogólne zmęczenie i ból pleców sprawiały, że jak tylko mogłem starałem się unikać dźwigania mojego plecaka. Zaczekałem na busik, którego kierowca urzekł mnie swoją znajomością …polskiego.

Dotarliśmy do dworca naprzeciwko którego znajduje się ciąg wąskich przecznic, w tym jedna o nazwie Scott Street. Właśnie tu ulokowany był jeden z najprzyjemniejszych hosteli w jakich miałem okazję nocować, Traveller’s Oasis.

 

4870734639_bf5320dbbd

travellers_oasis_land_1a81mps-1a81mq5

travellers-oasis-2

 

Kiedy busik podjechał pod bramę, urocza dziewoja w recepcji powiedziała, że wprawdzie mój pokój nie jest jeszcze posprzątany, ale mogę zostawić tam rzeczy. Ok, pomyślałem. Pokój jak pokój. Cztery łóżka, pod każdym znajdował się osobisty, elektroniczny sejf (acz jego obsługa była na tyle upierdliwa, że niewielu gości z tego dobrodziejstwa korzystało), klimatyzacja, osobiste lampki – słowem trochę wyższy, hostelowy standard. Zrzuciłem plecak, włożyłem do kontaktu ładowarkę do telefonu i poszedłem zjeść jakieś śniadanie do znajdującego się za dworcem,  sporego centrum handlowego.

 

Nag - mapka centrum

Kiedy wróciłem okazało się, że dokwaterowali mi Joela, Australijczyka, rodem z Adelajdy. Fajny gość, ale początek naszej znajomości był lekko dziwny. Wchodzę do pokoju, a tam, do mojej przypominam ładowarki, widzę podłączony obcy telefon. Widzę również że koleś ma na to wyrąbane i leży na swoim łóżku czytając gazetę. „This is mine” mówię wskazując na gniazdko, chcąc naładować swój smartfon. „So?” pyta Australijczyk po czym wstaje i odkłada magazyn na bok. No i masz, już w pierwszy dzień pobytu będę musiał komuś zęby wybić. Zmierzam do konfrontacji, patrzę, a Joel telefon …odłącza. Okazało się, że nie powiedział „so?” tylko „sorry”.

Wtedy obiecałem sobie, że popracuję nad australijską odmianą angielskiego. Jak mi poszło, mieliście okazję przekonać się w czasie mojej konwersacji z Jasonem na pokładzie Kangura Odkrywcy.
A skoro na chwilę wróciliśmy do części pierwszej – wspominałem tam o tym, że po powrocie z raf, miałem zamiar wdrożyć w życie drugi punkt z listy Rzeczy Które Robisz Będąc W Cairns. Otóż planowałem wybrać się do …dżungli.

#2. Plan.

Australijczycy zasadniczo unikają określenia „dżungla”, stosując w zamian termin „rainforest” (las deszczowy).  Z uwagi na przekroczenie budżetu związane ze wspomnianą wycieczką na rafy, wyprawę do „rainforestu” zamierzałem przeprowadzić w wersji ekonomicznej.
Bardzo ekonomicznej.
Bardzo, bardzo.
Oznaczało to ni mniej ni więcej tylko samodzielny wypad, bez przewodnika, bez opieki, bez niczego. Taki Rambo style. Musiałem jednak znaleźć jakiś środek transportu, który podrzuciłby mnie na północ, a z tym było gorzej, bo nie bardzo wiedziałem nawet gdzie dokładnie chciałbym dotrzeć.

Obsługa hostelu nie bardzo była w stanie mi pomóc. Jedyne opcje jakie mi proponowali, okazywały się być wycieczkami komercyjnymi. A takich z różnych powodów nie chciałem brać pod uwagę. Póki co odłożyłem planowanie na później i poszedłem na lagunę.

#3. Laguna.

Cairns mimo. iż leży przy brzegu Morza Koralowego, a de facto Oceanu Spokojnego, nie posiada dostępu do plaży. Długie pływy powodują, że obszar który tą plażą powinien być, jest wyłącznie polem mułu i błota. Wzdłuż brzegu biegnie wyniesiona na jakieś dwa metry promenada, osadzona na solidnym murze.  Dodatkowym problemem jest fakt, że technicznie kłopotliwe jest rozłożenie i utrzymywanie u wejścia do zatoki siatki na krokodyle, które w tym rejonie stanowią realne zagrożenie.

raffa-23

raffa-20

Jak sobie z tym poradzono w mieście położonym, było nie było, w klimacie tropikalnym? Mianowicie wybudowano olbrzymią, sztuczną lagunę (basen) dla mieszkańców. Z zazdrością obserwowałem mieszkańców Cairns, którzy po pracy/szkole szli gromadnie w jej stronę i spędzali tam fantastycznie czas.

raffa-22

raffa-21

Na filmiku poniżej widać zwykły, powszedni dzień. Zabawa dla każdego, żadnych klubów członkowskich, żadnych opłat, „just pure fun
Ech…

#4. Karty i dyski.

Mimo dobrej zabawy, od kilu dni zastanawiałem się jak sobie poradzić z pewnym problemem, wymagającym pilnej interwencji. W zasadzie jedyną pamiątką z moich wojaży są wspomnienia oraz zdjęcia/filmy. W przypadku tych drugich muszę szczególnie dbać, o to by nic się z nimi nie stało. W czym tkwi wspomniany problem? Rzecz w tym, że wyjeżdżając na eskapadę, tak starałem się manewrować zawartością plecaka aby był jak najlżejszy. Wówczas wpadłem na pomysł, że nie będę brał netbooka, a transferu zdjęć i filmów z kart SD na przenośne dyski twarde (główny i zapasowy), będę dokonywał za pośrednictwem smartfona. Kłopoty pojawiły się wtedy, gdy okazało się, że smartfon wprawdzie pięknie eksploruje zawartość kart pamięci, ale nie widzi moich HDD, gdyż nie obsługuje systemu NTFS (czy whatever). Programy które ów problem miały obejść okazały się niewiele warte. Musiałem możliwie szybko skorzystać gdzieś z laptopa z SSUSB i wejściem na karty. Niestety komputery w hostelu miały wszystkie porty poblokowane, w publicznej bibliotece było tak samo.
Gdzieś musiałem znaleźć rozwiązanie, tylko gdzie?

#5. Ella i Thomas

Wieczorem poszedłem kupić coś na kolację i śniadanie zarazem do supermarketu mieszczącego się na piętrze galerii handlowej. Aby dojść należy wejść po rampie i przejść się przez parking na dachu marketu. I właśnie tutaj, patrzę i nie wierzę własnym oczom. Zdezelowane kombi, w którym ktoś rozkłada nadmuchiwany materac. Podchodzę bliżej i widzę parę przesympatycznych Niemców, których miałem okazję poznać dwa dni wcześniej na Kangurze.

Tak, dobrze widzicie. Napisałem „przesympatycznych Niemców”. A jeśli dodam do tego że Niemka była ładna, to rozwiązanie zagadki wydaje się proste – oboje mieli polskie korzenie.

Powiedziałem im w żartach, o moich kłopotach ze zrobieniem „backupu” zdjęć i filmów. Musiałem szybko znaleźć kogoś, kto udostępniłby mi swój komputer. A że zanosiło się na kilkugodzinny proces, więc narzekałem, że raczej rzadko byłby gotów udostępnić sprzęt na tak długo. Ella i Thomas od razu dali mi adres do kobiety, która  pomogła im wcześniej przy innym problemie, i która generalnie znana jest w Cairns z tego, że pomaga „plecakowiczom”. W taki własnie sposób dostałem namiary  do jednej z bardziej zakręconych osób jakie mi przyszło spotkać w czasie całej mojej eskapady.
Do Klnącej Wróżki.

#6. Wróżka

Wybrałem się tam następnego przedpołudnia. Pomyślałem że wstąpię do niej w drodze na lagunę.

Adres znalazłem o dziwo bardzo szybko. Drzwi biura były szeroko otwarte.

raffa-24

Za podwyższonym biurkiem, siedziała kobieta w nieodgadnionym wieku. Nie pamiętam jak miała na imię, nawet nie pamiętam czy je w ogóle poznałem. Pokrótce wyjaśniłem jej o co mi chodzi. Kobieta wskazała na rząd laptopów. Zapytałem czy wywieszona nad komputerami cena za usługi jest aktualna, tym bardziej, że pewnie spędzę tu pół dnia. Babka machnęła ręką na znak, że nic nie muszę płacić. Usiadłem, podłączyłem kartę, dyski i uruchomiłem procedurę kopiowania. W międzyczasie myślałem o tym co mówiła Ella, że Wróżka pomaga w RÓŻNYCH sytuacjach. Co szkodzi spróbować. Powiedziałem jej o moim pomyśle na zwiedzanie lasu deszczowego. Kobieta obrzuciła mnie dziwnym spojrzeniem, po czym rzuciła:

– No chyba cię, k***a, pogięło?

Po czym dodała jeszcze kilka nie nadających się do druku przemyśleń.
A więc to dlatego nazywają ją Klnącą Wróżką. W życiu nie myślałem, że słowo „fuck” da się łączyć w taką ilość  kombinacji. Wróżka sięgnęła na półkę za swoimi plecami i rzuciła w moją stronę opasłe tomiszcze. Spojrzałem na okładkę. Wyzierał z niej jakiś paskudny gad, nad którego głową widniał napis: „Australia’s Dangerous Creatures”. Sądząc po grubości książki, musiało w niej figurować jakieś pół tysiąca gatunków. Kiedy zacząłem ją przeglądać, do środka weszła młoda dziewczyna (na zdjęciu nagłówkowym) i mniej więcej sześćdziesięcioletni Aborygen w uniformie jako żywo przypominającym strój Stevena Irvina. Wróżka wskazała na mnie palcem i rzuciła do Aborygena: „Kolejny k***a! Europejczyk, który chciałby przeżyć, rozumiesz k***a, przygodę! Co oni mają w tych głowach?”

Aborygen nie odpowiedział. Zmierzył mnie wszystkomówiącym wzrokiem. Odpowiedziałem mu takim samym spojrzeniem. Przekartkowałem resztę książki a następnie podszedłem do Wróżki z pytaniem, czy mimo wszystko mi pomoże. Kobieta westchnęła i rzekła do mnie tymi słowy:

– Posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo uważnie…

Ciąg dalszy wkrótce.

PS. Dziewczę na zdjęciu nagłówkowym to nie Wróżka. Ona jedynie u niej pracuje, acz możliwe nawet, że to wróżkowa córka. Chociaż nie pamiętam aby przeklinała…  🙂

  • mikele123

    Cudowny wpis i cudowny blog. Bardzo długo czekałem na tę stronę (szczególnie po relacji z Japonii z joe) i nie zawiodłem się. Świetna robota. Aż człowiek chciałby ruszyć Twoimi śladami…

    • Nagato

      Aż niezręcznie odpowiadać, ale dziękuję bardzo 🙂
      Nie wiem czy coś to pomoże, ale spotkałem na swojej drodze wielu młodych ludzi podróżujących po świecie za garść drobnych. Od każdego starałem się wyciągnąć jakiś patent. Dowiedzieć się jak to robią, że są w stanie się z tym zorganizować, i nie tracić zarazem frajdy ze swoich wypraw. Wiele pomysłów mnie, przyznam, zaskoczyło. Za kilka tygodni zrobię artykuł – kompilację.

  • Pingback: Kangur na Rafie | NAGATO()

  • DonBolano

    No to czekam na dalszy ciąg! Świetnie się czyta Twoje teksty!

  • DonBolano

    A swoją drogą, czemu tak długo trwało uruchomienie strony?

    • Nagato

      No ten… tego… Znaczy ona jakby była, tylko mnie jakby nie było dane się z tym wszystkim ogarnąć 🙂

    • http://crumbsofboredom.pl/ Savon

      czemu tak długo trwało uruchomienie strony? ..hmm.. bo Nagato ciężko jest przymusić do szybszego pisania – ze względu na zbiór umiejętności Nagato które umożliwiają skuteczne odpieranie ataków fizycznych i fakt że nie posiadam tazera na kiju który pomógłby uniknąć bezpośredniej konfrontacji musiałem się ograniczyć do nękania telefonami lub innymi drogami werbalnymi lub pisanymi ..to że uruchomiliśmy stronę należy uznać za sukces sam w sobie 🙂 nota bene czas w którym została uruchomiona i tak uznaje za całkiem niezły wynik 😉

      • DonBolano

        Hehe no tak 😉 Ale pamiętam, jak rozczytywałem się w historiach z Japonii na joemonsterze i pojawiło się info, że będzie od maja bodajże osobna strona i nic się nie działo do ostatnich dni. Myślałem, że projekt upadł, ale na szczęście nie! 🙂 Fajnie, że się udało!

  • Samihaah

    eeeeh, a miałam dzisiaj pisać magisterkę, a nie czytać bloga… 😉
    Bardzo się cieszę, że udało się w końcu ruszyć ze stronką i z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy!

    • Nagato

      Pisz mi tak jeszcze… 🙂
      Jeju, chyba jestem kompletnie nieodporny na pochlebstwa 🙂

  • panifowl

    Ty to umiesz budować napięcie.. Dobrze, że mam przed sobą jeszcze wszystkie zaległe posty 🙂 Bo zajrzałam tu dopiero dzis.

    • Nagato

      Serdecznie witam 🙂 Rozgość się Waćpanna, a opinii swoich nie żałuj 🙂

  • artus

    Kiedy wreszcie będzie ten dalszy ciąg??? Nie można ludzi zmuszać w taki sposób do czekania. To jest niehumanitarne 🙂

    • Nagato

      Ech… jak zaczynałem, sądziłem że będzie prościej, a niestety edycja każdego odcinka zajmuje dwa-trzy dni. Staram się jechać na wyrywki z różnych miejsc, żeby mi się nie pozapominało. Koło zatoczy się do Australii za jakieś dwa tygodnie

      Znaczy, tam mi się wydaje.

  • HusJan

    niesamowicie wciągające i inspirujące artykuły(relacje) . Pierwsze przeczytałem na JM i od tego czasu staram się czytać

    każdy wpis. Pomysł z blogiem trafiony w 100%.

  • Ala

    Wreszcie tu trafiam.
    ….i nie mogę zleźć ze strony….pozdrawiam i jestem już zagorzała czytelniczką.

    • Nagato

      Nie ma chyba lepszych motywatorów niż takie wpisy jak Twój 🙂
      Z niesamowitą przyjemnością witam i zapraszam 🙂

  • N.A.J.

    Spotkania ze znajomymi zdarzają się nagminnie wśród backpackerów. Myślę, że to efekt tego, iż planując trasę/grafik, ludzie często dobierają ją w pewien „uniwersalnie optymalny” sposób. W tym roku podczas podróży po Wietnamie spotkałem dwie pary Australijczyków w zatoce Ha Long. Potem się porozjeżdżaliśmy: obie pary „robiły” Wietnam w tydzień, a ja – w trzy. Dlatego jak tamci latali samolotami (nawet nie tymi samymi), ja się bujałem nocnym pociągiem na południe w towarzystwie największych karaluchów, jakie na oczy widziałem (tak pi razy drzwi w okolicy 20 cm bez czułek).

    Z Ha Long busem do Ha Noi, następnie nocny pociąg do Hue, z Hue prywatnym samochodem do Hoi An. Po kilku dniach spotykam jedną parę Australijczyków, a dzień później, w jakiejś świątyni na kompletnym zadupiu – kolejną.

    Po kolejnych kilku dniach spotkałem w Sajgonie (Ho Chi Minh City – tak, Wietnamczycy mają w nazwie największego miasta w kraju, nazwanego po wielkim bohaterze, słowo „City”) dwóch Finów – ojca z synem. W sumie to bardziej było to spotkanie w busie do delty Mekongu… Po rozmowie o dalszych planach, przyznali, że mój plan brzmi im lepiej niż ich (mieli wracać do Sajgonu, a ja jechałem na południe, nie znoszę kroczyć po swoich śladach) i postanowili też jechać na południe. Moim celem na południu była wyspa Phu Quoc i oni stwierdzili, że to jest świetny plan, więc też się tam udadzą. Z delty jechaliśmy dalej na południe razem, ale już w jakimś nieturystycznym Wypizdowie Małym, przez co (tą nieturystyczność) po raz pierwszy na ulicy miałem do czynienia ze szczerymi i życzliwymi Wietnamczykami, się rozdzieliliśmy.

    Anyway, w kraju, którego walutą jest Dong, topowa restauracja w Hoi An nazywa się „Morning Glory”, płynąłem już bez nich promem (wodolotem) Superdong. Na statku poznałem kilku Wietnamczyków, którzy zaprosili mnie i kilku innych turystów do biesiadowania na pokładzie. Siedzieliśmy i piliśmy wino bananowe (mieli 20-litrowy baniak), jedliśmy przeróżne specjały ichniejszej kuchni (jak w Japonii – kuchnia w domu i na mieście/restauracji to dwie CAŁKIEM różne rzeczy) i na koniec baliśmy się (w sensie: my, turyści zagraniczni zaproszeni do biesiady), że ze swoją typową postawą roszczeniową zażądają zapłaty za jedzenie. Kolesie nic nie chcieli, a przy powrocie na swoje miejsca przed cumowaniem wchodzili do kajuty „VIP” (wtedy zrozumiałem…). Potem sprawdziłem, że byli pracownikami firmy budującej i wyposażającej ośrodki spa. Wychodziliśmy oddzielnie, więc nie mieliśmy nawet okazji, by serdecznie się pożegnać.

    I na tej wyspie, w jej stolicy – Duong Dong (He he he :D) – która znajduje się daleko od niemal wszystkich noclegowni, w ciągu pięciu minut, wśród tysięcy motocykli/skuterów mknących w gęstym ruchu, późną wieczorną godziną spotkałem najpierw znajomych Finów, a niecałe pięć minut później – Wietnamczyków, gospodarzy biesiady na promie. :]

    Miał być koniec, ale będzie post scriptum. Odnośnie karalucha, to była sobie w tym samym przedziale sypialnym (55 usd za miejsce, drożej niż lot plus „dobry” – że w lepszych warunkach – hotel) pewna wietnamska para z dzieckiem. Kiedy facet zauważył karalucha, spanikował podobnie do mnie (znaczy się: nie krzyczałem, ale nie miałem zamiaru dotykać ani nawet zbliżać się na odległość skoku tego dziadostwa ;]). Po czym w obronie swojej rodziny zarzucił na robala koc, zawinął, wyniósł na korytarz i rzucił innym ludziom do przedziału, po czym wrócił i triumfalnie oznajmił, że pozbył się problemu. ;]

    • Nagato

      Kapitalne historyjki :))) Prowadzisz jakąś stronę gdzie to opisujesz, blog czy jakiś facebookowy profil chociaż?

      • N.A.J.

        Dzięki za pochwałę! :] Życie mi je (te historyjki) podsunęło, ale nie podróżuję tak często, by prowadzić bloga. Nawet nie spisuję tego nigdzie, chyba że w jakimś mailu z pozdrowieniami z wakacji i linkiem do dropboxa. Muszę o tym pomyśleć, ponieważ jesteś drugą osobą, która mnie o to pyta. ;]

        Zawsze to jakieś uzupełnienie wiedzy. Skoro sam korzystam ze spostrzeżeń innych (niestety, najczęściej po fakcie – jak w mojej ubiegłorocznej wyprawie do Japonii, kiedy kuzynka mi przez telefon powiedziała o Twojej podróży, jak powiedziałem Jej, że planowałem wypad właśnie z namiotem), może sam się dorzucę (choć moralnie nie czuję takiego obowiązku – to raczej korzyść dla piszących ekstrawertyków ;]) – kiedyś, gdzieś – do tej kolektywnej wiedzy. Na przykład: nie pamiętam, bym gdzieś wcześniej przeczytał o pokrywach kanalizacyjnych w Japonii, a dopiero na miejscu z moim towarzyszem podróży zauważyliśmy, że w każdym mieście jest na nich unikatowy wzór/grafika.

        Pozdrawiam serdecznie! :]

  • N.A.J.

    Trochę też do tego i poprzedniego artykułu:

    1) Amerykańscy żołnierze z lotniskowca, których spotkałem w Tokyo, mówili, że nigdzie na Pacyfiku nie ma tak wielkiego luzu, jak w Australii.

    2) Odnośnie drożyzny: Australijczycy, których spotkałem w Wietnamie, mówili, że taniej jest im zrobić tydzień Wakacji w Azji południowo-wschodniej niż u siebie. Dlatego jest ich tam tylu (w Azji – nie Australii, chociaż tam też. Wiesz, o co chodzi). Anyway, każdy jeden napotkany przeze mnie Australijczyk, każda Japonka, która tam była, jeden Włoch, który tam studiował, jedna Niemka, która tam odpoczywała – każdy mówił, że jest tam mega drogo. Po takiej rekomendacji Australia spadła o kilka oczek w liście krajów, w których chciałbym żyć.

    3) I podobna sytuacja do Australijczyka mówiącego po Polsku. Kiedy byliśmy we dwóch Polaków w Hoi An (w całe trzy tygodnie widziałem jeszcze tylko jednego Polaka) w Wietnamie, zaproszeni na jakąś imprezę na cześć/dla jakichś Niemców, siedziały przede mną jakieś trzy grube Australijki, lesbijki z interioru. Grube, jak ja pierdziu, i ja – jak to ja – nie omieszkałem skomentować po Polsku do towarzysza, mówiąc „Kvrwa, ale grube baby!”. Po czym dodałem „dobrze, że w przeciwieństwie do Niemców i Anglojęzycznych, jest ekstremalnie niska szansa na spotkanie kogoś, kto mówi w naszym języku”. Na co jedna z tych grubych dziewczyn (wiek, ca 20, ale biologiczny wiek pewnie koło 50), siedząca naprzeciwko mnie, powiedziała przez lekko ściśnięte zęby „moi rodzice są Polakami”. Na szczęście szacunek do krwi rodzinnej wygrał z urazą i potem przy kolacji prosiła, bym opowiadał jej dziewczynom (taki dziki rubensowski pijany trójkąt), jakie są dania w Polsce i jak je się robi. Bite godzina do dwóch gadania o jedzeniu przy jedzeniu…