Wyspa Shodoshima – część 2

W poprzednim odcinku: szukający małpiego rezerwatu i błądzący po ciemku cudzoziemiec, został odnaleziony przy nic mu nie mówiącym drogowskazie przez panią Imagawę. Pani Imagawa zabrała go do domu, gdzie cudzoziemiec został nakarmiony i przechowany przez noc w cywilizowanych warunkach. Kładąc się spać, pan Imagawa oznajmił cudzoziemcowi, że śniadanie będzie podane o 7.00.  Zanim jednak przejdę dalej, rzućcie proszę okiem na mapkę Shodoshimy – w tekście poniżej odnoszę się kilkakrotnie do różnych lokalizacji, a bez mapki trudno będzie zrozumieć o czym mowa.

Na czym skończyłem? Aaa… śniadanie!

Budzik zadzwonił kwadrans po szóstej, ale nawet gdyby nie zadzwonił i tak obudziłyby mnie miauczące pod drzwiami cztery koty. Tak czy tak, poranek spędziłem na przeglądaniu Internetu.

Parę minut przed siódmą rozpromieniony wszedłem do domku nr 1, gdzie oprócz państwa Imagawów znajdował się również sympatyczny Murakami, sezonowy pracownik. O dziwo, na moje „onegai shimasu” (dzień dobry) rozległy się jedynie jakieś pomrukiwania. Nie bardzo rozumiałem o co chodzi, kiedy pan Imagawa wręczył mi czajnik i powiedział, że może bym chociaż herbatę dla wszystkich zrobił. Aaa, że niby wakacje się skończyły. „Siódma” oznaczała, że o tej godzinie mieliśmy zasiąść do stołu, ale oczekiwania były takie, że WSZYSCY zejdziemy się przynajmniej kwadrans wcześniej, żeby śniadanie uszykować. Na wszelki wypadek zacząłem przepraszać i kajać się za moje niewybaczalne przewinienie. I …to wystarczyło!

Imagawa-san poklepał mnie po plecach, powiedział coś co brzmiało jak: „No już dobrze, ty mały barbarzyńco, tym razem ci wybaczamy i dawaj ten czajnik bo jak widzę, jak się do tego zabierasz, to mnie krew zalewa.”

W czasie śniadania Imagawa-san zaproponował, że podrzuci mnie do małpiego rezerwatu Choshikei (sporo kilometrów pod górę). Grzecznie zaprotestowałem …licząc, że mój gospodarz podtrzyma propozycję. Podtrzymał, a nawet nalegał – co zabrzmiało bardzo szczerze.
Pożegnałem się z moją gospodynią i wsiadłem do małego daihatsu. Imagawa-san zaczął kluczyć po górskiej drodze. Po 20 minutach ujrzałem znajomy widok.

Poprosiłem o zatrzymanie auta, podziękowałem za gościnę i transport i oznajmiłem, że dalej pójdę pieszo. Zwierzęta i znaki jednoznacznie wskazywały, że jestem na dobrej drodze, byłem niemal na miejscu.

Makak japoński to bardzo ciekawe (i ciekawskie) zwierzęta. Zamieszkują całą Japonię poza Hokkaido. Można je spotkać w rejonach górskich gdzie uwielbiają kąpać się w gorących źródłach czy bawić się śniegiem – dlatego też potocznie makak nazywany jest „małpą śnieżną”. Z moich obserwacji, makaki z rejonów północnych są nieco większe niż ich koledzy z cieplejszych obszarów i trochę bardziej agresywne wobec obcych.

Dla ziomków makaki są jak Tinky-Winky i jego kompania:

Najfajniejsze są małe makaki. Jak to mawiają Japończycy – kawaii 🙂

Niektórzy, głównie tokijscy restauratorzy czy właściciele lunaparków mają dziwny zwyczaj „zatrudniania” makaków w roli kelnerów czy kasjerów. Niestety, japońskie przepisy na to pozwalają. Dla mnie był to lekko żenujący spektakl. Makak to inteligentne, ale jednak dzikie zwierzę i ubieranie go w jakieś mundurki czy maski wyglądało po prostu niesmacznie.

Rezerwat Choshikei ma na moje oko jakieś pięć hektarów i jest podzielony na kilka części. W, nazwijmy to, części centralnej znajdują się jakieś atrakcje dla małp oraz klatki dla …ludzi. To nie przejęzyczenie. Od rana, kiedy makaki zaczynają się schodzić na główny plac pojawiają się także turyści oczekujący interakcji z braćmi mniejszymi po genotypie. Jako, że na terenie rezerwatu znajduje się około 500 małp, wyciągnięcie czegoś do jedzenia na otwartym placu, mogłoby skończyć się różnie. To, jak wspomniałem, dzikie zwierzęta i słowa: „zostań”, „zostaw”, „siad” nie działają, choćby były mówione w trzydziestu dialektach. Dlatego turyści mający ochotę pokarmić stwory, wchodzą do klatki i podają im różne przysmaki poprzez otwory w siatce.

Ponad placem głównym znajdują się dwie ścieżki prowadzące do punktów widokowych. Znaczy przynajmniej jedna tam prowadzi i oczywiście nie ta, którą ja wybrałem. Na mojej nie było turystów, za to pojawiały się małpy, które olewały mainstreamowy plac i oficjalne atrakcje.

Na drodze zaczepił mnie małpi „menelo”, nazwijmy go Stefan. Coś tam mamrotał, że zabrakło mu 100 yenów na wino i żebym go wspomógł.

Stefan był namolny, a przy sobie miałem jedynie jakieś paskudne, megasłone krakersy. „Nie, szkodzi, kierowniku” – mówi makak – „mogą być krakersy”. Dobrze tylko je znajdę.

Zanim się zorientowałem, Stefan przestał być miłą małpką i opędzlował mi kurtkę i plecak. Nie żebym tych krakersów żałował (naprawdę gówno straszne), ale mało mi się podobała ta bezpardonowość naszej relacji. Co by jednak nie powiedzieć, Stefan był fotogeniczny:

W końcu dotarłem do miejsca, które nie było wprawdzie oficjalnym punktem widokowym tylko płaską skałą będącą czymś w rodzaju małpiego solarium…

…ale z którego roztaczał się przepiękny widok…

…panoramiczny…

…dosłownie w każdą stronę:

W ogóle cechą Shodoshimy jest to, że na jakie wzgórze się nie wejdzie, niemal wszędzie można robić pocztówkowe wręcz ujęcia:

U wybrzeży jest równie malowniczo:

Natomiast szczególnie pięknie wyspa wygląda jesienią.

Za tą niesamowitą feerię barw o tej porze roku „odpowiada” głównie klon japoński, którego liście potrafią zmieniać kolor od jaskrawożółtych po głęboko purpurowy.

Po dwóch godzinach przyszedł czas na powrót. Okazało się, że droga z drugiej strony „wzgórza solarnego” nie była dostosowana dla ludzi. Moje niecałe sześć stóp wzrostu to jednak znacznie więcej niż makakowe półtora, a ścieżka była ewidentnie tworzona pod małpy.

Kiedy wyszedłem przed rezerwat, miałem dwie opcje – albo wpinać się na Kankakei albo iść na prom. Jako, że w parku się zasiedziałem, a na Kankakei byłem ostatnim razem (o tym za chwilę), pomyślałem, że lepiej będzie jak udam się wcześniej do portu, co pozwoli mi jeszcze złapać wcześniejszy prom a później bezpośredni pociąg do Tokio. Problem w tym, że z Choshikei do Tonosho jest jakieś 11 km, plecak swoje waży, a ja już sporo po górach biegałem i szło mi się wyjątkowo opornie. Po przejściu nieco jakichś sześciu kilometrów widzę olbrzymią białą statuę. Widziałem ją ostatnio, ale teraz miałem okazję przyjrzeć się bliżej.

Widać, chłopaki na Shodoshimie musieli usłyszeć o planach Świebodzina i nie chcieli być gorsi. Postanowili postawić pomnik Bodhissatwie Kannon (Daikannon) – to taka ichnia bogini (chociaż literalnie to nie tyle „bogini” ile „istota oświecona”) miłosierdzia. Pomnik zwany Białym Buddą idzie na jakieś 50 metrów w górę (ponoć wzrost netto). Co takim budowniczym (rzeźbiarzom?) przyświeca, nie mam pojęcia…

W odróżnieniu od Świebodzina, Daikannon, nie tylko stoi, ale także zarabia na siebie. W środku statuy, śladami nowojorskiej panny z lodami, ulokowano świątynię, muzeum i taras widokowy. Szczerze, nie chciało mi się już tam podchodzić.

Przed sobą miałem jeszcze 5 km, a do odpłynięcia promu, niecałe 40 minut. Trzeba zapierdzielać – myślę. Chyba ci rozum odjęło – mówi rozum. Ja już nie mogę – mówi serce. Sam se zapierdzielaj – dodają nogi. Simon-san! – ktoś krzyczy.

Eee… To chyba nie z mojego organizmu?

190 km kwadratowych, 30 tys. mieszkańców i akurat w momencie, w którym tego potrzebowałem, deus ex machina zjawia się jeden z trzech Shodoshimian, których znam:

Daihatsu pana Imagawy zatrzymało się zaraz przy mnie. „Simon-san! Idziesz do portu? Wsiadaj, podrzucę cię! Ile masz czasu? Spoko, koło portu znajomy ma knajpę, zdążymy jeszcze na obiad!”.

Zdążyłem 🙂

Dwa lata wcześniej moja wizyta miała nie mniej udziwniony przebieg.

Rano przypłynąłem do portu w Kusakabe i dowlokłem się do górskiej kolejki na Kankakei. Wjechałem na szczyt, a stamtąd ruszyłem pieszo do Choshikei. Stąd po drodze wyhaczyły mnie jakieś dwie trajkoczące non-stop dziewczyny jadące do Tonosho i podrzuciły mnie samochodem pod sam rezerwat.

Spytały czy mają zaczekać i podwieźć mnie gdzieś jeszcze, ale podziękowałem, bo raz, że nie miałem pojęcia ile czasu spędzę w parku, a dwa, że ten ich szczebiot zaczynał robić się lekko dwuznaczny. Parę zdjęć i… panny zamiast jechać dalej zmieniły zdanie i poszły za mną do rezerwatu.

Znowu zdjęcia, ale tym razem zostałem pouczony żeby robić „zajączka”, bo bez „zajączka” się nie liczy. Po „sesji” panny poszły pokarmić małpki:

… a ja ruszyłem swoją drogą. Po jakichś dwóch godzinach postanowiłem wrócić. Z uwagi na to, że przyjechałem tu z dziuniami i całą drogę sporządzałem jakieś notatki, nie rozglądałem się, ani skąd przyjechaliśmy, ani z której strony był wjazd do rezerwatu. Moja podświadomość mówiła, że nie ma sobie tym co zawracać głowy, skoro przy rezerwacie znajduje się tylko jedna droga. Miałem dostać się do portu, ergo należało iść w dół, bo póki co, porty morskie buduje się głównie na nabrzeżach. Nie wziąłem pod uwagę jednak, że rezerwat może znajdować się na przewyższeniu i idąc w dół, tak naprawdę cofałem się w stronę Kankakei. Idąc bez mapy, zorientowałem się dopiero po dwudziestu minutach, że coś jest nie tak. Ależ mnie cholera wzięła. Do parku, czyli punktu wyjścia dotarłem godzinę po jego opuszczeniu. Zaczynało się ściemniać, drogą nikt nie jechał i kiedy zacząłem oswajać się z myślą, że będę spał pod namiotem, na ulicę …wyszło stado małp.

Zwróciliście uwagę na samochód? To VW Beetle.

O, ten konkretnie:

Anioł stróż

Otóż kierowca minął mnie, przejechał jeszcze jakieś dwieście metrów i się zatrzymał. Widać było, że nad czymś myśli. Po jakiejś minucie zawrócił auto i podjechał do miejsca w którym stałem. ,
„Gaijin-san nie wolno tu chodzić. Wieczór idzie, małpi teren. Makaki w grupie, kiken (niebezpieczne)”
Sorry, ale muszę dostać się do portu, a do odpłynięcia ostatniego promu została mi tylko godzina.
„Wsiadaj, podwiozę cię.” Ha! Bingo! Ma się to szczęście!

Katsuhiro (tak się nazywał) ochoczo mnie podrzucił do Tonosho. Cóż, po dotarciu na miejsce, delikatnie dałem mu do zrozumienia, że to nie ten port, ale że dziękuję, dam sobie radę itd. Starałem się by wyglądało to mniej więcej tak:

Katsuhiro już mniej ochoczo mówi: „Siedź gaijin-san! Zawiozę cię do WŁAŚCIWEGO portu.” Podjechał do kolejnego czyli do Ikedy. Kiedy usłyszał moje kolejne „I’m fine”, zapytał wprost do którego portu szedłem. Do Kusakabe – mówię. „Przecież to jeszcze 7 kilometrów! W życiu byś tam nie dotarł przed 19!” – krzyczy Katsuhiro (oni wszyscy krzyczą). Tak, wiem… – szepczę otwierając powoli drzwi. Dużo dla mnie zrobiłeś, Katsuhiro-san, więcej niż inni… Na zawsze pozostanę twoim dłużnikiem… Jedź już, zostaw mi karabin – ja ich zatrzymam. Katsuhiro? I am so cold…

And Oscar goes to…

„Kuso doawoshimeru…” (zamknij te cholerne drzwi) – mruknął Japończyk. „I przestań robić cyrk. Jak się pospieszymy, jeszcze na prom zdążysz!”. Chyba się nawet uśmiechnął.

Zdążyłem