Yui i tokijskie wysokościowce

Nie jestem pewien czy Tokio jest pretekstem do pisania o Yui czy odwrotnie, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba (Yui, Tokio i artykuł). Yui miałem przyjemność poznać na lotnisku w czasie łapanki do programu. Od tego dnia przez jakiś tydzień, od rana do wieczora towarzyszyła mi ekipa telewizyjna w tym panna Toratani.

Tokio miałem przyjemność poznać dwa lata wcześniej, jeśli łącznie trzy dni pobytu spędzone w tak olbrzymiej metropolii, można nazwać „poznaniem”. Teraz, już poza programem, Yui spędziła ze mną cały dzień, oprowadzając mnie po stolicy. Co zabawne, Yui oprowadziła mnie po miejscach, które w większości …już widziałem, ale ponieważ opowiadała o tym w zajmujący sposób, przeszedłem tą trasę z przyjemnością raz jeszcze.

Jakby to obrazoburczo nie zabrzmiało, miłośnikiem Tokio specjalnie nie jestem. W Japonii pociąga mnie zupełnie co innego niż wielkomiejskie klimaty, ale miłośnikom „wiecznie żywych”, tętniących nocnym życiem aglomeracji, z całą pewnością by się tu podobało. Generalnie mając jeden – dwa dni można zobaczyć w zasadzie wszystkie większe tokijskie tzw. turystyczne atrakcje. Co jeszcze ciekawsze (jak na miasto mające naście milionów mieszkańców), wszystkie na dobrą sprawę można w dwa dni obejść pieszo, lub w jeden wspomagając spacer metrem.

Z uwagi na to, że Tokio jest tylko pretekstem, pominę większość – zabierzemy Was za to na spacer po wysokościowcach i jednej świątyni, a w drodze między poszczególnymi przystankami, pani Toratani przedstawi się nieco bliżej (cytaty z prawdziwego listu Yui do czytelników portalu JoeMonster.org):

„Hey everyone 🙂
My name is Yui from Tokyo, Japan.
I met Szymon (Nagato) for the TV show that I work for called „Why did you come to Japan?”.
I was born and raised in Japan for most of my life. Once I lived in the WI, US as an exchange student back in high school…the reason why I speak English. Now, I’m a professional interpreter/translator for Japanese and English. You can ask Szymon how good I am since I was his interpreter while he was in Japan. (…)”

Zwiedzamy!

#1. Asakusa – buddyjska świątynia Senso-ji

 

Świątynia to trochę źle powiedziane. Jeśli ktoś oczekuje duchowych czy mistycznych przeżyć, to zdecydowanie nie ten adres. Senso-ji to raczej taki ichni Licheń. Od bramy ciągnie się w dwuszeregu ciąg straganów i sklepików, że przejść nie idzie. Po dotarciu do wrót uderza wszechobecna „wyciągnięta ręka”. Oczywiście, ktoś powie, „o co kaman”, 100 yenów (3,1 zł) tu czy tam, to niby żaden pieniądz. Ale przemnóż ilość takich „kamanów” przez masę odwiedzających ludzi – dziennie wyjdzie jak nic, roczny budżet Sosnowca.

Można kupić i pamiątki, i jakieś „odpustowe” pierdołki, i jedzenie, i …wróżby. Yui zademonstruje jak się obsługuje aparaturę wróżbiarską:

Los, jak to los, nie zawsze musi sprzyjać. Jeśli tak się stanie, wówczas przepowiednię zwija się w rulonik i wiąże na „kratce dla niedobrych wróżb”. Mnisi dają dwuletnią gwarancję, że się nie sprawdzi. Rzecz jasna trzeba zaraz złą wróżbę „zapić” dobrą. Więc raz jeszcze zapraszamy do skarbonki.

Można się też duchowo oczyścić. Opodal stoi coś w rodzaju małej fontanny, gdzie przy pomocy niewielkiej czarki, można przejść mały rytuał. Najpierw szkolenie…

…później trening:

Mentalnie oczyszczeni, opuszczamy teren Senso-ji i możemy ruszać dalej.

„Things I like… I can think of so many of those such as music, fashion, food, movies and so on. However I think what I love the most is „PEOPLE”. And this is why I work as an interpreter. Meeting different types of people on regular basis is just so fascinating and never boring. At this moment, I don’t know which pictures Szymon has picked up from my Facebook, but if you are on my friend list, you’d see TONS of party pictures….I can’t get away from those since I live in one of the best nightlife scene in the whole world!”

To chyba najgrzeczniejsze zdjęcia jakie udało mi się znaleźć na jej profilu. Na około 500 jakieś 490 to fotki z imprez, a we wpisach Yui dość często przewijają się słowa „party”, „hangover”, „terrible hangover”

I tak doszliśmy do budowli której nie sposób nie zauważyć czyli do…

#2. Tokyo Sky Tree

Zdjęcie mapki na górze pochodzi sprzed dwóch lat, więc nie uwzględnia jednej z obecnie największych (nomen omen) atrakcji Tokio, ponad półkilometrowej wieży do ChWC, czyli Tokyo Sky Tree.

Oficjalna wysokość 634 m czyni ją najwyższą taką wieżą na świecie i drugą w klasyfikacji generalnej konstrukcją, po dubajskiej Burż Kalifa. Oficjalne przeznaczenie – transmisja sygnału RTV, z czego większość Japończyków ma, delikatnie rzecz ujmując, polew – sygnał i tak wszędzie transmitowany jest przez satelity a rozprowadzany „po kablu”.

Błąd czy nie, ale nie chciało nam się stać w półtoragodzinnej kolejce, więc daliśmy sobie spokój z wjazdem. To wersja oficjalna. Między nami dodam, że w nocy ziemia drżała z siłą ca. 6 stopni, a że z okien hostelu widać było TST, to obraz kiwającego się kolosa, nie napawał optymizmem i średnio podobało mi się wjeżdżanie na górę. Dzięki kolejkom, udało mi się następnego dnia wyjść przed Yui z twarzą, zrzucając wszystko na „wasted time”. Może trzeba było wjechać? Może …następnym razem.

Jeszcze trochę historii…

Tak Tokyo Sky Tree wyglądało w 2011 r., zaraz po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w Sendai. Wszyscy czuli wówczas strach, czy wieże i wysokościowce są aby bezpieczne. Ale mimo, iż nadal trochę trzęsło, prace trwały w najlepsze.

Dzisiaj to chyba najbardziej oblegana atrakcja w mieście. Oczywiście u podnóża można kupić przeróżne pamiątki stylizowane na TST. Cecha wspólna – wszechobecny napis „made in China”.

Trochę czasu i tak tu spędziliśmy. Czas ruszać w dalszą drogę.

„I don’t know if it’d be interesting or not, but I once participated for Miss Universe and Miss International in Japan and made it to become a finalist for some reason 🙂 Also I used to model as well. So if you google my name, you’ll find a lot of horrible picture of me and one stupid video for my self introduction – those are not a nightmare though.”

Ułatwię trochę zadanie i zapodam link od razu. Zazwyczaj o to nie proszę (to nie mój profil youtube więc sumienie mam czyste), ale gdybyście wchodząc na ten filmik „podgłosowali” go nieco, na pewno Yui byłoby miło 🙂

Cóż, dziewczyna na żywo wygląda lepiej niż na zdjęciach. A może by ją zaprosić na zlot JM? Nic, Yui chwilowo odpocznie, ponieważ teraz zbliżam się do:

#3. Tokyo Metropolitan Government Building

Mniej znany, ale warty zobaczenia, miejski ratusz. To (chyba) trzecia co do wysokości konstrukcja w Japonii (262 m), inspirowana katedrą Notre Damme. Składa się z kompleksu budynków, z których „Nr 1” jest najwyższym, zawierającym dwie platformy widokowe. Na górze znajduje się schemat wyjaśniający zasady przenoszenia sił i amortyzacji budynku w przypadku pojawienia się wstrząsów.

Schemat schematem, ale kiedy w marcu 2011 chciałem wjechać na górę, cała konstrukcja była otoczona barierami, po terenie biegali różni inspektorzy i sprawdzali czy budynek przeszedł niespodziewany test. Strażnik kategorycznie zabraniał się zbliżać, a na moje pytanie o wjazd na platformy rzekł, że „influłens of erkłejk” i że na pewno nie teraz. Trzy tygodnie później już „influłensu” nie było i mogłem podziwiać takie oto widoki:

Widoki naprawdę fascynujące, ale czas na dół. Yui nie ma przy mnie, więc wspomnę dwa słowa o jej drugim obliczu. Dziewczyna, jest bardzo rodzinna i jak na Japonkę, bardzo szczera w emocjach, silnie związana z babcią, mamą i bratem. Uwielbia zwierzęta.

Ale ok, czas zawołać dziewczynę z powrotem, bo oto najbardziej rozpoznawalny symbol japońskiej stolicy i nie wypada aby gospodarza tu nie było.

#4. Tokyo Tower

 

Na tle Sky Tree wygląda wprawdzie jak miniaturka, ale prezentuje się w mojej ocenie znacznie lepiej niż jej dwa razy większa siostra. Uchodzi, niesłusznie, za kopię wieży paryskiej. Niesłusznie, bo po pierwsze jest wyższa o całe 13 metrów, po drugie jest czerwono biała i po trzecie, ma podobny, ale jednak inny kształt.

Ale niezmiennie robi wrażenie, a że tłumy widzów przeniosły się do TST, w Tokyo Tower nie było żadnych kolejek i problemów z wjazdem na platformę widokową. Stąd roztacza się panoramiczny widok na całe miasto.

Co ciekawe Tokio rozwija się tak dynamicznie, że stan „za oknem” często rozmija się z orientacyjnym planem na ulotce (rokrocznie aktualizowanej).

Oprócz widoku „w dal”, na platformie znajdują się przeszklenia w podłodze (lookdown windows) umożliwiające obserwację tego co „na dole”. Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował:

Wydaje mi się, że Yui żartowała. Chyba 🙂

A tak nawiasem mówiąc, to naprawdę fajne i dziwne zarazem wrażenie, „wisieć” 150 metrów nad ziemią.

Na koniec jak zawsze ciekawostka i powiedzmy anegdota trochę obok tematu, ale ze wspólnym mianownikiem, czyli Yui Toratani.

Jednego dnia, w czasie pobytu w małej miejscowości Koga, w muzeum ninja, Yui chciała poćwiczyć rzucanie metalowymi gwiazdami (shuriken). Gwiazdy miały tępe ostrza, a tarcze były zrobione z bardzo twardej gumy, przez co nie było możliwości aby się wbiły, ale tak czy tak zabawa była przednia.

I historyjka.

Cóż… Zacznę od tego, że w Japonii nie ma możliwości zakupu karty prepaidowej przez turystów, wifi w większości miejsc jest hasłowane, a w górach niedostępne, więc najlepiej jest na lotnisku wypożyczyć takie ustrojstwo, które transmituje dane pakietowe do twojego telefonu. I to właśnie urządzenie po dwóch dniach …przestało łączyć cokolwiek.

Rzecz miała miejsce w Nagoi, która była punktem wypadowym do wyżej wspomnianej krainy ninja i zarazem naszym trochę przypadkowym miejscem noclegowym.
Całą ekipą zjedliśmy kolację (w knajpie znanej z poprzedniego odcinak o kulinariach).

Poćwiczyliśmy trochę łamacze językowe…

Generalnie było miło, ale koło 21 stwierdziłem, że wracam do hotelu bo muszę powalczyć ze wspomnianym wyżej komunikatorem wifi.

Yui była z kolei zmęczona i powiedziała, że idzie ze mną. I tak spacerowaliśmy z restauracji do hotelu, podziwiając nocny „pejzaż” Nagoi, ponoć jednego z najbardziej „rozrywkowych” japońskich miast.

Weszliśmy do hotelu, po czym Yui spytała czy ma mi pomóc, na co ja, że byłoby miło, bo takich cudów (urządzeń) u nas nie ma, a zaczynam dostawać cholery. „Ok”, mówi, „przyjdę za kwadrans”.

Równo piętnaście minut później słyszę pukanie do drzwi. Otwarłem drzwi i …zgłupiałem.
Yui stała w hotelowej yukacie. Kimonie. Zresztą nazwijmy rzeczy po polsku – w ichniej piżamie po prostu.
„To gdzie to urządzenie?” pyta.
Urządzenie? Ja chyba śnię… Jakie urządzenie?
Ach to…
Yyy… tam na łóżku. Znaczy na łóżku leży. To urządzenie tam leży na pewno, bo sam kładłem to urządzenie na łóżko, tak w ogóle przepraszam za urywany oddech, ale właśnie biegałem wokół telewizora or whatever. Yyy… herbaty?
„Dziękuję. Pokaż mi…” (mów dalej) „…co robiłeś…” (nie przestawaj) „…zanim przestało działać”.
Zaaaraz? Kto powiedział, że nie działa? Działa doskonale!!
A tak… urządzenie.
Proszę, wcisnąłem tu i tu, a później jak nie pokazało tego czegoś to jeszcze tutaj. No i wtedy… (Yui przykucnęła przy łóżku, yukata zafalowała)…to coś przestało się yyy… wyświetlać, a zamiast tego pojawiło się takie coś i że nadal nie działa – ot zwykły syndrom bełkotus nervovus.
Yui przełożyła rękę nad głową i łagodnym ruchem zgarnęła włosy na ramię. „Hm… niedobrze. Chyba będziemy musieli zadzwonić do operatora” mówi. Zadzwoniłem wczoraj – trajkoczę – ale oni mnie już tam nie lubią. „Dlaczego?” Aaa, powiedziałem im, że to ich problem i że w zębach mi przywiozą nowy komunikator i że „do it, bo inaczej urwę… „, …znaczy takie tam, polskie pozdrowienia. Na to oni, że reklamację wprawdzie uznają, ale mi nie pomogą, bo nie mają biura w Nagoi i że jak mam ból wiadomo czego, to mogę się kopsnąć do Osaki (200 km), i tam mi to coś wymienią, inaczej nie da rady i sayonara.
Nosz cholera… ja tu nawijam jakieś smutne kawałki o wifi, a i tak przed oczami mam cały czas scenę ze Stuhrem i Łukaszewiczem z pewnego kultowego filmu. W windzie, dla jasności.

Yui wpółleżąc pobawiła się jeszcze chwilę urządzeniem, po czym odłożyła je na łóżko. Następnie wstała i spojrzała w moje lekko nieprzytomne oczy. Czułem, wiedziałem, że teraz padną te trzy magiczne, angielskie słowa.
I padły:
„Now it works.”
Że jak…??? Odwróciłem głowę i spojrzałem na ekran, gdzie znów migotał wskaźnik zasięgu. Yui uśmiechnęła się, zapytała czy może mi „anything else” pomóc, a jako, że stałem jakoś tak z głupią miną niezdolny do powiedzenia poza czegokolwiek poza „arigato”, uznała że chyba nie, po czym opuściła pokój…

No co? Nic bym nie zrobił i Wy też nic byście nie zrobili, dziewczyna ma czwarty dan w kendo, zatrzymanie nie wchodziło w grę 🙂

„What else, I can’t think of anything so I’ll take questions from anyone, sounds good? I’ll answer anything including the color of my underwear – which is black at this very moment.
Please write me in English …or in Japanese even.
Thank you so much for being interested in me!
xoxo
Yui”


Może czarna, a może nie… Ech, muszę wierzyć na słowo 🙂

Jeśli chcielibyście Yui pozdrowić, przekazać jej cokolwiek lub zapytać – piszcie w komentarzach (zawsze przesyłam jej linki do artykułów) – prośba po angielsku lub …po japońsku. Możecie ją także odwiedzić na FB https://www.facebook.com/yui.toratani?fref=hoverca…